Biegacz - Piotr Bojarski

Biegacz

0,0

Bogdan Popiołek jest zwykłym czterdziestoczteroletnim nauczycielem historii, który w imię walki z nadwagą zaczyna biegać. W czasie oglądania wiadomości bohater rozpoznaje na materiale filmowym mężczyznę, którego spotkał podczas treningu. Okazuje się, że został on zamordowany.

Popiołek zdaje sobie sprawę, że jest prawdopodobnie ostatnim człowiekiem, który widział go żywego. Może również mieć wskazówki, które pomogą w ujęciu mordercy. Ku zdumieniu Popiołka jego informacje zostają całkowicie zignorowane przez policję i uznane za bezwartościowe. Sprawa śmierci mężczyzny nie daje mu spokoju. Coraz bardziej zaintrygowany sprawą nauczyciel postanawia sam dowiedzieć się, co naprawdę wydarzyło tego feralnego dnia w poznańskim lasku. Nie ma pojęcia, że w ten sposób ściąga na siebie uwagę nieodpowiednich ludzi...

Polityczne brudy i przekręty, ekologiczna afera i mroczne tajemnice z przeszłości. Biegacz to trzymający w napięciu kryminał, którego akcja wraz z postępami tytułowego biegacza z każdą stroną nabiera tempa. Czy dotrzymasz mu kroku?

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

The past never passes.

(Przeszłość nigdy nie przemija).

William Faulkner

Kasieńce

Część I

GBUR

1.

Mniej niż zero

Kiedy biegniesz wczesną wiosną przez las, wiatr niesie za tobą szelest zeschłych liści. Mimo woli odwracasz się wtedy, by sprawdzić, czy kogoś za tobą nie ma. No więc biegłem, co chwilę nerwowo oglądając się za siebie. Przez lasek, który od miesiąca widuję z okna wynajmowanego mieszkania.

Ja, Bogdan Popiołek, lat czterdzieści cztery, metr osiemdziesiąt wzrostu i dziewięćdziesiąt kilo żywej wagi. Jak to się dziś mówi: singiel. Ofiara mody, a może raczej szaleństwa. W obcisłych jak rajtuzy baletmistrzów portkach i ciepłej, chyba zbyt mocno opinającej mój piwny brzuch bluzie z Decathlonu. I oczywiście w nowiutkich gumowych butach na specjalnych podeszwach, które podobno oszczędzają stawy. Podobno!

Zainwestowałem w tak oryginalny strój, bo nie mogłem już dłużej na siebie patrzeć. Brzuch po zimowym nieróbstwie urósł mi w zastraszającym tempie. Waga… Hm, minimum pięć kilo nadwagi, jak w pysk strzelił. Czułem je z każdym krokiem tej szalonej przebieżki.

Wszystko przez tę modę. Wokół siebie słyszysz, jakie fajne jest bieganie… Fajne! Już po trzech minutach dostałem niepokojącej zadyszki, a po dwóch następnych zacząłem wątpić, czy dam radę biec przez kolejne kilka. Gdzie te endorfiny? – zastanawiałem się. Gdzie te wyzwalane w mózgu hormony szczęścia, niwelujące wszelki ból? Zamiast przypływu euforii poczułem cholerne kłucie w lewym udzie. A zaraz potem coś strzyknęło mi niepokojąco pod kolanem. Tetryku w średnim wieku, zasiedziały przed komputerem! Zachciało ci się naoliwić z dawna zatarte tryby – to masz!

Dysząc ciężko jak zraniony tur, wpadłem na odkryty teren. Dróżka wiodła teraz obok młodnika, białego korą rachitycznych brzózek. Całkiem tu ładnie, pomyślałem. Może spróbuję jeszcze trochę… Zacisnąłem zęby i skupiłem się na wyrównaniu oddechu. W bieganiu to podobno kluczowa sprawa. Tak przynajmniej słyszałem od zawodowców – ja, biegacz od siedmiu boleści…

Powietrze pachniało mchem i ściółką. Było chłodne, a przy tym wilgotne. Czułem, że mi to pomaga. Gdybym biegł w czerwcowym upale, musiałbym już spasować. Ale w marcu… W marcu wyczułem szansę na zrobienie „życiówki”. Jeśli pobiegam jeszcze kwadrans, poprawię swój rekord z ubiegłego tygodnia równo o połowę!

O połowę! Całe szczęście, że nie widzą tego moi uczniowie – pocieszyłem się w myślach. Mieliby ubaw jak jasna cholera. Wieść o tym, że ten grubas Popiołek oszalał, rozniosłaby się lotem błyskawicy po korytarzach gimnazjum, rozbijając w proch i pył resztki mojego pedagogicznego autorytetu. O tak, to byłaby spektakularna klęska wizerunkowa, równa chyba tylko upadkowi cesarstwa zachodniorzymskiego! Albo muru berlińskiego. Całe szczęście, że mieszkam aż pięć przystanków od szkoły. Możliwość ośmieszenia się w oczach uczniów wydawała się raczej nikła…

Ukłucie pod prawym żebrem odebrałem jako ostrzeżenie. Jak pomarańczowe światło kontrolki na tarczy mojego starego forda, wskazujące brak paliwa. Kolka! Że też musiała się przypomnieć akurat teraz, kiedy gnałem po nowy rekord! Zwolniłem, bo to przecież nie wstyd. Zwłaszcza gdy dopiero rozpoczyna się bieganie. Wydłużyłem krok, co spowodowało, że poczułem się jakoś pewniej. Muszę wolniej oddychać – powtarzałem w myślach, walcząc z szarpanym, chaotycznym stylem zasysania powietrza. Muszę za wszelką cenę uregulować oddech…

Zostawiłem już dawno za sobą niskie brzózki i człapałem teraz w lesie bezlistnych koron, szumiących nad moją głową w rytm podmuchów wiatru. Ból w lewym udzie przypominał dobitnie o mojej fizycznej niedoskonałości, ale oddech stał się jakby lżejszy, płynniejszy. I nagle… Nagle odkryłem, że właściwie już mnie nie przytyka! To był zaiste błysk dzikiej euforii. Z tego szczęścia zrobiło mi się nagle gorąco. Zerknąłem na zegarek. Biegłem już prawie czternaście minut! W dodatku kolka nie przejawiała nadmiernej złośliwości, a to wróżyło naprawdę długi bieg!

Kiedy tydzień temu wychodziłem po raz pierwszy, żeby pobiegać, przyjąłem jedną zasadę: nie nastawiam się na konkretny dystans. Postaram się natomiast za każdym razem wydłużyć swój wysiłek o kilka minut. Pierwszego dnia wytrzymałem dziesięć minut truchtu. Z tego powodu poczułem się jak przedwczesny emeryt. Chciałem to jak najszybciej zmienić. Tym razem zanosiło się na znacznie lepszy wynik. Niosło mnie do niego jak na skrzydłach.

Wąska dróżka skręciła w lewo ku dolince, która prowadziła łagodnym zakosem ku stawowi. Łagodny spadek terenu nadał mi pędu i entuzjazmu. Kolka jakby zapomniała, po co istnieje. Bieg nareszcie zaczynał sprawiać mi przyjemność. Najwyraźniej pokonałem kryzys tlenowy, przed którym ostrzegał mnie kolega z pracy. Czyżbym zaczynał łapać, o co w tym wszystkim chodzi?

Podobało mi się tutaj, choć wokół było szaro. Wiosenna zieleń nie zdążyła jeszcze pokryć zboczy wąwozu. Wzdłuż szutrowej ścieżki ciągnęło się malownicze bagienko, prowadzące ku wodnej tafli, przebłyskującej przez nagie konary drzew. Żeby nie zapeszyć, przestałem zerkać na zegarek. Wiedziałem, że biegnę już grubo powyżej kwadransa, i ta świadomość pchała mnie do przodu. Pchała tak dobrze, że w ciągu następnych minut pokonałem całą długość Stawu Browarnego i obiegłem go od zachodu, skręcając w dróżkę wznoszącą się nieznacznie ku górze, ku Zielińcowi – dzielnicy domków jednorodzinnych z lat PRL.

I właśnie tu, na łagodnym wzniesieniu, które okazało się Masywem Centralnym, dopadł mnie drugi kryzys. Zgubiłem rytm i pewność oddechu, zacząłem się męczyć i poczułem, że obolałe mięśnie nóg, nawykłe od lat do bezczynności za biurkiem, dopominają się gwałtownie tego, co lubią. Odpoczynku. A może by tak…

Rzuciłem okiem na zegarek. Dwadzieścia minut! Biegnę już dwadzieścia minut! Rekord pobity o sto procent! Popiołek, stary byku, jesteś wielki! Bardziej siłą rozpędu niż woli doczłapałem do wyłożonej betonowymi płytami alejki, przechodzącej w leśny parking. Jeszcze chwilę, postanowiłem. Jeszcze kilka minut.

Parking był podłużny i zaśmiecony resztkami po fast foodach. Ale nie pusty. W przeciwległym jego końcu, w samym rogu stała jakaś biała landara. Biegłem w jej stronę. Chwilę później rozpoznałem markę furgonetki obróconej do mnie odrapanym tyłem. Stary fiat ducato należał do firmy cateringowej Rogal i Synowie. Tak przynajmniej wynikało z wymalowanego na nim logo. Choć stał z wyłączonym silnikiem, manifestował ochoczo swoją starość, trzeszcząc głośno i dość rytmicznie.

Przebiegając obok zaparowanego okienka szoferki, zrozumiałem dlaczego. W środku wozu odbywał się gwałtowny, choć skrępowany ciasnotą wnętrza akt miłosny. Zdążyłem tylko zobaczyć rozpuszczone blond włosy atrakcyjnej kobiety. I gładko wygoloną głowę jej adoratora. Zaraz potem usłyszałem za sobą pełen oburzenia męski głos:

– Spierdalaj, zboczeńcu!

Przyspieszyłem kroku, zostawiając za plecami przybytek dzikiej namiętności, ale fiat ducato nie przestał grać swojej zrupieciałej melodii miłości. Nie poczułem się więc winny niedyskrecji.

Kilkanaście kroków dalej otoczył mnie gęsty zagajnik młodych, chaotycznie rosnących drzewek i krzewów, nad którymi zwisały ciężkie kable linii energetycznej. Jego środkiem wiodła wąska, niezbyt przyjemnie wyglądająca ścieżka. Dobiegnę nią do końca i spasuję, zdecydowałem.

I wtedy go usłyszałem. Biegł z naprzeciwka, dysząc jeszcze ciężej ode mnie. Zauważyłem go, gdy nadepnął na suchą gałązkę, płosząc wróble skryte w nagich krzewach. Szybkie spojrzenie na jegomościa uświadomiło mi, dlaczego poruszał się tak wolno, niemal dostojnie. Wyglądał na gościa pod sześćdziesiątkę. Ubrany w elegancki dres adidasa i piękne, na pewno droższe od moich buty, sunął regularnym truchtem przed siebie. W uszach miał słuchawki, a wiodące od nich kabelki tonęły w gęstej, siwej brodzie. Na pałąkowatych nogach, z wydatnym piwnym brzuszkiem i przeświecającą przez srebrne włosy łysiną wyglądał nieco groteskowo. Zupełnie jak Koszałek Opałek z obrazków w książce, którą czytała mi niegdyś babcia.

Uniosłem prawą dłoń, by pozdrowić go gestem typowym dla biegaczy, ale nie odwzajemnił uprzejmości. Nawet na mnie nie spojrzał. Z trudem minęliśmy się na ciasnej dróżce. Właściwie to ustąpiłem mu drogi, bo najwyraźniej nie zamierzał się posunąć w bok.

Co za gbur, pomyślałem, pozostawiając go za sobą z niesmakiem. Słuchał Lady Pank. Na tyle głośno, że w przelocie dotarł do moich uszu kawałek starego, osłuchanego przeboju:

Są tacy, to nie żart,

dla których jesteś wart

mniej niż zeroooo!

Przedpotopowy dinozaur, syknąłem w myślach. Nie lubię ludzi, którzy nie potrafią się zachować.

Brodacz pozostał daleko za moimi plecami. Heroicznie walcząc ze słabością, podbiegłem jeszcze kilkadziesiąt metrów, aż wpadłem na główną alejkę, otaczającą szutrową wysypką owal stawu. Tu skapitulowałem ostatecznie i nieodwołalnie – zatrzymałem się, usiłując złapać oddech. Zegarek sprawił mi dużą radość: informował, że za drugim podejściem wytrwałem w biegu prawie pół godziny! Do okrągłego wyniku zabrakło mi dwóch minut, ale co tam! Jeśli tak będą wyglądać moje postępy, za miesiąc pobiegnę maraton!

Nie zdążyłem krytycznie odnieść się do ostatniej konstatacji, bo znowu usłyszałem czyjeś posapywanie. Alejką biegli dwaj faceci w sportowych ciuchach. Wyglądali na zaprawionych w bojach sportsmenów. Przez ich obcisłe dresy prześwitywały nabite mięśniami ramiona i uda. Coś jednak było w nich dziwnego… Już wiem! Ich wiek. Obaj wyglądali na rówieśników brodatego milczka, którego minąłem ledwie minutę wcześniej.

Biegli w milczeniu, jakby nieobecni. Odniosłem wrażenie, że rozglądają się, jakby kogoś szukali. Kręcili siwymi, krótko przystrzyżonymi głowami na prawo i lewo. Darowałem sobie pozdrowienie ręką, zresztą całkiem słusznie. Dwójce biegaczy też nie były w głowie takie fanaberie. Minęli mnie bez słowa i skręcili z alejki w zagajnik rosnący pod linią wysokiego napięcia. Ten sam, w którym chwilę wcześniej widziałem dinozaura ze słuchawkami na uszach. Zdaje się, że nieco przyspieszyli.

Przez chwilę stałem pochylony z rozkraczonymi nogami, wspierając się dłońmi na kolanach. Oddychałem chrapliwie jak kobyła po dostawie węgla na Górę Przemysła. Opór mięśni ud i łydek narastał z każdą minutą, pot lał się spod koszuli Wartą, a może nawet Wisłą, ale nie to było teraz ważne. Rozpierała mnie duma. Że dałem radę. Że pokonałem dwa kryzysy i się poprawiłem. Że nie pękłem. Może jednak będą ze mnie ludzie?

2.

Czarna folia

Koszałka Opałka zobaczyłem raz jeszcze – następnego dnia wieczorem. A właściwie jego drogie adidasy. Rozpoznałem je na ekranie telewizora. Wystawały spod czarnej folii, którą funkcjonariusze w mundurach nakryli zwłoki, wsuwane pospiesznie do policyjnego wozu. Z wrażenia rozlałem jogurt, brudząc sprawdziany leżące na ławie przed moim tapczanem. A zaraz potem, nie zwracając uwagi na skutki tej katastrofy, sięgnąłem po pilota, by podnieść poziom głosu.

…Do morderstwa doszło wczoraj w godzinach popołudniowo-wieczornych w ustronnym, rekreacyjnym miejscu na obrzeżach Poznania. Według naszych ustaleń ofierze zadano cios nożem w klatkę piersiową. Motywy zbrodni nie są na razie znane. Policja odmawia wszelkich komentarzy… – Prezenter lokalnego programu informacyjnego wypowiadał słowo za słowem minorowym tonem.

W kilkusekundowej migawce pokazano miejsce znalezienia ciała: wygniecioną suchą trawę pod rachityczną sosną. I słupki z pniaków blokujące samochodom wjazd do lasu. Chwilę później na ekranie pojawiła się twarz rzecznika lokalnej policji. Wyglądał na zirytowanego pytaniami dziennikarzy o to, kim była ofiara napaści.

A skąd pan wie, że to była napaść? – Zjeżył się.

Przecież sam nie zadał sobie takiej rany! – Reporter TVP błysnął refleksem.

Na obecnym etapie śledztwa nie udzielamy żadnych informacji. – Policjant uciął nerwowy dialog.

Zaraz potem nastąpiła zmiana tematu i prezenter serwisu informacyjnego zajął się zasadami wypłacania pieniędzy z rządowego programu „500 plus”.

Siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany. Uświadomiłem sobie, że wczoraj po południu byłem prawdopodobnie ostatnim człowiekiem, który widział brodacza w wieku przedemerytalnym żywego. I dosłownie mnie zatkało.

Moja pierwsza myśl: to przecież mogłem być ja. Napastnik musiał się czaić gdzieś przy leśnej alejce. Być może nawet widział mnie, zanim zaatakował Koszałka. Mój Boże, jak absurdalny wydał mi się nagle ten pseudonim nadany ad hoc nieznajomemu!

Zaraz potem pomyślałem, że policja na pewno szuka świadków zdarzenia. A ja przecież coś widziałem. No właśnie, tylko co? I czy jestem pewien, że rzeczywiście mam śledczym do przekazania coś interesującego? A jeśli mnie wyśmieją? W końcu, mogę im co najwyżej opisać denata. Tyle że jego rysopis znają już aż za dobrze…

Nagle poczułem ciarki na plecach. Dwójka biegaczy! Przecież pobiegli za tym gburem! A jeśli…

W jednej chwili zrozumiałem, że widziałem znacznie więcej, niż początkowo sądziłem. Widziałem, ale czy zobaczyłem?

Chwyciłem długopis, odsunąłem od siebie dwa pobrudzone jogurtem sprawdziany i odwróciłem kartkę trzeciego, czystego. Na gorąco zacząłem na niej spisywać wszystko to, co impulsywnie wyrzucał z siebie twardy dysk mojej pamięci. Wynotowałem kilkanaście punktów, poczynając od godziny, o której widziałem przyszłego denata, i jego zachowania, a kończąc na fizjonomiach dwójki biegaczy podążających jego śladem. Takie zawodowe zboczenie, wyniesione ze studiów. Spis wyglądał wprawdzie jak chaotycznie sporządzona lista zakupów, ale nie dbałem o to. Liczyło się przecież to, co zapisałem.

Zerknąłem za okno. Ciemności kryły już ziemię, jak napisał niegdyś pewien polski pisarz. Był wprawdzie marzec, ale przed dziewiętnastą nawet on musiał uznać wyższość praw natury. Gdzie tu jest najbliższa komenda policji?

Gdy chwyciłem kluczyki, wiedziałem już, dokąd pojadę. W tyle głowy tliła się nadzieja, że może wniosę coś istotnego do śledztwa. W końcu coś zobaczyłem. Tylko co?

•••

Funkcjonariusze za szybą dyżurki sprawiali wrażenie zmęczonych. Kiedy jednak powiedziałem, że mam ważne informacje związane z zabójstwem biegacza, ich źrenice rozszerzyły się jak po smolistym espresso.

– Proszę wejść – rzucili od razu.

Usłyszałem brzęczyk i szara tafla zbrojonego szkła ustąpiła pod pchnięciem mojej dłoni, wpuszczając mnie do wnętrza komendy. Naprzeciw wyszedł liczący mniej więcej czterdzieści lat aspirant w granatowym mundurze. Rozpoznałem jego policyjne dystynkcje, bo od roku próbowałem napisać powieść sensacyjną. Na razie z mizernym skutkiem.

– Aspirant Borys Gruszka. – Funkcjonariusz przedstawił się, nie wyciągając ręki. – Proszę za mną.

Zaprowadził mnie do najbliższych drzwi. Za nimi zobaczyłem niedużą salę ze stołem i dwoma krzesłami. Jedna ze ścian była prawdopodobnie lustrem weneckim – a może tak mi się tylko zdawało?

– Słucham pana – odezwał się ponownie gospodarz, gdy siedliśmy naprzeciwko siebie. – Co to za pilne informacje?

– Nazywam się Popiołek. Bogdan Popiołek. – Przedstawiłem się. – Widziałem dziś w telewizji wasz apel o zgłaszanie się świadków w sprawie zabójstwa…

– Ale nikt o to nie apelował – zauważył Gruszka i przyjrzał mi się nagle z nieprzyjemnym wyrazem twarzy.

Z miejsca poczułem się jak intruz. A może nawet potencjalny podejrzany.

– Być może… – bąknąłem, zdając sobie sprawę, że się czerwienię. – Chodzi mi o to, że… Że byłem chyba świadkiem czegoś ważnego.

– Pan? Kiedy? Gdzie?

Odchrząknąłem z wrażenia. Towarzyszyło mi niemiłe przeczucie, że z każdym kolejnym zdaniem pogrążam się w oczach policjanta.

– Wczoraj po południu. Kiedy biegałem nad Cybiną.

– A co pan konkretnie zobaczył?

– Widziałem mężczyznę, który został zamordowany…

– Rozumiem. Jak wyglądał? Sprawiał wrażenie zaniepokojonego czymś?

Zamyśliłem się na moment. Szczerze mówiąc, nie zapamiętałem tego dobrze. Może dlatego, że brodacz potraktował mnie jak powietrze. Mimo że pozdrowiłem go dłonią.

– Nie, wyglądał na zrelaksowanego – odpowiedziałem.

– To wszystko? – Aspirant Gruszka się zdziwił.

– Aha! – Nagle to sobie przypomniałem. – Miał na uszach słuchawki, to był Lady Pank… Mniej niż zero, ich pierwszy przebój. Leciało to bardzo głośno.

– Lady Pank… – Funkcjonariusz spojrzał na mnie jak na wariata.

Nabrałem ochoty, by kopnąć go pod stołem w kostkę.

– No cóż… Dziękuję panu bardzo za przyjście tutaj… – Aspirant najwyraźniej uznał rozmowę za zakończoną. – Jeśli coś by się panu przypomniało…

– Widziałem coś jeszcze. – Osadziłem go na miejscu. Spojrzał na mnie mało sympatycznie.

– Tak? A co to było?

Przełknąłem ślinę.

– Widziałem być może zabójców. – Wyjawiłem z poważną miną.

Aspirant złożył dłonie jak do modlitwy. Już wiedziałem, że mi nie wierzy.

– Dlaczego pan sądzi, że to byli zabójcy? – Przeszedł od razu do sedna.

– Bo biegli za brodaczem – odparowałem.

Ta rozmowa już dawno przestała mi się podobać. Irytowało mnie, że muszę się tłumaczyć tylko z tego powodu, że zamierzam poinformować policję o czymś ważnym.

– Wie pan, po lesie wokół Malty i Cybiny biegają tysiące ludzi. – Wzruszył ramionami. – Nie możemy od razu zakładać, że każdy z nich jest z tego powodu podejrzany.

– Ale ci dwaj biegli za nim. – Położyłem nacisk na końcówkę zdania.

– Dlaczego pan tak sądzi? – Gruszka w końcu się zainteresował. – Trzymali się blisko niego? Byli tuż za jego plecami?

– Nie. Pojawili się jakąś minutę później. – Poprawiłem się.

– Skoro minutę później…

– Najwyżej minutę. – Natychmiast doprecyzowałem.

– Skoro „najwyżej minutę” później, to dlaczego twierdzi pan, że biegli akurat za denatem?

Należę do ludzi cierpliwych, ale stróż prawa zaczynał mi działać na nerwy.

– Bo ewidentnie biegli jego śladem. Tak jak on skręcili w zagajnik pod słupami wysokiego napięcia.

Aspirant wzruszył ramionami.

– To jeszcze nic nie znaczy. – Ocenił. – Czy… ma pan coś jeszcze?

Poczułem mocne uderzenie krwi do głowy.

– Nie interesuje pana, jak wyglądali ci dwaj mężczyźni? – zapytałem, z trudem opanowując zdenerwowanie.

Aspirant sprawiał wrażenie, jakby spieszył się do wyjścia.

– A tak, rzeczywiście. – Niechętnie przyznał mi rację. – Więc w jakim byli wieku?

Sięgnąłem po złożoną kartkę, którą trzymałem w kieszeni kurtki, i podałem ją drżącą dłonią funkcjonariuszowi.

– Spisałem tu wszystko to, co zdołałem sobie przypomnieć, kiedy w telewizji podali wiadomość o morderstwie w parku – oświadczyłem z dumą.

Gruszka zerknął na kartkę bez entuzjazmu.

– „Uchwalenie stutysięcznej armii”? – Odczytał, spoglądając na mnie znowu, jakbym był niespełna rozumu.

– Przepraszam. To sprawdzian, napisany przez mojego ucznia… Pan rozumie, reformy Sejmu Wielkiego… – Pospieszyłem z wyjaśnieniem. – Moje notatki są na drugiej stronie.

– Aha – mruknął policjant.

Przebiegł szybkim wzrokiem kilkanaście linijek moich zapisków i po raz pierwszy spojrzał na mnie z odrobinę większym szacunkiem.

– Czy mogę zatrzymać tę kartkę? – Zaproponował. – W charakterze dowodu, oczywiście… Że pan tu był.

– Nie może pan – warknąłem ze złości. – To sprawdzian, a więc w pewnym sensie dokument urzędowy. Muszę go zostawić w dokumentacji szkolnej.

– Rozumiem – odparł nieprzekonany.

– Może go pan skserować. – Podsunąłem mu rozwiązanie.

Skwapliwie przystał na tę propozycję. Byłem pewny, że zrobił to tylko pro forma.

•••

Wyszedłem z komisariatu zły. Na siebie, ale jeszcze bardziej na aspiranta Gruszkę. Na siebie, że zachciało mi się obywatelskiej postawy. Na policjanta – bo dał mi odczuć, jak poważnie traktuje moje informacje. A raczej niepoważnie. Nie wiem, skąd się bierze to poczucie wyższości u ludzi ze służb mundurowych, ale spotkałem się z nim nie pierwszy raz. Nie sądziłem jednak, że tak szybko pożałuję swojej chęci pomocy.

Na odchodnym usłyszałem od aspiranta Gruszki, że „w razie potrzeby” jeszcze się do mnie zgłoszą. Skinąłem głową, że kupuję ten marny dowcip.

Na parkingu przed komisariatem przystanąłem przy samochodzie, by odetchnąć chłodnym powietrzem. W ciemnościach wokół mnie żarzyły się okna ratajskich wieżowców. Musiałem przemyśleć kilka spraw. Miałem wewnętrzne przekonanie, że poprzedniego dnia widziałem coś istotnego. Coś, co mogło być kluczem do wyjaśnienia zagadki zabójstwa gbura. Mimo że zginął w dramatyczny sposób, nie mogłem się pozbyć tego jednego, głupiego wrażenia, jakie pozostało mi po zaledwie kilkusekundowym kontakcie wzrokowym z Koszałkiem na leśnej ścieżce. Zapamiętałem właściwie tyle, że nie odwzajemnił mi pozdrowienia dłonią – gestu wszystkich biegaczy. No i ten cholerny Lady Pank, przez który aspirant Gruszka potraktował mnie jak goniącego za sensacją kretyna. Czułem, że dwóch biegaczy w wieku przedemerytalnym mogło mieć coś wspólnego z jego śmiercią. W końcu biegli za brodaczem. Może starali się go dogonić?

Nagle zrozumiałem, że nie mogę tak tego zostawić. Nie mogłem poprzestać na zgłoszeniu mojej obserwacji na policji. Nie miałem ani krzty pewności, że funkcjonariusze skorzystają z moich informacji. Wyciągając z kieszeni kluczyki do escorta, wpadłem na to, że mógłbym rozejrzeć się po okolicy, w której znaleziono ciało brodacza. Co mi szkodzi, przecież jutro mam tylko trzy lekcje z samego rana…

Siedziałem już za kierownicą, gdy przypomniałem sobie coś jeszcze. Firmę cateringową Rogal i Synowie. I jej rozkołysanego miłością fiata ducato. Ktokolwiek zabawiał się wczoraj w szoferce furgonetki, mógł przypadkiem zobaczyć coś ważnego. Muszę dotrzeć do tych ludzi, uznałem.

Odjeżdżając z parkingu, miałem już w głowie gotowy plan działania.

Biegacz
 

Copyright © Piotr Bojarski, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

WYDANIE ELEKTRONICZNE 2017

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Magdalena Ciszewska

Korekta: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Projekt okładki: Juliusz Zujewski

ISBN 978-83-7976-667-3

CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Spis treści

CZĘŚĆ I
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
CZĘŚĆ II
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16
ROZDZIAŁ 17
ROZDZIAŁ 18
CZĘŚĆ III
ROZDZIAŁ 19
ROZDZIAŁ 20
ROZDZIAŁ 21
ROZDZIAŁ 22
ROZDZIAŁ 23
ROZDZIAŁ 24
ROZDZIAŁ 25
ROZDZIAŁ 26
ROZDZIAŁ 27
ROZDZIAŁ 28
ROZDZIAŁ 29
CZĘŚĆ IV
ROZDZIAŁ 30
ROZDZIAŁ 31
ROZDZIAŁ 32
ROZDZIAŁ 33
ROZDZIAŁ 34
ROZDZIAŁ 35
ROZDZIAŁ 36
ROZDZIAŁ 37
Od autora
Wydawnictwo Poznańskie poleca

Wydawnictwo Poznańskie poleca

ZAKŁADNIK

 
zakladnik
 
 

Podczas porannego programu na żywo do studia telewizyjnego wkracza uzbrojony mężczyzna. Bierze zakładników, zabija jednego z nich, a następnie odczytuje bezsensowne oświadczenie i popełnia samobójstwo.

Był zwyczajnym człowiekiem – mężem, ojcem i dobrze prosperującym przedsiębiorcą.

Co popchnęło go do tego czynu? Czy był zwykłym szaleńcem, czy też człowiekiem realizującym precyzyjny plan? Psycholog Zygmunt Rozłucki i dziennikarka Karolina Janczewska – świadkowie tego wydarzenia – postanawiają odpowiedzieć na te pytania kręcąc reportaż. Ich podróż śladami zamachowca niespodziewanie zamieni się w śledztwo dotyczące tajemniczej śmierci sprzed lat. Czy zdołają rozwiązać zagadkę z przeszłości? Czas goni, a od wyniku ich poszukiwań zależeć może życie kilku całkiem niewinnych młodych ludzi.

 
 
 

 

POWTÓRKA

 
powtorka
 
 

Czy gdybyś mógł wejść drugi raz do tej samej rzeki, popełniłbyś te same błędy?

Z końcem kariery policyjnej przed Leonem Brodzkim jeszcze jedno, najtrudniejsze zadanie. W serii niewyjaśnionych zbrodni, do których dochodzi w Toruniu, Brodzki odkrywa pewną prawidłowość – to powtórzone zagadki sprzed lat, które były najtrudniejszymi w jego karierze. Morderca, nazywający siebie Heraklitem, ewidentnie chce, by Brodzki ponownie przeszedł przez piekło makabrycznych zbrodni. Tylko tym razem mają to być zbrodnie doskonałe…

Kto brutalnie okalecza ofiary? Kto kryje się pod numerem telefonu 511 867 571? I co zrobi Brodzki, gdy w sprawę zostanie uwikłana jego córka? Jaką cenę zapłaci za odkrycie prawdy?

Brodzki co noc śni o wiślanej otchłani, w której toną ludzie…

Choć podobno dwa razy nie da się wejść do tej samej rzeki, policjant będzie musiał odbyć powtórkę swojej drogi zawodowej… i swojego życia.

ROZPOCZNIJ MORDERCZĄ GRĘ