Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie - Terry Pratchett

Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie

0,0

Nowe wydanie w przekładzie Piotra W. Cholewy!

Wyobraźcie sobie milion sprytnych szczurów. Szczurów, które nie uciekają. Szczurów, które walczą. Maurycy, poharatany kocur, potrafił łapać okazje i opracował doskonały plan. Ma na podorędziu głupawego z wyglądu dzieciaka jako grajka i ma własną plagę szczurów – szczurów dziwnie wyedukowanych, więc Maurycy nie może już myśleć o nich jako o posiłku. A wszyscy znają opowieści o szczurach i grajkach – więc dają mu dużo pieniędzy. Do czasu, kiedy Maurycy próbuje swojej sztuczki w dalekim miasteczku Blintzowe Łaźnie, gdzie cały numer rozsypuje się w proch. Ktoś tam gra całkiem inną melodię – melodię mroczną i posępną. Coś bardzo, ale to bardzo niedobrego kryje się w piwnicach.

Szczury muszą poznać nowe słowo: ZŁO. To już nie jest gra. W dole trafia się do świata, w którym szczur pożera szczura. Co więcej, to pewnie dopiero początek.

Znakomity pisarz Terry Pratchett prowadzi nas przez mroczną, niezwykłą, przerażająco wciągającą opowieść, pierwszą historię ze Świata Dysku przeznaczoną dla młodszych czytelników.

Pratchettowska etiuda na temat, co by było, gdyby szczury zaczęły myśleć i stworzyły cywilizację”. Jak zawsze u tego autora mamy do czynienia z prozą ironiczną, wykorzystującą w perwersyjny sposób nasze kulturowe przesądy i mity. Jarosław Lipszyc

Terry Pratchett urodził się 28 kwietnia 1948 r. w Beaconsfield. Jako autor opowiadań zadebiutował w wieku 13 lat, w 1971 r. wydana została jego pierwsza powieść „Dywan”, a potem kolejne – „Ciemna strona słońca” (1976) i „Strata” (1981). W 1983 r. ukazała się pierwsza powieść z cyklu Świat Dysku – „Kolor magii". W 1998 r. został uhonorowany przez królową brytyjską Orderem Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

1-1_jpg
1-2_jpg

Tytuł oryginału

THE AMAZING MAURICE AND HIS EDUCATED RODENTS

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 2001

This edition is published by arrangement with Transworld Publishers, a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Ilustracja na okładce:

Paul Kidby

Ilustracje w książce:

David Wyatt

Redakcja:

Agnieszka Rosłan

Korekta:

Grażyna Nawrocka

Łamanie:

Jolanta Kotas

ISBN

978-83-7648-625-3

Warszawa 2011

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Skład wersji elektronicznej:

Michał Nakoneczny

Virtualo Sp. z o.o. virtualo.eu

Virtualo Sp. z o.o.

D’niece, za odpowiednią książkę w odpowiedniej chwili

Rozdział 1

Pewnego dnia, kiedy był niegrzeczny, pan Króliś popatrzył przez żywopłot na pole farmera Freda. Pole było pełne zielonej sałaty. Jednakże pan Króliś nie był pełen zielonej sałaty, co wydało mu się niesprawiedliwe.

„Przygoda pana Królisia”

Szczury!

Goniły psy i gryzły koty!

Ale chodziło też o coś więcej.

Jak stwierdził Zadziwiający Maurycy, jest to po prostu opowieść o ludziach i szczurach. A najtrudniejsze wydawało się określenie, kim są ludzie i kim są szczury.

Za to Malicia Grim uważała, że to opowieść o opowieściach.

Zaczęła się – a przynajmniej jej część się zaczęła – w dyliżansie pocztowym, który przejechał przez góry w drodze z dalekich miast na równinach.

To była ta część podróży, której woźnica najbardziej nie lubił. Droga wiła się przez lasy i po dziurawych drogach omijała szczyty. Między drzewami zalegały głębokie cienie. Czasami miał wrażenie, że coś podąża za dyliżansem, trzymając się tuż poza zasięgiem wzroku. Ciarki go od tego przechodziły.

Ale w tym kursie solidnych dreszczy dostawał raczej od tego, że słyszał głosy. Był tego pewien. Dochodziły zza jego pleców, z dachu powozu, gdzie leżały tylko wielkie ceratowe worki z pocztą i bagaż młodego człowieka. Z pewnością nie było tam nic tak dużego, by mogło ukryć człowieka. Ale od czasu do czasu bez żadnych wątpliwości słyszał stamtąd szepczące piskliwe głosiki.

Na tym odcinku miał tylko jednego pasażera – młodego jasnowłosego człowieka, który siedział samotnie w podskakującym dyliżansie i czytał książkę. Czytał powoli i głośno, przesuwając palec wzdłuż linijek.

– Ubberwald… – odczytał z wysiłkiem.

– Raczej „Überwald” – odezwał się cienki, piskliwy, ale bardzo wyraźny głos. – Z tymi kropkami wymawiasz jak coś w rodzaju długiego „i”. Ale dobrze ci idzie.

– Iiiberwald?

– Istnieje coś takiego, mały, jak przesadny akcent – oświadczył inny głos, który brzmiał tak, jakby mówiący przysypiał. – Ale wiesz, co w Überwaldzie jest najlepsze? Leży daleko, bardzo daleko od Sto Lat. Leży daleko od Pseudopolis. Daleko od każdego miejsca, gdzie komendant straży obiecał, że ugotuje nas żywcem, jeśli znowu nas zobaczy. No i nie jest to kraj specjalnie nowoczesny. Marne trakty. Góry po drodze. Ludzie tutaj mało podróżują. A więc i wieści nie rozchodzą się szybko, rozumiesz? I nie mają tu policjantów. Mały, zrobimy tutaj majątek!

– Maurycy… – odezwał się niepewnie chłopak.

– Tak, mały?

– Nie sądzisz, że to, co robimy, jest jakoś… no wiesz… nieuczciwe?

Nastąpiła chwila milczenia, nim głos odpowiedział:

– O co ci chodzi? Jak to: nieuczciwe?

– No wiesz. Bierzemy ich pieniądze, Maurycy.

Dyliżans zatrząsł się i podskoczył na jakiejś dziurze.

– No owszem – przyznał niewidzialny Maurycy. – Ale musisz zadać sobie pytanie: od kogo tak naprawdę bierzemy pieniądze?

– No… zwykle od burmistrza, rady miejskiej i takich różnych.

– Właśnie. A zatem są to…? Już ci to raz tłumaczyłem.

– No.

– To pieniądze rządowe – tłumaczył cierpliwie Maurycy. – Powtórz: pieniądze rządowe.

– Pieniądze rządowe – powtórzył posłusznie chłopak.

– Właśnie. A co rząd robi z pieniędzmi?

– Oni, no…

– Płacą żołnierzom – oświadczył Maurycy. – Prowadzą wojny. I pewnie powstrzymaliśmy kilka wojen, zabierając te pieniądze i chowając je tam, gdzie nikomu nie zaszkodzą. Jakby się trochę zastanowili, to pewnie wystawiliby nasze statuje.

– Niektóre z tych miasteczek wyglądały dość ubogo, Maurycy… – przypomniał z powątpiewaniem dzieciak.

– Czyli z całą pewnością nie potrzebują wojen.

– Groźna Fasolka mówi, że to… – Chłopak skoncentrował się i poruszył wargami, nim wypowiedział słowo na głos, jakby najpierw chciał przećwiczyć wymowę. – To nie-etyk-cznie.

– To prawda, Maurycy – wtrącił piskliwy głosik. – Groźna Fasolka uważa, że nie powinniśmy żyć z oszustw.

– Posłuchaj, Brzoskwinio: ludziom głównie na oszustwach zależy – odparł głos Maurycego. – Przez cały czas tak się starają, żeby się nawzajem oszukiwać, aż wybierają sobie rządy, żeby to za nich robiły. A my dajemy im to, za co płacą. Mają straszliwą plagę szczurów, płacą szczurzemu grajkowi, szczury wychodzą za dzieciakiem z miasta, hop-siup, koniec plagi, nikt więcej nie siusia do mąki, wdzięczni mieszkańcy wybierają rząd ponownie, wszyscy świętują. Moim zdaniem to dobrze wydane pieniądze.

– Ale plaga jest tylko dlatego, że ich do niej przekonujemy – zaprotestował głos Brzoskwini.

– No cóż, moja droga, kolejna rzecz, na którą wszystkie te małe rządy wydają swoje pieniądze, to szczurobójcy. Prawda? I naprawdę nie rozumiem, czemu w ogóle się z wami męczę, słowo daję.

– Tak, ale my…

Nagle zdali sobie sprawę, że dyliżans się zatrzymał. W deszczu na zewnątrz zadźwięczała uprząż. Potem dyliżans zakołysał się lekko i usłyszeli tupot biegnących stóp.

Po chwili usłyszeli głos z ciemności:

– Jadą tam jacyś magowie?

Pasażerowie spojrzeli po sobie zdziwieni.

– Nie – odpowiedział chłopak takim rodzajem „nie”, które oznacza „a czemu pytasz?”.

– A jak z czarownicami? – dopytywał się głos.

– Nie, żadnych czarownic – zapewnił chłopak.

– Dobrze. A może są tam jakieś ciężko uzbrojone trolle wynajęte przez linię dyliżansową?

– Wątpię – stwierdził Maurycy.

Przez chwilę trwała cisza zakłócana szumem padającego deszczu.

– No dobra… A wilkołaki? – odezwał się znowu głos.

– A jak wyglądają? – zapytał chłopak.

– No, niby wyglądają tak całkiem normalnie, aż do chwili kiedy im wszędzie wyrastają włosy, zęby, wielkie łapy i wtedy skaczą na człowieka przez okno – wyjaśnił głos. Brzmiał tak, jakby mówiący czytał listę.

– Wszyscy mamy włosy i zęby – zapewnił chłopak.

– Czyli jesteście wilkołakami?

– Nie.

– Świetnie, świetnie. – Znowu chwila milczenia wypełniona szumem padającego deszczu. – A tak, wampiry – rzekł głos. – Mokro jest, na pewno byście nie chcieli latać przy takiej pogodzie. Są tam jakieś wampiry?

– Nie – oświadczył chłopak. – Wszyscy tu jesteśmy zupełnie niegroźni.

– O rany… – mruknął Maurycy i wczołgał się pod siedzenie.

– No, prawdziwie mi ulżyło – stwierdził głos. – W tych czasach nigdy dość ostrożności. Różne typy się tutaj kręcą. – Przez okienko wsunęła się kusza, a głos mówił dalej: – Pieniądze i życie. Specjalna promocja, dwa w jednym.

– Pieniądze są w skrzynce na dachu – poinformował głos Maurycego z poziomu podłogi.

Rozbójnik rozejrzał się po ciemnym wnętrzu powozu.

– Kto to powiedział? – zapytał.

– No… ja – odparł chłopak.

– Nie zauważyłem, żebyś ruszał ustami, mały!

– Pieniądze są na dachu. W kufrze. Ale na pana miejscu bym nie…

– Ha! Tak właśnie przypuszczałem, że ty byś nie!

Twarz rozbójnika zniknęła z okienka.

Chłopiec sięgnął po leżącą obok piszczałkę. Takie instrumenty nazywano fletami prostymi, choć gra na nich wcale nie była prosta.

– Zagraj „Kradzież z rozbojem”, mały – polecił spokojnie Maurycy.

– Nie możemy po prostu dać mu pieniędzy? – zapytał głos Brzoskwini. Był to cichy głosik.

– Pieniądze są po to, żeby ludzie dawali je nam – upomniał ją surowo Maurycy.

Nad sobą usłyszeli zgrzyt kufra na dachu, kiedy rozbójnik ściągał go na dół.

Chłopak posłusznie podniósł flet do ust i zagrał kilka nut. Po czym nastąpiła seria odgłosów: skrzypienie, jakby szamotanie i bardzo krótki krzyk.

Kiedy zapadła cisza, Maurycy wspiął się na siedzenie i przez okno wystawił głowę na ciemną deszczową noc.

– Dobrze kombinujesz – pochwalił. – Rozsądnie. Im bardziej się szarpiesz, tym mocniej gryzą. Prawdopodobnie jeszcze nie naruszyły skóry, co? To dobrze. Podejdź bliżej, żebym mógł ci się przyjrzeć. Ale powoli, jasne? Nie chcemy przecież, żeby ktoś tu wpadł w panikę, prawda?

Rozbójnik znowu pojawił się w świetle lamp dyliżansu. Szedł bardzo powoli i ostrożnie, szeroko rozstawiając nogi. I cichutko pojękiwał.

– Aha, tu jesteś – stwierdził z satysfakcją Maurycy. – Wbiegły prosto do nogawek, co? Typowy numer szczurów. Kiwnij tylko głową, nie chcemy ich denerwować. Trudno przewidzieć, do czego mogłoby to doprowadzić.

Rozbójnik wolno pokiwał głową. I nagle zmrużył oczy.

– Jesteś kotem? – wymruczał.

Po czym zrobił zeza i syknął.

– Pozwoliłem ci mówić? – spytał Maurycy. – Nie wydaje mi się, żebym ci pozwalał mówić, prawda? Woźnica uciekł czy go zabiłeś? – Twarz mężczyzny nie wyrażała niczego. – Aha, szybko się uczymy… To lubię u rozbójników – pochwalił go Maurycy. – Możesz odpowiedzieć na pytanie.

– Uciekł – poinformował chrapliwie rozbójnik.

Maurycy znowu się schował w powozie.

– Co myślicie? – zapytał. – Powóz, cztery konie, pewnie trochę cennych rzeczy w workach pocztowych. Razem warte, no… jakieś tysiąc dolarów. Dzieciak mógłby powozić. Warto brać?

– To kradzież, Maurycy – stwierdziła Brzoskwinia.

Siedziała na ławeczce obok chłopaka. Była szczurem.

– Nie jest kradzieżą jako taką – sprzeciwił się Maurycy. – To raczej… znalezienie. Woźnica uciekł, więc nawet ratowanie mienia. Hej, to prawda, moglibyśmy go zwrócić i dostać nagrodę! To o wiele lepsze. I legalne. Robimy tak?

– Ludzie zadawaliby dużo pytań – zauważyła Brzoskwinia.

– Jeśli go zwyczajnie zostawimy, to ktoś mrrrau go ukradnie – jęknął Maurycy. – Jakiś złodziej go sobie zabierze! Lepiej jeśli my zabierzemy, prawda? My nie jesteśmy złodziejami.

– Zostawimy go, Maurycy – upierała się Brzoskwinia.

– W takim razie ukradnijmy chociaż konia tego rozbójnika – przekonywał Maurycy, jakby noc nie była właściwie dopełniona, dopóki czegoś nie ukradli. – Okraść złodzieja to nie kradzież, bo one się kasują.

– Nie możemy tu tkwić całą noc – zwrócił się chłopak do Brzoskwini. – Ma trochę racji.

– Zgadza się – potwierdził nerwowo rozbójnik. – Nie możecie tu tkwić całą noc.

– Zgadza się – zabrzmiał chór głosów z jego spodni. – Nie możemy tu tkwić całą noc!

Maurycy westchnął i znowu wystawił głowę przez okno.

– No dobra – rzekł. – Zrobimy tak. Będziesz stał całkiem nieruchomo i patrzył prosto przed siebie. I nie próbuj żadnych sztuczek, bo gdybyś próbował, wystarczy mi powiedzieć jedno słowo.

– Nie mów tego słowa – poprosił rozbójnik jeszcze bardziej nerwowo.

– Właśnie – powiedział Maurycy. – Zabierzemy ci za karę twojego konia, ale możesz sobie zabrać dyliżans, bo to będzie kradzież, a tylko złodziejom wolno kraść. Zgoda?

– Wszystko, co powiesz – zapewnił rozbójnik, zastanowił się chwilę i dodał szybko: – Ale proszę cię, nic nie mów!

Patrzył prosto przed siebie. Zobaczył, jak chłopiec i kot wysiadają z powozu. Słyszał za sobą różne odgłosy, kiedy odprowadzali jego konia. A potem pomyślał o swoim mieczu. Owszem, miał z tej transakcji dostać cały dyliżans pocztowy, ale przecież istnieje coś takiego jak duma zawodowa.

– No dobrze – zabrzmiał po chwili głos kota. – Teraz stąd znikniemy, a ty musisz obiecać, że nie ruszysz się, dopóki nie odjedziemy. Obiecujesz?

– Daję wam moje słowo jako złodziej – oświadczył rozbójnik, powoli kładąc dłoń na mieczu.

– Jasne. Z pewnością ci ufamy – odparł kot.

Mężczyzna poczuł, jak jego spodnie stają się lekkie, kiedy wysypały się z nich szczury; usłyszał brzęk uprzęży. Odczekał trochę, po czym odwrócił się i pobiegł naprzód.

W każdym razie trochę naprzód. Nie uderzyłby tak mocno o ziemię, gdyby ktoś nie związał mu razem sznurówek.

* * *

Mówili, że jest zadziwiający. Zadziwiający Maurycy, tak go nazywali. Nigdy nie zamierzał być zadziwiający. Po prostu tak wyszło.

Zdał sobie sprawę, że coś jest nie w porządku, kiedy pewnego dnia po obiedzie spojrzał na swoje odbicie w kałuży i pomyślał: To ja. Nigdy wcześniej nie był siebie świadomy. Oczywiście, trudno teraz było sobie przypomnieć, jak myślał, zanim stał się zadziwiający. Miał wrażenie, że jego umysł był wtedy rodzajem zupy.

Były jeszcze szczury, które żyły pod kupą śmieci w rogu jego terytorium. Zrozumiał, że jest w nich coś wyedukowanego, kiedy skoczył na któregoś, a ten szczur powiedział: „Może o tym porozmawiamy?”. Wtedy część jego zadziwiającego nowego mózgu zasugerowała, że nie należy jeść nikogo, kto potrafi mówić. A przynajmniej dopóki się nie wysłucha, co ma do powiedzenia.

Szczurem okazała się Brzoskwinia. Nie przypominała innych szczurów. Podobnie jak Groźna Fasolka, Pączkojad, Ciemnybrąz, Mielonka, Wielka Okazja, Trując i cała reszta. Ale przecież Maurycy też już nie przypominał innych kotów.

Inne koty wydawały się nagle… głupie. Dlatego Maurycy zaczął się raczej trzymać szczurów. Przynajmniej miał z kim porozmawiać. Dogadywali się całkiem dobrze, dopóki pamiętał, żeby nie zjadać nikogo znajomego.

Szczury często się zastanawiały, w jaki sposób nagle stały się takie mądre. Maurycy uważał to za stratę czasu. Różne rzeczy się zdarzają. Ale szczury ciągle kombinowały i kombinowały: może to coś, co zjadły z tego stosu śmieci? Lecz nawet Maurycy rozumiał, że nie tłumaczyłoby to, w jaki sposób on się zmienił. Przecież nie jadał odpadków. A już na pewno nie jadał konkretnie tych śmieci, bo wiedział, skąd pochodzą.

Uważał, że szczury są – tak naprawdę – głupie. Inteligentne, owszem, ale głupie. Maurycy żył na ulicach przez cztery lata, niewiele już zostało mu z uszu, a blizny pokrywały cały pyszczek – i był sprytny. Kroczył dumnie, kołysząc biodrami tak mocno, że gdyby nie zwolnił, przewróciłby się od tego. Kiedy nastroszył ogon, ludzie musieli obchodzić go bokiem. Uważał, że trzeba być sprytnym, żeby przetrwać cztery lata na ulicach, zwłaszcza wobec tych wszystkich psich gangów i przedsiębiorczych kuśnierzy. Wystarczyłby jeden błędny ruch, a skończyłby jako obiad i para rękawiczek.

Tak, trzeba być sprytnym.

Warto też być bogatym. Trochę się namęczył, żeby wytłumaczyć to szczurom, ale w końcu od dawna włóczył się po mieście i odkrył, jak wszystko działa. Pieniądze, przekonywał, są kluczem.

I wtedy, pewnego dnia, zauważył głupawego z wyglądu dzieciaka, który grał na piszczałce, a przed sobą położył czapkę na drobne… i wpadł na pewien pomysł. Zadziwiający pomysł! Pojawił się znienacka, bęc, od razu w całości. Szczury, flet, głupawy z wyglądu dzieciak.

– Hej, ty, głupawy z wyglądu dzieciaku – odezwał się do niego Maurycy. – Chciałbyś może zbić forrtunę? Tu jestem, na dole.

* * *

Świtało już, kiedy koń rozbójnika wyjechał z lasu nad przełęczą. Zatrzymali go w wygodnym zagajniku.

Dolina rzeki ciągnęła się pod nimi, z miasteczkiem przyklejonym do urwiska.

Maurycy wygramolił się z juków i przeciągnął. Głupawy z wyglądu dzieciak pomógł szczurom wyjść z drugiej torby. Przez całą drogę leżały na pieniądzach, choć były zbyt grzeczne, by powiedzieć, że nikt nie chce spać w tej samej torbie co kot.

– Jak się nazywa to miasteczko, mały? – zapytał Maurycy.

Usiadł na kamieniu i spojrzał na zabudowania. Z tyłu szczury znowu liczyły pieniądze, układając je w stosikach przy skórzanej sakwie. Robiły to codziennie. Maurycy wprawdzie nie miał kieszeni, ale miał w sobie coś, co wywoływało odruch możliwie częstego sprawdzania gotówki.

– Blintzowe Łaźnie – odparł chłopak, zaglądając do przewodnika.

– Ehm… Powinniśmy je odwiedzać? Łaźnie źle się kojarzą… Krwawa łaźnia i takie tam… – zaniepokoiła się Brzoskwinia, przerywając liczenie.

– Ale nie nazywa się „Łaźnie” dlatego, że urządzają krwawe łaźnie. Nasłuchałaś się jakichś głupstw – wyjaśnił Maurycy.

– To dlaczego nazwali miasto „Łaźnie”? – zdziwił się Pączkojad.

– Nie, nie, nazwali je „Łaźnie”, bo. – Zadziwiający Maurycy wahał się tylko przez moment. – …Bo mają tam łaźnię, rozumiesz. To bardzo zacofana okolica. Niewiele jest tu łaźni. Ale oni mają i są z niej dumni, więc oczywiście chcieliby, żeby wszyscy wiedzieli. Pewnie trzeba kupować bilety, żeby na nią popatrzeć.

– Czy to prawda, Maurycy? – zapytał Groźna Fasolka. Zadał pytanie bardzo uprzejmie, ale było jasne, że tak naprawdę chciał powiedzieć: „Nie sądzę, żeby to było prawda, Maurycy”.

No tak. Groźna Fasolka był trudnym przypadkiem. Chociaż właściwie nie powinien. Za dawnych czasów Maurycy nawet by nie zjadł szczura tak małego, bladego i ogólnie chorowitego.

Patrzył z góry na małego albinosa z jego śnieżnobiałym futerkiem i czerwonymi oczkami. Groźna Fasolka oczywiście nie odpowiedział mu spojrzeniem, bo był zbyt krótkowzroczny. Jasne, ta prawie ślepota nie przeszkadzała zbytnio osobnikowi z gatunku, który większość czasu spędza w ciemności, a węch ma – o ile Maurycy to rozumiał – prawie tak dobry jak wzrok, słuch i mowa razem wzięte. Na przykład szczur zawsze odwracał się do Maurycego przodem i kiedy mówił, patrzył prosto na niego. To było niesamowite. Maurycy znał kiedyś ślepego kota, który często zderzał się z drzwiami, ale Groźnej Fasolce nigdy się to nie zdarzało.

Groźna Fasolka nie był naczelnym szczurem – to stanowisko należało do Mielonki. Mielonka był duży, waleczny i trochę poharatany; nie bardzo mu się podobał ten nowo uzyskany mózg, a już na pewno mu się nie podobało, że musi rozmawiać z kotem. Był już dość stary, kiedy nastąpiła Odmiana, jak szczury to nazywały, i uważał, że jest już za stary na zmiany. Rozmowy z Maurycym zostawiał Groźnej Fasolce, który urodził się zaraz po Odmianie. A ten mały szczurek był mądry. Zadziwiająco mądry. Za mądry. W kontaktach z Groźną Fasolką Maurycy potrzebował całego swojego sprytu.

– Zadziwiające, o ilu rzeczach wiem. – Maurycy zamrugał powoli. – Zresztą to chyba miłe miasteczko. Wygląda na bogate. Zrobimy więc tak.

– Ehem…

Maurycy nienawidził tego odgłosu. Jeśli istniał dźwięk gorszy od Groźnej Fasolki zadającego jedno z tych swoich dziwnych pytań, to było nim chrząknięcie Brzoskwini. Oznaczało, że Brzoskwinia zamierza bardzo cicho powiedzieć coś, co na pewno go zdenerwuje.

– Tak? – spytał ostro.

– Czy naprawdę musimy dalej to robić?

– To oczywiste, że nie – odparł Maurycy. – W ogóle nie muszę tu siedzieć, jestem przecież kotem. Zgadza się? Kotem z moimi talentami! Ha! Mógłbym załatwić sobie naprawdę niezłą robotę jako iluzjonista. Albo może brzuchomówca. Nie ma końca rzeczom, którymi mógłbym się zajmować, bo przecież ludzie lubią koty. Ale ze względu na to, że jestem… no wiecie… zadziwiająco głupi i mam zadziwiająco miękkie serce, postanowiłem trochę pomóc bandzie gryzoni, które… powiedzmy sobie to szczerze… nie są wśród ludzi faworytem numer jeden. I teraz niektórzy z was. – obrzucił Groźną Fasolkę ponurym spojrzeniem żółtego oka – …mają taki pomysł, żeby popłynąć gdzieś na jakąś wyspę i założyć tam własną cywilizację. Uważam, że to godne podziwu, lecz potrzebne wam będą. Tłumaczyłem wam więc, co będzie potrzebne?

– Pieniądze, Maurycy – odparł Groźna Fasolka. – Ale.

– Pieniądze. Zgadza się. Bo co możecie dostać za pieniądze? – Popatrzył na szczury. – Zaczyna się na Ł – podpowiedział.

– Łodzie, Maurycy, ale.

– A w dodatku wszystkie narzędzia, jakich będziecie potrzebować, no i oczywiście jedzenie.

– Są kokosy – zauważył głupawy z wyglądu dzieciak, polerując swój flet.

– Och, czyżby ktoś tu coś powiedział? – zdziwił się Maurycy. – A co ty o tym wiesz, mały?

– No, ma się tam kokosy – wyjaśnił dzieciak. – Na bezludnych wyspach. Mówił mi ten człowiek, co nimi handluje.

– Skąd? – spytał Maurycy. W kwestii orzechów kokosowych nie miał pewności.

– Nie wiem. Po prostu się ma.

– Pewnie rosną na drzewach, co? – rzucił Maurycy sarkastycznie. – Rany, naprawdę nie wiem, jak byście sobie radzili bez… No, ktoś wie? Zaczyna się na M.

– Bez ciebie, Maurycy – rzekł Groźna Fasolka. – Ale widzisz, tak naprawdę to pomyśleliśmy sobie.

– Tak? – spytał Maurycy.

– Ehem… – odezwała się Brzoskwinia. Maurycy jęknął w duchu. – Groźnej Fasolce chodzi o to… – tłumaczyła szczurzyca

– …że całe to wykradanie ziarna i sera czy wygryzanie dziur w ścianach jest, no… – Spojrzała kotu w żółte ślepia. – Nie jest moralnie słuszne.

– Przecież szczury tak właśnie się zachowują! – wykrzyknął Maurycy.

– Ale my uważamy, że nie powinniśmy – oznajmił Groźna Fasolka. – Powinniśmy radzić sobie w świecie samodzielnie.

– Och jej, och jej, och jej! – Maurycy pokręcił głową. – Jak na wyspie, co? W Królestwie Szczurów? Nie żebym się naśmiewał z waszych marzeń – dodał pospiesznie. – Każdy potrzebuje jakiegoś drobnego marzenia.

Maurycy szczerze w to wierzył. Jeśli się wiedziało, czego ktoś naprawdę, ale tak naprawdę pragnie, to właściwie ma się go w garści.

Czasami się zastanawiał, czego pragnie ten głupawy z wyglądu dzieciak. Niczego, o ile potrafił to określić; tylko żeby mógł grać na tym swoim flecie i żeby zostawić go w spokoju. Ale. No, całkiem jak z tymi kokosami. Dzieciak wyskakiwał niekiedy z czymś, co sugerowało, że słuchał przez cały czas. Takimi ludźmi trudno kierować.

Ale koty dobrze sobie radzą z kierowaniem ludźmi. Tu jakieś „miau”, tam „mrrr”, kiedy indziej delikatny nacisk pazurem… a Maurycy nigdy wcześniej o tym nie myślał. Koty nie muszą myśleć, muszą tylko wiedzieć, czego chcą. To ludzie powinni myśleć. Do tego służą.

Maurycy wspominał czasy, zanim jego mózg zaczął skwierczeć niczym zimne ognie. Pojawiał się przed drzwiami kuchni uniwersytetu, wyglądał słodko, a kucharki same próbowały odgadnąć, czego chce. To było zadziwiające. Mówiły na przykład: „Mozie chcieś misećkę mlećka? A mozie ciaśtećko? A mozie chcieś te pyśniusie skrawki?”. Maurycy musiał tylko czekać cierpliwie, aż dotrą do dźwięku, który rozpoznawał, na przykład „nóźka indyćka” albo „mielona bajaninka”.

Ale był pewien, że nigdy nie zjadł niczego magicznego. Nie istnieje przecież coś takiego jak czarodziejskie podroby, prawda?

To szczury jadły magiczne odpadki. Wysypisko, które nazywały domem – ale też nazywały obiadem – znajdowało się na tyłach uniwersytetu, a to przecież uniwersytet dla magów. Dawny Maurycy zwykle nie zwracał uwagi na ludzi, którzy nie trzymają misek, ale zdawał sobie sprawę, że ludzie w szpiczastych kapeluszach powodują zdarzanie się dziwnych rzeczy.

A teraz wiedział również, co się działo ze wszystkim, czego używali – wyrzucali to za mur, kiedy przestawało być potrzebne. Zużyte księgi zaklęć, ogarki cieknących świec i resztki bulgoczącej zielonej mazi w kociołkach – wszystko to kończyło na wielkim stosie razem z puszkami, starymi pudełkami i odpadkami z kuchni. Jasne, magowie ustawili tabliczki z napisami „Niebezpieczne” albo „Trujące”, ale szczury wtedy nie umiały jeszcze czytać, a lubiły ogarki cieknących świec.

Maurycy nigdy nie zjadł niczego z tego wysypiska. Rozsądna dewiza życiowa, jego zdaniem, brzmiała: Nie jedz niczego, co świeci.

A jednak on także stał się inteligentny, mniej więcej w tym samym czasie co szczury. Prawdziwa zagadka.

Od tego czasu robił to, co zawsze robią koty: kierował ludźmi. Oczywiście, teraz do ludzi zaliczały się także niektóre szczury. Ale ludzie to ludzie, nawet jeśli mają po cztery łapy i noszą takie imiona jak Groźna Fasolka – imiona, jakie można sobie wybrać, kiedy ktoś uczy się czytać, ale zanim zrozumie, co znaczą wszystkie słowa; ten ktoś czyta napisy na etykietach zardzewiałych puszek i wybiera jako imię to, czego brzmienie mu się spodoba.

Kłopot z myśleniem polega na tym, że kiedy już się zacznie, niełatwo przestać. A zdaniem Maurycego szczury w ogóle za dużo myślały. Groźna Fasolka był dostatecznie trudny, ale tak często zajmował się myśleniem głupich myśli o tym, jak to szczury mogą sobie naprawdę założyć gdzieś własny kraj, że Maurycy jakoś sobie z nim radził. Najgorsza była Brzoskwinia. Zwykła sztuczka Maurycego, polegająca na gadaniu tak szybko, aż ludziom wszystko się mieszało, z nią zupełnie nie skutkowała.

– Ehem… – powtórzyła szczurzyca. – Uważamy, że to powinien być ostatni raz…

Maurycy spojrzał na nią. Inne szczury cofnęły się lekko, ale Brzoskwinia tylko patrzyła.

– To będzie ostatni raz, kiedy wykonamy tę głupią sztuczkę z plagą szczurów – oznajmiła Brzoskwinia. – I to ostateczna decyzja.

– A co o tym myśli Mielonka? – Maurycy zwrócił się do naczelnego szczura. Zwrócenie się do Mielonki, kiedy Brzoskwinia sprawiała kłopoty, zawsze było dobrym pomysłem, ponieważ specjalnie jej nie lubił.

– Co znaczy: myśli? – spytał Mielonka.

– Ja… sir, ja myślę, że powinniśmy już przestać stosować tę niemądrą sztuczkę – wyjaśniła Brzoskwinia, nerwowo spuszczając pyszczek.

– Och, ty też myślisz, tak? – warknął Mielonka. – Wszyscy ostatnio myślą. Myślę, że w ogóle za dużo jest tego myślenia, tak właśnie myślę. Kiedy byłem młodszy, nigdyśmy nie myśleli o myśleniu. Nigdy byśmy niczego nie osiągnęli, gdybyśmy najpierw musieli pomyśleć.

Maurycemu także rzucił niechętne spojrzenie. Mielonka nie lubił Maurycego. Nie lubił większości tego, co się zdarzyło po Odmianie. Maurycy zastanawiał się czasem, jak długo ten szczur pozostanie przywódcą. Mielonka nie lubił myślenia. Lepiej czuł się w czasach, kiedy przywódca szczurów musiał być duży i twardy. Teraz świat sunął naprzód o wiele dla niego za szybko i to go irytowało.

W tej chwili nie tyle przewodził, ile raczej był popychany.

– Ja. Groźna Fasolka, sir, uważa, że powinniśmy już pomyśleć o osiedleniu się gdzieś – oświadczyła Brzoskwinia.

Maurycy się skrzywił. Mielonka nie słuchałby Brzoskwini, i ona o tym wiedziała, ale Groźna Fasolka był tu kimś najbliższym maga i nawet duże szczury go słuchały.

– Zdawało mi się, że planujemy wsiąść na statek i popłynąć na jakąś wyspę – rzekł Mielonka. – Bardzo szczurze są zwykle takie statki – dodał z aprobatą. A potem mówił dalej, trochę nerwowo i trochę z irytacją zerkając na Groźną Fasolkę. – A ludzie mi tłumaczą, że potrzebujemy tych jakichś pieniędzy, bo teraz stać nas na całe to myślenie i musimy być eff… eft…

– Etyczni, sir – podpowiedział Groźna Fasolka.

– Co dla mnie brzmi bardzo nieszczurzo. Chociaż mam wrażenie, że moja opinia już się nie liczy.

– Mamy już dość pieniędzy, sir – przekonywała Brzoskwinia.

– Mamy już bardzo dużo pieniędzy, sir. Bo mamy bardzo dużo pieniędzy, prawda, Maurycy?

To nie było pytanie, raczej rodzaj oskarżenia.

– No, kiedy mówisz „bardzo dużo”… – zaczął Maurycy.

– Właściwie to mamy więcej pieniędzy, niż sądziliśmy – mówiła Brzoskwinia ciągle tym samym tonem. Był to ton bardzo uprzejmy, ale trwał i trwał, i stawiał wiele niewłaściwych pytań. Dla Maurycego niewłaściwym pytaniem było takie, którego nie chciał usłyszeć od nikogo. Brzoskwinia znowu odchrząknęła. – Mówię, że mamy więcej pieniędzy, Maurycy, z pewnego konkretnego powodu. Twierdziłeś, że złote monety błyszczą jak księżyc, a srebrne monety błyszczą jak słońce, i ty zatrzymasz dla siebie srebrne monety. Tymczasem, Maurycy, jest odwrotnie. Srebrne monety są błyszczące jak księżyc.

Maurycy bezgłośnie rzucił wulgarne słowo w kocim języku, który zawierał ich wiele. Jaki jest sens edukacji, pomyślał, jeśli potem ludzie ją wykorzystują?

– Dlatego uważamy, sir – tłumaczył Mielonce Groźna Fasolka – że po tym ostatnim występie powinniśmy podzielić się pieniędzmi i ruszyć każdy własną drogą. Poza tym powtarzanie ciągle tej samej sztuczki staje się niebezpieczne. Powinniśmy przestać, zanim będzie za późno. Płynie tutaj rzeka. Zapewne uda się nam dostać nią do morza.

– Wyspa bez żadnych ludzi ani krllrrt kotów byłaby dobra – stwierdził Mielonka.

Maurycy nie pozwolił, by jego uśmiech zbladł – choć wiedział, co oznacza krllrrt.

– Nie chcemy też przeszkadzać Maurycemu w podjęciu jego wspaniałej nowej pracy iluzjonisty – dodała Brzoskwinia.

Maurycy zmrużył oczy. Przez moment bliski już był złamania żelaznej zasady niejedzenia nikogo, kto potrafi mówić.

– A co z tobą, mały? – zwrócił się do głupawego z wyglądu dzieciaka.

– Mnie nie przeszkadza – oświadczył dzieciak.

– Co ci nie przeszkadza?

– Właściwie to nic. Żeby tylko pozwolili mi grać.

– Ale przecież musisz myśleć o przyszłości! – zawołał Maurycy.

– Myślę – zapewnił chłopak. – Chcę grać moją muzykę też w przyszłości. Granie nic nie kosztuje. Ale może szczury mają rację. Parę razy żeśmy cienko piszczeli, Maurycy.

Maurycy spojrzał na dzieciaka ostro, żeby sprawdzić, czy nie stroi sobie żartów.

I zrezygnował. No, nie całkiem zrezygnował. Nie doszedłby do wszystkiego, gdyby kapitulował wobec problemów. Raczej odkładał je na bok. W końcu zawsze pojawiało się jakieś rozwiązanie.

– No dobrze – rzekł. – Zrobimy to jeszcze raz, a potem dzielimy pieniądze na trzy części. Świetnie. Żaden problem. Ale skoro to ma być nasz ostatni występ, postarajmy się, żeby był wart zapamiętania! Co?

Uśmiechnął się szeroko.

Szczury, jak to szczury, wolałyby nie oglądać uśmiechniętego kota, ale rozumiały, że zapadła trudna decyzja. Odetchnęły cichutko z ulgą.

– Odpowiada ci to, mały? – spytał Maurycy.

– Będę mógł potem grać na flecie? – upewnił się dzieciak.

– Absolutnie.

– No to dobrze.

Pieniądze, te błyszczące jak słońce i te błyszczące jak księżyc, zostały z powagą schowane z powrotem w sakwie. Szczury zawlokły tę sakwę pod krzaki i tam ją zakopały. Nikt nie potrafił zakopywać skarbów jak szczury, a przecież nie warto było zabierać do miasta znaczących kwot.

Został jeszcze koń. Wydawał się dość kosztowny i Maurycy wypuścił go z prawdziwym żalem. Jednakże, jak zauważyła Brzoskwinia, był to koń rozbójnika, z bardzo ozdobnym siodłem i uprzężą. Próba sprzedania go tutaj stanowiłaby spore ryzyko. Ludzie by gadali. Mógłby zwrócić uwagę władz. Brakowało im czasu, by kryć się przed następującą im na pięty strażą.

Maurycy podszedł do krawędzi skały i spojrzał na leżące w dole miasteczko, które budziło się w promieniach porannego słońca.

– Postarajmy się zrobić coś wielkiego, co? – rzucił, kiedy szczury wróciły. – Chcę mieć jak najwięcej pisków, robienia min do ludzi i siusiania na ich jedzenie. Jasne?

– Uważamy, że siusianie na jedzenie jest… – zaczął Groźna Fasolka. Ale Brzoskwinia wtrąciła swoje „Ehem”, więc Groźna Fasolka dokończył: – Właściwie myślę, że skoro to ostatni raz.

– Siusiałem na wszystko, odkąd wyszedłem z gniazda – burczał Mielonka. – A teraz mi mówią, że nie należy. Jeśli to wynika z myślenia, to cieszę się, że nie myślę.

– Niech zostaną zadziwieni – rzekł Maurycy. – Szczury? Zdaje im się, że widzieli w tym mieście szczury? Kiedy nas zobaczą, będą o tym układać opowieści!

Rozdział 2

Pan Króliś miał w Kudłatej Dolinie wielu przyjaciół. Ale bardziej niż z kimkolwiek innym przyjaźnił się z jedzeniem.

„Przygoda pana Królisia”

Taki był plan.

I to był dobry plan. Nawet szczury, nawet Brzoskwinia – wszyscy musieli przyznać, że działa.

Wszyscy słyszeli o plagach szczurów. Wszyscy słyszeli o słynnych szczurzych grajkach, którzy zarabiali na życie, wędrując od miasteczka do miasteczka i usuwając szczury. Oczywiście, zdarzały się plagi nie tylko szczurów – bywały plagi akordeonistów, cegieł powiązanych sznurkiem albo ryb – ale tylko o szczurach krążyły opowieści.

I to właściwie tyle. Do plagi wcale nie trzeba wielu szczurów – jeśli tylko znają się na robocie. Nawet jeden szczur, który załatwi się tu czy tam, popiszczy głośno, weźmie kąpiel w świeżej śmietanie i nasiusia do mąki, sam w sobie może być plagą.

Po kilku dniach aż trudno było uwierzyć, z jaką radością ludzie przyjmowali głupawego z wyglądu dzieciaka z jego czarodziejskim szczurzym fletem. I byli zdumieni, kiedy szczury wybiegały z każdej dziury i wychodziły za nim z miasta. Tak bardzo się zdumiewali, że nie przejmowali się faktem, iż widzą tylko kilka setek gryzoni.

Ale naprawdę by się zdziwili, gdyby wiedzieli, że szczury i grajek w krzakach za miastem spotykają się z pewnym kotem i starannie liczą pieniądze.

* * *

Blintzowe Łaźnie budziły się dopiero, kiedy wkroczył tam Maurycy i dzieciak. Nikt ich nie zaczepiał, choć Maurycy zwracał powszechną uwagę. Nie martwił się tym. Wiedział, że jest interesujący. Koty chodzą tak, jakby były właścicielami całej okolicy, natomiast co do głupawych z wyglądu dzieciaków – świat jest ich pełen, więc nikt się nie pchał, żeby obejrzeć kolejnego.

Wyglądało, jakby trafili tu w dzień targowy, ale niewiele ustawiono straganów i sprzedawano z nich głównie… no… śmieci. Stare garnki, dzbanki, używane buty… rzeczy, jakie ludzie próbują sprzedać, kiedy brakuje im pieniędzy.

W wędrówkach przez inne miasteczka Maurycy widział już wiele targów, więc wiedział, jak to powinno wyglądać.

– Powinny tu być grube kobiety sprzedające kurczaki – oświadczył. – I ludzie handlujący cukierkami dla dzieci; i wstążkami. Akrobaci i klauni. A nawet żonglerzy łasicami, gdybyśmy mieli szczęście.

– Nie ma nic takiego. Sądząc na oko, w ogóle mało co tu jest do kupienia – stwierdził chłopak. – Mówiłeś chyba, że to bogate miasteczko, Maurycy.

– No, wyglądało na bogate. Pola w dolinie, łodzie na rzece. Można by się spodziewać, że ulice są brukowane złotem.

Dzieciak podniósł głowę.

– To zabawne – rzekł.

– Co takiego?

– Ludzie wyglądają na biednych. A domy są bogate.

Rzeczywiście. Maurycy nie był specjalistą od architektury, ale drewniane budynki były starannie rzeźbione i malowane. Zauważył coś jeszcze – nie było niczego starannego w afiszu przybitym do najbliższej ściany.

Głosił:

SKUP MARTWYCH SZCZURÓW!

50 PENSÓW ZA OGON!

ZGŁASZAĆ SIĘ DO SZCZUROBÓJCÓW

W rathausie

Chłopak patrzył w skupieniu.

– Chyba naprawdę chcą się stąd pozbyć szczurów – stwierdził z zadowoleniem Maurycy.

– Nikt jeszcze nie oferował nagrody po pół dolara za ogon!

– Mówiłem, że to będzie wielki numer. Do końca tygodnia będziemy siedzieć na górze złota!

– Co to takiego „rathaus”? – zapytał chłopak. – Przecież nie dom dla szczurów, prawda? I dlaczego wszyscy się na ciebie gapią?

– Bo jestem przystojnym kotem – wyjaśnił Maurycy. Ale był trochę zdziwiony. Ludzie poszturchiwali się wzajemnie i pokazywali go palcami. – Całkiem jakby nigdy w życiu nie widzieli kota… – mruknął pod nosem.

Spojrzał na duży budynek po drugiej stronie ulicy – wielki, kwadratowy, otoczony przez ludzi, z napisem RATHAUS nad drzwiami.

– Rathaus to miejscowe określenie dla… siedziby rady miejskiej. Jak ratusz – wyjaśnił. – I jak ratusz, nie ma nic wspólnego ze szczurami.

– Znasz dużo słów, Maurycy – stwierdził dzieciak z podziwem.

– Czasami sam siebie zadziwiam – przyznał Maurycy.

Przed wielkimi otwartymi drzwiami stała kolejka. Ludzie, którzy zapewne załatwili to, po co kolejka stała w kolejce, dwójkami i trójkami wychodzili przez inne drzwi. Wszyscy nieśli bochenki chleba.

– Też powinniśmy się ustawić? – spytał dzieciak.

– Nie wydaje mi się – odparł ostrożnie Maurycy.

– Czemu nie?

– Widzisz tych ludzi przy wejściu? Wyglądają na strażników. Mają wielkie pałki. A każdy, kto tam wchodzi, pokazuje im jakiś papierek. To mi się nie podoba. Wygląda na rząd.

– Nie zrobiliśmy nic złego – stwierdził dzieciak. – W każdym razie nie tutaj.

– Z rządami nigdy nic nie wiadomo. Zaczekaj tu, mały. Rozejrzę się.

Ludzie przyglądali się Maurycemu, kiedy wchodził do budynku, jednak trudno się przecież dziwić popularności kota w zaatakowanym przez szczury mieście. Ktoś nawet usiłował wziąć go na ręce, ale stracił zainteresowanie, kiedy Maurycy przejechał mu pazurami po dłoni.

Kolejka wiła się przez wielki hol i kończyła dużym stołem na drewnianych krzyżakach. Tam każdy pokazywał swój papierek dwóm kobietom przy wielkiej tacy z chlebem i dostawał kawałek chleba. Potem przechodził do mężczyzny przy wielkiej kadzi z kiełbasą i dostawał znacząco mniej kiełbasy.

Wszystkiego pilnował – i od czasu do czasu mówił coś do dzielących żywność – sam burmistrz. Maurycy rozpoznał go od razu po złotym łańcuchu na szyi. Wielu już widział burmistrzów, odkąd zaczął pracować ze szczurami. Ten tutaj różnił się trochę od innych – był niższy, o wiele bardziej zmartwiony i miał na głowie łysinę, którą usiłował zakryć trzema pasemkami włosów. Był też o wiele chudszy niż większość znanych Maurycemu burmistrzów. Nie wyglądał, jakby go kupowali na wagę.

Czyli… mają kłopoty z żywnością, myślał Maurycy. Muszą ją racjonować. Wygląda na to, że już lada dzień będą potrzebowali szczurzego grajka. Mieliśmy szczęście, że zjawiliśmy się tu w sam czas.

Wyszedł szybko, usłyszał bowiem, że ktoś gra na flecie. Był to – tak jak się obawiał – ten dzieciak. Położył przed sobą czapkę i zdążył nawet zebrać kilka monet. Kolejka się wygięła, bo ludzie chcieli go posłuchać, a dwójka małych dzieci nawet tańczyła.

Maurycy był ekspertem jedynie w kociej muzyce, która polega na tym, że staje się dwa cale przed innymi kotami i wrzeszczy, aż się wycofają. Ludzka muzyka zawsze wydawała mu się rozwodniona i nudna. Ale kiedy ludzie słyszeli grę tego dzieciaka, tupali stopami do rytmu. Przez chwilę się uśmiechali.

Maurycy odczekał do końca melodii. Ludzie w kolejce zaczęli klaskać, a on wsunął się dyskretnie za dzieciaka, otarł się o niego i syknął:

– No brawo, rybi móżdżku! Mieliśmy nie zwracać na siebie uwagi! Chodź, znikamy stąd! Aha, zabierz też pieniądze!

Ruszył przez rynek, aż nagle zatrzymał się tak gwałtownie, że dzieciak niemal go nadepnął.

– Ojoj, zbliża się ktoś z rządu! A my wiemy, co to za jedni, prawda?

Dzieciak wiedział: szczurobójcy – dwóch. Nawet tutaj nosili długie zakurzone płaszcze i pogniecione czarne cylindry jako oznaki swojego fachu. Każdy dźwigał na ramieniu kij, z którego wisiały rozmaite pułapki. Z drugiego ramienia wisiały im wielkie sakwy, do jakich człowiek woli nie zaglądać. I każdy prowadził na sznurku teriera. Były to chude, kłótliwe psy i przechodząc, warczały na Maurycego.

Kolejka entuzjastycznie zareagowała na pojawienie się mężczyzn. Ludzie zaczęli klaskać, kiedy obaj sięgnęli do swoich sakw i wyciągnęli pęki czegoś, co dla Maurycego wyglądało jak czarny sznurek.

– Dzisiaj dwieście! – zawołał jeden ze szczurobójców.

Jeden terier rzucił się na Maurycego, szarpiąc się wściekle na sznurku. Kot nawet nie drgnął. Prawdopodobnie tylko głupawy z wyglądu dzieciak słyszał, jak rzuca cichym głosem:

– Do nogi, pchlarzu! Niegrzeczny pies!

Terier wykrzywił pysk w straszliwie niespokojnym wyrazie psa, który usiłuje pomieścić w głowie dwie myśli naraz. Wiedział, że koty nie powinny mówić, a ten kot właśnie się odezwał. Był to przerażający problem, więc terier usiadł niezgrabnie i zaskomlał.

Maurycy zaczął się myć. Była to śmiertelna obraza.

Szczurobójca, zirytowany tchórzliwą postawą swego psa, pociągnął go za sobą.

I upuścił kilka czarnych sznurków.

– Szczurze ogony – stwierdził chłopak. – Naprawdę mają tutaj kłopoty.

– Większe, niż myślisz – odparł Maurycy, przyglądając się pękowi ogonów. – Podnieś je, ale tak, żeby nikt nie widział, dobrze?

Dzieciak odczekał, aż ludzie przestaną patrzeć w ich stronę, po czym wyciągnął rękę. I kiedy jego palce dotykały już kłębka ogonów, błyszczący czarny but przydepnął go ciężko.

– Nie, na pewno nie chcesz ich dotykać, młody paniczu – zabrzmiał głos nad nimi. – Możesz się czymś zarazić. No wiesz, od szczurów. Nogi ci od tego wybuchną.

Był to szczurobójca. Rzucił dzieciakowi szeroki uśmiech, ale nie z tych wesołych, raczej z tych cuchnących piwem.

– Zgadza się, młody paniczu. A potem mózg wypłynie ci nosem – poparł kolegę drugi szczurobójca, pojawiając się za plecami dzieciaka. – Nie odważysz się użyć chustki, młody paniczu, kiedy już złapiesz tę zarazę.

– Mój partner jak zawsze trafił w samo sedno, młody paniczu – zapewnił pierwszy szczurobójca, dmuchając piwem w twarz dzieciaka.

– A ty tego sedna nawet nie pokażesz, młody paniczu – stwierdził Szczurobójca 2 – bo kiedy złapiesz zarazę, wszystkie palce ci…

– Wam nogi nie wybuchły – zauważył dzieciak.

Maurycy jęknął w duchu. Nigdy nie opłaca się być niegrzecznym dla zapachu piwa. Lecz szczurobójcy byli już na takim etapie, na którym wbrew wszelkim oznakom wierzyli, że są zabawni.

– Słuszna uwaga, młody paniczu, ale to dlatego, że lekcja pierwsza w szkole Gildii Szczurobójców to nie dać swoim nogom wybuchnąć – wyjaśnił Szczurobójca 1.

– I bardzo dobrze, bo druga lekcja jest na piętrze – dodał Szczurobójca 2. – To było niezłe, prawda, młody paniczu?

Pierwszy szczurobójca podniósł wiązkę czarnych sznureczków. Przestał się uśmiechać, kiedy przyglądał się dzieciakowi.

– Nie widziałem cię tutaj, mały – rzekł. – A moja rada dla ciebie jest taka, żebyś wycierał nos i nie mówił nic nikomu o niczym. Ani słowa. Rozumiesz?

Dzieciak otworzył usta, po czym zamknął je pospiesznie. Szczurobójca znowu rozciągnął wargi w swoim okropnym uśmiechu.

– Aha. Szybko się uczysz, młody paniczu. Może będziemy cię widywać w tej okolicy, co?

– Założę się, że kiedy dorośniesz, chciałbyś zostać szczurobójcą, co? – Szczurobójca 2 trochę zbyt mocno poklepał dzieciaka po plecach.

Chłopak kiwnął głową. Wydawało się, że to najlepsze rozwiązanie. Szczurobójca 1 nachylił się, aż jego czerwony, dziobaty nos znalazł się o cal od twarzy dzieciaka.

– O ile dorośniesz, paniczu.

A potem szczurobójcy odeszli, wlokąc za sobą psy. Jeden z terierów stale oglądał się na Maurycego.

– Bardzo niezwykłych szczurobójców mają w tej okolicy – zauważył kot.

– Nie widziałem jeszcze takich jak oni – stwierdził dzieciak. – Wyglądali paskudnie. Jakby ich to bawiło.

– Nie widziałem jeszcze szczurobójców, którzy tyle pracowali, a jednak mają czyste buty – rzekł Maurycy.

– No tak, mieli.

– Ale nawet to nie jest tak dziwne jak tutejsze szczury – dodał Maurycy takim spokojnym tonem, jak gdyby liczył pieniądze.

– A co jest dziwnego w szczurach?