Straż nocna - Terry Pratchett

Straż nocna

0,0

Komendant Sam Vimes ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork miał wszystko. Ale teraz wrócił do swojej własnej, twardej i ostrej przeszłości, pozbawiony nawet ubrania, które miał na sobie, gdy uderzyła błyskawica.

Życie w przeszłości jest trudne. Śmierć w przeszłości jest niezwykle łatwa. Musi jednak przeżyć, by wykonać swoją robotę. Ma wyśledzić mordercę, nauczyć swoje młodsze ja, jak być dobrym gliną, i zmienić rezultat krwawej rewolucji. Jest też pewien problem: jeśli wygra, straci żonę, straci dziecko, straci przyszłość.

Dyskowa „Opowieść o jednym mieście”, z pełnym zespołem ulicznych urwisów, dam negocjowalnego afektu, rebeliantów, tajnej policji i innych dzieci rewolucji.

Prawda! Sprawiedliwość! Wolność! I Jajko Na Twardo!

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

okladka.jpg

tytulowka.jpg

Tytuł oryginału

NIGHT WATCH

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 2002

This edition is published by arrangement with Transworld Publishers,

a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Mapa © Stephen Briggs 2002

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Copyright © Paul Kidby www.paulkidby.net

Redakcja

Łucja Grudzińska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7648-897-4   

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Tego samego autora polecamy:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUTLUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

*

NIUCH

SLONIE.TIF

Sam Vimes westchnął, kiedy usłyszał krzyk, ale zanim cokolwiek w tej sprawie zrobił, najpierw skończył się golić.

Potem włożył kurtkę i wyszedł powoli w piękny poranek. Była wczesna wiosna, ptaki śpiewały wśród drzew, a pszczoły brzęczały w kwiatach. Wprawdzie zamglone niebo i ciemne chmury na horyzoncie groziły, że wkrótce spadnie deszcz, na razie jednak było gorąco i duszno. A w starym szambie za szopą ogrodnika jakiś młody chłopak taplał się w wodzie.

No… w każdym razie się taplał.

Vimes stanął w pewnej odległości i zapalił cygaro. Prawdopodobnie nie należało używać otwartego ognia blisko dołu – ciało upadające z dachu szopy skruszyło skorupę na powierzchni szamba.

– Dzień dobry – rzekł uprzejmie Vimes.

– Dzień dobry, wasza łaskawość – odpowiedział pracowity taplacz.

Głos był wyższy, niż Vimes się spodziewał, więc zdał sobie sprawę, że – co niezwykłe – młody chłopak w dole jest, precyzyjnie mówiąc, młodą kobietą. Nie było to tak całkiem niespodziewane – Gildia Skrytobójców wiedziała, że jeśli chodzi o pomysłowe zabójstwa, kobiety co najmniej dorównują swym braciom – ale mimo to odrobinę zmieniało sytuację.

– Nie wydaje mi się, żebyśmy się kiedyś spotkali. Chociaż rozumiem, że wiesz, kim jestem. A ty…?

– Wiggs, sir – przedstawiła się pływaczka. – Jocasta Wiggs. Poznać pana osobiście to zaszczyt, wasza łaskawość.

– Wiggs, tak? – mruknął Vimes. – Znany ród w gildii. Przy okazji, „sir” zupełnie wystarczy. Kiedyś chyba złamałem nogę twojemu ojcu?

– Tak, sir. Prosił, żeby pana pozdrowić.

– Trochę jesteś za młoda, żeby powierzać ci kontrakt…

– Nie chodzi o kontrakt, sir – zapewniła Jocasta, machając rękami i nogami.

– Ależ panno Wiggs… Cena za moją głowę to co najmniej…

– Rada Gildii postanowiła pana zawiesić, sir – wyjaśniła uparta pływaczka. – Został pan zdjęty z rejestru. W tej chwili nie przyjmują już zleceń na pana.

– Coś podobnego! Czemu?

– Nie wiem, sir – zapewniła panna Wiggs.

Cierpliwe wysiłki przesunęły ją do ściany dołu i właśnie odkrywała, że obmurowanie jest w dobrym stanie, a śliskie cegły nie dają żadnych możliwości uchwytu. Vimes wiedział o tym, ponieważ pewnego popołudnia poświęcił kilka godzin na to, by tak właśnie było.

– No to dlaczego cię wysłali?

– Panna Band uznała, że to dobre ćwiczenie – wyjaśniła Jocasta. – Muszę przyznać, że te cegły to trudna sprawa. Mam rację?

– Istotnie – zgodził się Vimes. – Trudna. Czyżbyś ostatnio była niegrzeczna dla panny Band? Zirytowałaś ją w jakiś sposób?

– Ależ nie, wasza łaskawość. Powiedziała jednak, że staję się nadmiernie pewna siebie i dobrze mi zrobią jakieś zaawansowane zajęcia terenowe.

– No tak, rozumiem…

Vimes usiłował sobie przypomnieć pannę Band, jedną z bardziej surowych nauczycielek gildii. Jak słyszał, bardzo wysoko ceniła ćwiczenia praktyczne.

– Tak… I dlatego wysłała cię, żebyś mnie zabiła?

– Skądże, sir! To tylko ćwiczenie! Nie mam nawet bełtów do kuszy! Miałam tylko znaleźć miejsce, skąd złapię pana w celownik, a potem zameldować o tym.

– Uwierzyłaby ci?

– Oczywiście, sir. – Jocasta była wyraźnie urażona. – Honor gildii, sir.

Vimes odetchnął głęboko.

– Widzi pani, panno Wiggs, w ostatnich latach niemała liczba pani kolegów usiłowała mnie zabić w moim własnym domu. Może więc pani uznać, że moje poglądy w tej kwestii są dość niejednoznaczne.

– Doskonale rozumiem, sir – zapewniła Jocasta tonem kogoś zdającego sobie sprawę, że jedyną szansą ujścia cało z obecnej trudnej sytuacji jest dobra wola innej osoby, która to osoba wcale nie czuje palącej potrzeby, by ją okazywać.

– A byłabyś zdumiona, jakie pułapki zastawione są tutaj dookoła – ciągnął Vimes. – Niektóre naprawdę sprytne, choć sam muszę się tym pochwalić.

– Na pewno się nie spodziewałam, że dachówki na szopie tak się poruszają, sir.

– Są mocowane na nasmarowanych szynach.

– Brawo, sir.

– A z niektórych się spada w różne śmiertelnie groźne pułapki – dodał Vimes.

– Czyli miałam szczęście, że nie trafiłam w żadną z nich, prawda, sir?

– Och, ta również jest śmiertelna. W końcu.

Vimes westchnął. Naprawdę nie chciał ich zachęcać do takich akcji, ale… zdjęli go z rejestru? Nie to, żeby lubił, jak strzelają do niego zamaskowane indywidua, chwilowo zatrudniane przez któregoś z jego rozmaitych i licznych wrogów, ale traktował to jak swego rodzaju wotum zaufania. Dowodziło, że irytuje ludzi bogatych i aroganckich, którzy powinni być irytowani.

Poza tym łatwo było przechytrzyć Gildię Skrytobójców. Mieli bardzo ścisłe reguły, których przestrzegali w zasadzie honorowo, co Vimesowi odpowiadało, gdyż w pewnych praktycznych kwestiach on nie przestrzegał żadnych reguł.

Zdjęli z rejestru, tak? Jedyną osobą, która podobno była z niego skreślona, to lord Vetinari, Patrycjusz. Skrytobójcy lepiej niż inni rozumieli polityczną grę w mieście. Skreślali człowieka z rejestru, ponieważ uznawali, że jego odejście nie tylko zepsuje tę grę, ale też roztrzaska planszę…

– Byłabym niezwykle wdzięczna, gdyby mnie pan wyciągnął, sir – odezwała się Jocasta.

– Co? A tak… Przepraszam, mam czyste ubranie – odparł Vimes. – Ale jak tylko wrócę do domu, powiem kamerdynerowi, żeby tu przyszedł z drabiną. Zgoda?

– Bardzo dziękuję, sir. Naprawdę miło mi było pana poznać, sir.

Vimes powoli ruszył w stronę domu. Zdjęli z rejestru? Czy wolno złożyć protest? Może uznali…

Ogarnęła go chmura zapachu.

Uniósł głowę.

Rozkwitały krzaki bzu.

Patrzył.

Do licha! Do licha! Do licha!!! Co roku zapominał. Chociaż nie… Nigdy nie zapominał. Po prostu chował te wspomnienia, jak starą srebrną zastawę, żeby nie zmatowiała. I co roku wracały, ostre i lśniące, i kłuły go w samo serce. I to jeszcze dzisiaj, akurat dzisiaj…

Wyciągnął rękę. Dłoń mu drżała, kiedy chwytał kwiat i delikatnie odłamywał łodygę. Stał przez chwilę, wpatrzony w pustkę. A potem ostrożnie zaniósł gałązkę bzu do garderoby.

Willikins przygotował na dzisiaj jego oficjalny mundur. Sam Vimes przyjrzał mu się tępo, po czym przypomniał sobie o Komitecie Straży. Zgadza się. Stary pogięty półpancerz się nie nada, nie ma mowy… Nie dla jego łaskawości diuka Ankh, komendanta Straży Miejskiej, sir Samuela Vimesa. Lord Vetinari szczególnie to podkreślił, niech to demony porwą.

A niech porwą, tym bardziej że – nieszczęśliwie – Sam Vimes dostrzegał sens takiego działania. Nienawidził swojego oficjalnego uniformu, ale ostatnio reprezentował przecież nie tylko siebie. Sam Vimes mógł się zjawiać na spotkaniach w brudnym pancerzu, nawet sir Samuel Vimes potrafił zwykle znaleźć sposób, by cały czas chodzić w mundurze ulicznym, ale diuk… No cóż, diuk wymagał czegoś bardziej imponującego. Na spotkaniach z zagranicznymi dyplomatami diuk nie może się pokazywać z tyłkiem wystającym z portek. Co prawda zwykły stary Sam Vimes nie pokazywał się z tyłkiem wystającym z portek, ale gdyby nawet, nikt by z tego powodu nie rozpoczął wojny.

Zwykły stary Sam Vimes się nie poddawał. Pozbył się prawie całego pióropusza i tych głupich rajtuzów, uzyskując w efekcie mundur, który przynajmniej wskazywał, że jego właściciel jest płci męskiej. Jednak hełm miał złote ozdoby, a płatnerze wykuli – na miarę – nowy, lśniący półpancerz z bezsensownymi złotymi ornamentami. Za każdym razem, kiedy Vimes go wkładał, czuł się zdrajcą swojej klasy. Nie cierpiał myśli, że ktoś mógłby go uznać za jednego z tych durniów, którzy noszą głupie, złocone pancerze. Wtedy własnym przykładem wspierałby zło. No, złocenie.

Obrócił w palcach gałązkę bzu i raz jeszcze zaciągnął się odurzającym zapachem. Ach… Nie zawsze tak było…

Ktoś odchrząknął. Vimes uniósł wzrok.

– Co jest? – warknął.

– Chcę tylko spytać, czy lady jest w dobrym zdrowiu, wasza łaskawość – odpowiedział zaskoczony kamerdyner. – A wasza łaskawość dobrze się czuje?

– Co? A tak, tak. Nie, wszystko w porządku. U lady Sybil także. Zajrzałem do niej, zanim wyszedłem do ogrodu. Jest z nią pani Content. Twierdzi, że to jeszcze potrwa.

– Mimo to poleciłem w kuchni, żeby przygotowali dużo gorącej wody, wasza łaskawość. – Willikins pomógł Vimesowi zapiąć ten złoco… złowrogi półpancerz.

– Dobrze. Jak myślisz, po co im ta cała woda?

– Nie mam pojęcia, wasza łaskawość. Prawdopodobnie lepiej o to nie pytać.

Vimes przytaknął. Sybil dała mu do zrozumienia, wprawdzie delikatnie i taktownie, ale bardzo wyraźnie, że w tej konkretnej sprawie nie będzie potrzebny. Musiał przyznać, że przyjął to z ulgą.

Wręczył Willikinsowi gałązkę bzu. Kamerdyner wziął ją i bez słowa umieścił w małej srebrnej rurce z wodą, dzięki czemu kwiatki miały zachować świeżość przez długie godziny. Rurkę umocował do jednego z pasków pancerza.

– Czas szybko płynie, wasza łaskawość, nieprawdaż? – rzekł, omiatając go małą miotełką.

Vimes spojrzał na zegarek.

– Trudno zaprzeczyć. Słuchaj, po drodze do pałacu zajrzę do Pseudopolis Yardu, podpiszę co trzeba i wrócę jak najszybciej. Dobrze?

Willikins obrzucił go wzrokiem pełnym zgoła niekamerdynerskiej troski.

– Jestem pewien, że lady Sybil nic nie grozi, wasza łaskawość – oświadczył. – Oczywiście, nie jest, nie jest…

– …młoda – dokończył Vimes.

– Powiedziałbym, że jest bogatsza latami niż wiele innych primi-gravidae – odparł gładko Willikins. – Ale jest damą dobrze zbudowaną, jeśli wybaczy mi pan tę śmiałą uwagę, a w jej rodzie tradycyjnie nie było poważniejszych kłopotów w dziedzinie rodzenia dzieci…

– Primi co?

– Nowe matki, wasza łaskawość. I z całą pewnością lady Sybil wolałaby wiedzieć, że wasza łaskawość ściga złoczyńców, zamiast wydeptywać dziury w bibliotecznym dywanie.

– Chyba masz rację, Willikins. Ehm… Aha, tak. Pewna młoda dama pływa pieskiem w starym dole kloacznym.

– Rozumiem, wasza łaskawość. Poślę tam zaraz jakiegoś kuchcika z drabiną. I wiadomość do Gildii Skrytobójców?

– Dobry pomysł. Będzie potrzebowała czystego ubrania i kąpieli.

– Myślę, że może szlauch w starej komórce byłby bardziej odpowiedni, wasza wysokość. Przynajmniej na początek.

– Słuszne spostrzeżenie. Zajmij się tym. A teraz muszę już iść.

W zatłoczonej sali głównego komisariatu Straży Miejskiej w Pseudopolis Yardzie sierżant Colon z roztargnieniem poprawił gałązkę bzu, którą umocował do hełmu jak pióropusz.

– Dziwni się robią, Nobby – stwierdził, obojętnie przerzucając poranne raporty. – Typowe dla glin. Też mi się zdarzyło, kiedy miałem dzieciaki. Człowiek robi się zacięty.

– Co to znaczy: zacięty? – zapytał kapral Nobbs, prawdopodobnie najlepszy żyjący dowód, że istniało płynne przejście ewolucyjne między zwierzętami i ludźmi.

– No wiesz… – Colon rozparł się na krześle. – To jest tak… że kiedy jesteś w naszym wieku… – Zawahał się. Nobby od lat już podawał swój wiek jako „prawdopodobnie 34”; rodzina Nobbsów nie była dobra w rachunkach. – To znaczy, kiedy człowiek osiąga… pewien wiek – zaczął znowu – uświadamia sobie, że świat nigdy nie będzie doskonały. I przyzwyczaja się, że jest trochę… trochę…

– Do kitu? – podpowiedział Nobby. Za jego uchem, w miejscu zarezerwowanym zwykle dla papierosa, tkwiła gałązka więdnącego bzu.

– Otóż to. Znaczy, nigdy nie będzie doskonały, więc radzisz sobie jak możesz, tak? Ale kiedy dzieciak jest w drodze, rozumiesz, nagle wszystko wygląda inaczej. Człowiek myśli: moje dziecko będzie musiało dorastać w tym bałaganie. Pora tu sprzątnąć. Pora, by urządzić tutaj Lepszy Świat. I robi się taki… zapalony. Ostry. Kiedy usłyszy o Wręcemocnym, będzie tu naprawdę gorąco… dzień dobry, panie Vimes.

– Rozmawialiście o mnie, tak? – rzucił Vimes, przechodząc obok.

Colon i Nobbs stanęli na baczność. Tak naprawdę Vimes nie słyszał ich rozmowy, ale z twarzy sierżanta Colona można było czytać jak z książki, a on już wiele lat temu nauczył się jej na pamięć.

– Zastanawiałem się tylko, czy to szczęśliwe wydarzenie… – zaczął Colon, podążając za komendantem, który pokonywał po dwa stopnie naraz.

– Jeszcze nie – odparł krótko Vimes. Pchnął drzwi do swojego gabinetu. – Dzień dobry, Marchewa.

Kapitan Marchewa poderwał się i zasalutował.

– Dzień dobry, sir. Czy lady…

– Nie, Marchewa. Jeszcze nie. Coś się działo w nocy?

Marchewa przesunął wzrokiem po gałązce bzu.

– Nic dobrego, sir. Kolejny funkcjonariusz zamordowany.

Vimes znieruchomiał.

– Kto? – spytał.

– Sierżant Wręcemocny, sir. Zabity na Kopalni Melasy. Znowu Carcer.

Vimes zerknął na zegarek. Mieli dziesięć minut, by dotrzeć do pałacu. Ale nagle przestał się czasem przejmować. Usiadł przy biurku.

– Świadkowie?

– Tym razem trzech, sir.

– Aż tylu?

– Wszyscy to krasnoludy. Wręcemocny nie był nawet na służbie, sir. Wyszedł z komendy, kupił w barze zapiekankę ze szczura i frytki, a potem wpadł prosto na Carcera. Ten drań dźgnął sierżanta w szyję i uciekł. Pewnie pomyślał, że go znaleźliśmy.

– Szukamy gościa od tygodni! A on wpada na biednego Wręcemocnego, kiedy ten krasnolud myśli tylko o śniadaniu? Angua podjęła trop?

– W pewnym sensie, sir – odparł zakłopotany Marchewa.

– Dlaczego tylko w pewnym sensie?

– On… zakładamy, że to Carcer… rzucił bombę anyżową na placu Sator. Prawie czysty olejek.

Vimes westchnął. Zadziwiające, jak ludzie szybko się adaptują. Straż ma wilkołaka. Wiadomość o tym rozeszła się dość dyskretnie i przestępcy wyewoluowali tak, by przetrwać w społeczeństwie, gdzie prawo dysponuje bardzo czułym nosem. Rozwiązaniem okazały się bomby zapachowe. Nie wymagały dramatycznych efektów. Wystarczyło rzucić buteleczkę mięty czy anyżu gdzieś na ulicy, gdzie przejdzie mnóstwo ludzi, i nagle sierżant Angua miała przed sobą tysiące krzyżujących się tropów i szła do łóżka z potwornym bólem głowy.

Ponuro słuchał, jak Marchewa melduje o ludziach ściągniętych z urlopów, o podwójnych dyżurach, naciskanych informatorach, gołębiach posłanych na parapety, przeczesywanych trawach, palcach wystawianych na wiatr, uszach przykładanych do bruku… I wiedział, jak mało to przynosi. Wciąż mieli w straży niecałą setkę ludzi, wliczając w to bufetową. A w mieście był milion mieszkańców i miliardy kryjówek. Ankh-Morpork stało na kryjówkach. Poza tym Carcer to prawdziwy koszmar.

Vimes przyzwyczaił się już do różnych szaleńców – takich, którzy zachowują się całkiem normalnie aż do chwili, gdy nagle wstaną i pogrzebaczem rozwalą głowę komuś, kto za głośno wydmuchał nos. Ale Carcer był inny. Miał dwie osobowości, lecz nie były w konflikcie, raczej współzawodniczyły ze sobą. Na obu ramionach siedziały mu demony i zachęcały się wzajemnie do działania.

A przy tym… cały czas się uśmiechał, z sympatią i wesoło. I zachowywał się jak drobny złodziejaszek, który zarabia na marne życie, handlując złotymi zegarkami, które po tygodniu zielenieją. Wydawał się przekonany, ale to całkowicie przekonany, że nigdy nie zrobił nic złego. Nawet stojąc wśród trupów, z krwią na rękach i kradzioną biżuterią w kieszeniach, pytałby z wyrazem urażonej niewinności: „Ja? Co ja takiego zrobiłem?”.

W dodatku można mu było uwierzyć… dopóki człowiek nie spojrzał w te bezczelnie wesołe oczy i nie zobaczył spoglądających z głębi demonów…

…tylko że nie należało patrzeć mu w oczy zbyt długo, gdyż to oznaczało, że człowiek nie uważał na jego ręce, a przez ten czas jedna z nich trzymała nóż.

Przeciętni gliniarze nie radzili sobie z kimś takim. Spodziewali się, że ludzie, otoczeni przez przeważające siły, raczej się poddadzą, spróbują dogadać, a przynajmniej przestaną się ruszać. Nie oczekiwali, że ktoś zabije z powodu zegarka za pięć dolarów (zegarek za sto dolarów to już całkiem inna sprawa – w końcu żyli w Ankh-Morpork).

– Czy Wręcemocny był żonaty? – zapytał.

– Nie, sir. Mieszkał z rodzicami przy Nowej Szewskiej.

Rodzice, pomyślał Vimes. Jeszcze gorzej.

– Ktoś ich już zawiadomił? Tylko mi nie mów, że Nobby. Nie chcemy przecież powtarzać tego idiotyzmu z „Założę się o dolca, że jest pani wdową Jackson”.

– Ja tam poszedłem, sir. Gdy tylko dostaliśmy wiadomość.

– Dziękuję. Jak to przyjęli?

– No… z powagą, sir.

Vimes jęknął w duchu. Mógł sobie wyobrazić ich twarze.

– Napiszę do nich oficjalny list – zdecydował, otwierając szufladę biurka. – Niech ktoś go zaniesie, dobrze? I powie, że później sam się zjawię. Może to nie jest właściwa pora… – Nie, zaraz, to przecież krasnoludy. A krasnoludy nie lekceważą kwestii finansowych. – Nie tak. Niech powie, że dostarczymy wszystkie szczegóły renty po nim i tak dalej. Zginął na służbie… no, prawie. To oznacza dodatkową premię. Wszystko się dodaje… – Pogrzebał w szafce. – Gdzie jego akta?

– Tutaj, sir. – Marchewa wręczył mu teczkę. – Mamy być w pałacu o dziesiątej, sir. Komitet Straży Miejskiej. Ale na pewno zrozumieją – dodał szybko, widząc minę Vimesa. – Pójdę sprzątnąć szafkę Wręcemocnego, sir. Sądzę, że chłopcy zrobią składkę na kwiaty i resztę…

Gdy kapitan wyszedł, Vimes pochylił się nad czystą kartką firmowego papieru. Akta… musiał zaglądać do tych nieszczęsnych akt… Ale ostatnio mieli tylu strażników…

Składka na kwiaty. I trumnę. Nie wolno zapominać o swoich. Sierżant Dickins to powtarzał wiele lat temu…

Vimes nie radził sobie ze słowami, zwłaszcza takimi do zapisania. Kilka razy zajrzał jednak do teczki, żeby odświeżyć sobie pamięć, i spisał najlepsze, co mu przyszło do głowy.

To były dobre słowa, a także – mniej więcej – prawdziwe. Ale szczerze mówiąc, Wręcemocny był zwyczajnym przyzwoitym krasnoludem, któremu płacili za bycie gliną. Zaciągnął się, bo w tych czasach wstąpienie do straży było niezłym wyborem kariery. Straż płaciła nieźle, dawała sensowną emeryturę i doskonałą opiekę medyczną tym, którym wystarczało siły woli, by poddać się zabiegom Igora w piwnicy. A po około roku wyszkolony w Ankh-Morpork strażnik mógł wyjechać z miasta i dostać pracę w straży gdzie indziej, na całych równinach, a do tego natychmiastowy awans. Tak działo się bez przerwy. Nazywali ich Samsi – nawet w miejscach, gdzie nigdy nie słyszeli o Samie Vimesie. Sams oznaczał strażnika, który potrafi myśleć bez poruszania ustami, nie bierze łapówek – w każdym razie nieczęsto, a i wtedy tylko na poziomie piwa i pączków, co nawet Vimes uznawał za smar pozwalający sprawom gładko się toczyć – i, ogólnie biorąc, godnego zaufania. Przynajmniej dla danej wartości „zaufania”.

Tupot biegnących nóg sugerował, że sierżant Detrytus prowadzi najnowszych rekrutów z porannej przebieżki. Vimes słyszał piosenkę, jakiej Detrytus ich nauczył. Nietrudno było odgadnąć, że ułożył ją troll.

Głupią piosenkę śpiewamy!

I przy śpiewaniu biegamy!

Po co śpiew ten my nie wiemy!

Słowa nie chcą się porządnie rymować!

– Koniec śpiewu!

– Raz! Dwa!

– Koniec śpiewu!

– Dużo! Mnóstwo!

– Koniec śpiewu!

– E… Co?

Vimesa ciągle irytowało, że mały ośrodek szkoleniowy w starej fabryce lemoniady wypuszczał tylu strażników, którzy wyjeżdżali z miasta, jak tylko zakończyli okres próbny. Ale miało to swoje zalety. Samsi służyli prawie po granice Überwaldu, a wszyscy szybko się wspinali po drabinach awansów. Pomagało pamiętanie ich imion, a także pamiętanie, że nosiciele tych imion zostali nauczeni, by mu salutować. Meandry i zakola polityki oznaczały często, że miejscowi władcy nie rozmawiali ze sobą, ale Samsi – przez wieże semaforowe – rozmawiali przez cały czas.

Kończył już list, kiedy ktoś zapukał do drzwi.

– Prawie gotowy! – zawołał.

– To ja, fir – oznajmił funkcjonariusz Igor, zaglądając do środka. I dodał: – Igor, sir.

– Tak, Igorze? – zapytał Vimes.

Zastanowił się już nie pierwszy raz, po co przedstawia się ktoś, kto ma szwy dookoła głowy1.

– Chcę tylko powiedzieć, fir, że mogłem postawić młodego Wręcemocnego na nogi, fir – oświadczył Igor z wyrzutem.

Vimes westchnął. Twarz Igora wyrażała troskę z pewną sugestią rozczarowania. Nie pozwolono mu na wykonywanie swej… sztuki. Oczywiście, że był rozczarowany.

– Już rozmawialiśmy na ten temat, Igorze. To nie to samo co przyszyć z powrotem nogę. A krasnoludy absolutnie się temu sprzeciwiają.

– Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego, fir. Jestem wyznawcą filozofii naturalnej! A on był jeszcze ciepły, kiedy go przynieśli…

– Takie są zasady, Igorze. Ale dziękuję ci. Wiemy, że serce masz we właściwym miejscu…

– Serca we właściwych miejscach, sir – poprawił go Igor.

– O to mi właśnie chodziło – zapewnił Vimes, nie wahając się ani przez moment, tak jak Igor nigdy się nie wahał.

– Och… No trudno, sir. – Igor zrezygnował. Odczekał chwilę, nim zapytał: – Jak się czuje lady Sybil, sir?

Vimes się tego spodziewał. To straszne, kiedy umysł robi właścicielowi coś takiego, ale jego umysł zaprezentował mu już ideę Igora i Sybil w tym samym zdaniu. Nie to, że Vimes Igora nie lubił. Wręcz przeciwnie. Paru strażników patrolujących w tej chwili ulice nie miałoby nóg, gdyby nie geniusz Igora przy igle. Ale…

– Świetnie. Czuje się świetnie – zapewnił.

– No bo słyszałem, że pani Content się trochę niepo…

– Igorze, są pewne dziedziny, w które… Słuchaj, czy ty w ogóle wiesz cokolwiek o… o kobietach i dzieciach?

– Nie tak dokładnie, sir, ale przekonałem się, że jak już kogoś położę na stole i trochę w nim, no wie pan, trochę pogmeram, to jakof fobie poukładam więkfofć rzeczy…

W tym momencie wyobraźnia Vimesa odmówiła dalszych działań.

– Dziękuję ci, Igorze – zdołał odpowiedzieć bez drżenia głosu. – Ale pani Content jest bardzo doświadczoną akuszerką.

– Jefli pan tak twierdzi, sir… – odparł Igor, lecz zwątpienie dźwięczało w jego słowach.

– Muszę już iść – oświadczył Vimes. – Czeka mnie długi dzień…

Zbiegł po schodach, rzucił list Colonowi, skinął na Marchewę i szybkim krokiem ruszyli do pałacu.

Gdy tylko drzwi się zamknęły, jeden ze strażników uniósł głowę znad biurka, przy którym zmagał się z raportem i trudem zapisania – jak to u policjantów – tego, co powinno się wydarzyć.

– Sierżancie?

– Tak, kapralu Ping?

– Dlaczego niektórzy z was noszą fioletowe kwiatki, sierżancie?

Nastąpiła subtelna zmiana w atmosferze, wyssanie dźwięku wywołane uważnym nasłuchiwaniem wielu par uszu. Wszyscy funkcjonariusze w pokoju przestali pisać.

– Bo wie pan, sierżancie – ciągnął Ping – widziałem, że pan, Reg i Nobby nosiliście je w zeszłym roku o tej porze, więc pomyślałem, że może wszyscy powinniśmy…

Ping się zająknął. Zwykle przyjazne oczy sierżanta Colona zmrużyły się nagle, przesyłając jasne ostrzeżenie: mój chłopcze, stąpasz po cienkim lodzie, który zaczyna trzeszczeć…

– No bo moja gospodyni ma ogród i mógłbym szybko podskoczyć i ściąć… – ciągnął Ping w nietypowym dla siebie usiłowaniu samobójstwa.

– Chciałbyś dzisiaj nosić bez, tak? – zapytał Colon cicho.

– To znaczy, gdyby pan chciał, to mógłbym…

– A byłeś tam? – Colon wstał z takim rozmachem, że przewrócił krzesło.

– Spokojnie, Fred – mruknął Nobby.

– Przecież ja nie… – zaczął Ping. – To znaczy… gdzie byłem, sierżancie?

Colon oparł się o blat i przysunął swą okrągłą, poczerwieniałą twarz na cal od nosa Pinga.

– Skoro nie wiesz, gdzie było to „tam”, to tam nie byłeś – oświadczył tym samym cichym głosem. Znów się wyprostował. – A teraz ja i Nobby wychodzimy. Spocznij, Ping.

– E…

To nie był dobry dzień dla kaprala Pinga.

– Tak? – rzucił Colon.

– No bo… regulamin, sierżancie. Pan jest najwyższy stopniem, a ja jestem dzisiaj funkcjonariuszem dyżurnym. Inaczej bym nie pytał, ale… Jeśli pan wychodzi, sierżancie, musi mi pan powiedzieć, dokąd pan idzie. Rozumie pan, na wypadek gdyby ktoś chciał się z panem skontaktować. Muszę to zapisać w dzienniku. Piórem i w ogóle… – dodał.

– Wiecie, jaki dziś dzień, Ping? – spytał Colon.

– No… dwudziesty piąty maja, sierżancie.

– A wiecie, Ping, co to oznacza?

– No…

– Oznacza – wtrącił Nobby – że każdy tak ważny, że może spytać, dokąd idziemy…

– …wie, dokąd poszliśmy – dokończył Fred Colon.

Drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem.

Reszta w pełnej wersji

1 Igor, zatrudniony w Straży Miejskiej jako patolog i asystent medyczny, był dość młody (o ile można to stwierdzić u Igora, jako że użyteczne kończyny i inne organy Igory przekazywały sobie tak, jak inni kieszonkowe zegarki) i bardzo nowoczesny. Czesał się w kaczy kuper z wydłużoną grzywką, nosił buty na grubej gumowej podeszwie i czasami zapominał seplenić.