Star Force 9: Martwe Słońce - B.V. Larson

Star Force 9: Martwe Słońce

0,0

Kyle Riggs zasiada na tronie Imperium Ziemskiego, ale nie może zaznać spokoju. Wyzwolił swoją ojczystą planetę od tyrana tylko po to, by go zastąpić.

W „Martwym słońcu”, dziewiątej powieści z serii Star Force, zaczyna się ostatni rozdział wielkiej wojny między żywymi istotami a maszynami. Obie strony rozwinęły nowe technologie i przemysł zbrojeniowy. Siły Gwiezdne i makrosy próbują nawzajem wyeliminować się z gry w walce na śmierć i życie całych gatunków. Zanim zniszczy maszyny, Riggs musi się jednak dowiedzieć także, kto jest zdrajcą w jego własnych szeregach.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
 Star Force 8. Szturm

Tytuł oryginału: Star Force Series #9. The Dead Sun

Copyright © 2013 by Iron Tower Press, Inc.
All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:
Drageus Publishing House Sp. z o.o.
ul. Kopernika 5/L6
00-367 Warszawa
e-mail: drageus@drageus.com
www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-79-1
ISBN MOBI: 978-83-65661-80-7

Rozdział 2

Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Najpierw nadeszła implozja, a po niej eksplozja, gdy osobliwość grawitacyjna znikła. Skompresowana materia poleciała na wszystkie strony z ogromną prędkością. Było to jeszcze gorsze niż początkowe zassanie. W kosmosie fala uderzeniowa nie byłaby tak wielka, ale z uwagi na obecność atmosfery przeleciała przez cały budynek. Znajdujący się w nim ludzie czuli wstrząsy jeszcze przez kilka długich sekund.

Jasmin i ja uznaliśmy, że coś trafiło w budynek. Światła w windzie przygasły i zaczęliśmy spadać. Gdy mój gabinet eksplodował, metalowe odłamki przecięły kable. Na szczęście windy wyposażone zostały w awaryjne hamulce, które zgrzytały, podczas gdy spadaliśmy. Kiedy w końcu dotarliśmy na dół, były rozgrzane do czerwoności, ale uratowały nam życie.

Drzwi do windy zacięły się. Próbowałem je otworzyć, ale bez pancerza bojowego było to trudne.

– Czy to bomba? – spytałem.

Jasmine już rozmawiała ze służbami ochrony przez komunikator. Jeśli ktokolwiek wiedział, co to było, zamierzała go znaleźć.

Pokręciła głową.

– Jeszcze nie wiem. Na razie ustalono, że to jakiś rodzaj eksplozji, być może ładunek wybuchowy w budynku.

– Świetnie – powiedziałem. – Myślałem, że po zabiciu Crowa nie grozi mi już zamach. Może mam nowego wroga?

Wróciła do rozmów z ochroną, a ja nadal siłowałem się z drzwiami. Rozsunąłem je na jakieś pięć centymetrów i widziałem już kawałek holu. Strumień ludzi wybiegał na zewnątrz. Nie byli spanikowani, ale poruszali się szybko. Żołnierze Sił Gwiezdnych, urzędnicy rządowi i dziennikarze zachowywali się przepisowo.

– Nie widzę nigdzie płomieni, ulica na zewnątrz też wygląda normalnie. To musiało być jakieś małe, miejscowe uderzenie.

Jasmine położyła mi rękę na bicepsie.

– Potniesz sobie tylko dłonie.

– Zagoją się – powiedziałem, poszerzając szparę o kolejne dwa centymetry.

– Kyle, wezwałam ekipę ewakuacyjną. Poczekajmy tu na nich.

Spojrzałem na nią w końcu.

– Co? Nigdzie się nie ruszam.

– Ktoś próbował cię zabić. Musimy cię stąd wyciągnąć.

Spojrzałem na nią spode łba.

– Co jeszcze wiesz?

Szybko oblizała wargi, spuściła wzrok i znów spojrzała mi w oczy.

– Cokolwiek to było, miało miejsce w twoim gabinecie.

– No tak. Kimkolwiek byli, próbowali dorwać mnie. Ale to nie znaczy, że będę siedział bezczynnie w tej puszce.

– Kyle, musimy cię stąd zabrać. Najlepiej w ogóle z planety.

– Na górze są ludzie, w tym zapewne ranni. Nie chcę uciekać, zamiast im pomagać, tylko dlatego, że ktoś spieprzył zamach na mnie.

– Kyle, bądź rozsądny.

Nie miałem nastroju na rozsądek. Byłem wkurzony, zaskoczony i stwierdziłem, że, o dziwo, dobrze się bawię. Dawno nie miałem okazji robić nic osobiście – od wszystkiego miałem ludzi.

Jako że drzwi do windy zacięły się, miałem dwie opcje: walić w nie pięściami albo wyjść przez właz awaryjny na dachu. Wybrałem tę drugą możliwość.

Podskoczyłem i uderzyłem w kwadratowy panel, który odskoczył w górę. Przez otwór widać było kłęby dymu. Wydostałem się na zewnątrz.

Każdy marine Sił Gwiezdnych mógłby zrobić to samo. Mamy wszczepione nanity, zwiększające siłę mięśni i dające nam możliwość regeneracji. Poruszamy się szybko, jesteśmy niezwykle silni i leczymy się nienaturalnie łatwo. Na Ziemi możemy wykonywać skoki tak długie, jak zwykli ludzie na Księżycu.

Teraz miałem możliwość i ochotę wykorzystać potencjał swojego ciała. Wspinałem się w górę szybu windy jak małpa na drzewo. Jasmine stała na dachu kabiny i coś krzyczała. Chyba chciała, żebym natychmiast zszedł, ale uznałem, że jako władca Ziemi mam w takich sytuacjach pewne przywileje. Na przykład wolno mi czasami nie słuchać swojej dziewczyny.

Gdy dotarłem na ósme piętro, usłyszałem, że wciąż gada, ale już ciszej. Wiedziałem, że informuje właśnie ekipę ewakuacyjną, gdzie jestem i jak mnie przechwycić.

Z jakiegoś powodu mnie to wkurzyło. Myślałem o zrzuceniu komunikatora w dół, ale nie zrobiłem tego. Uznałem, że to głupi i lekkomyślny pomysł – mógłbym trafić w Jasmine. Wspinałem się więc dalej.

Na czternastym piętrze znajdował się panel awaryjny. Byłem pięć czy sześć pięter pod swoim gabinetem, ale musiało mi to wystarczyć. Wyważyłem właz kopnięciem i wszedłem na korytarz.

Czternaste piętro okazało się puste i zadymione. Powietrze było gorące i pokasływałem nieco od dymu. Co prawda dzięki ulepszeniom mogłem znosić nawet przebywanie w obcej, mało przyjaznej atmosferze, ale nadal było to nieprzyjemne uczucie.

Ruszyłem w stronę klatki schodowej, gdzie spotkałem pierwszą grupkę ludzi. Zbiegali w dół, kaszląc mocno. Przeciskałem się między nimi.

Kilku chyba mnie rozpoznało. Byli w szoku już wcześniej, ale gdy mnie zobaczyli, szczęki opadły im do ziemi. Ciekawe, jak wyglądałem. Sprawdziłem, czy nie mam jakichś widocznych otwartych ran. Czasami przez nanity wyglądało się jak kosmita. Nie zwracało się uwagi na rany, w których lśnił inteligentny metal, wyglądający jak krople rtęci. Ale taki widok mógł przerazić kogoś niewtajemniczonego.

Nie znalazłem jednak żadnych większych obrażeń. Miałem nieco otarć, a z rąk kapała mi krew, ale poza tym czułem się dobrze. Mój kombinezon z nanowłókna też był w dobrym stanie i załatał po drodze wszelkie rozdarcia.

Wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej. Może po prostu zdziwiło ich, że władca pędzi po schodach?

W końcu wbiegłem na piętro, na którym mieścił się mój gabinet. Chciałem zobaczyć to na własne oczy. W momencie ataku było tam sporo dobrych ludzi i chciałem wiedzieć, co się z nimi stało.

Gdy dobiegłem na miejsce, problemem okazał się nie tylko dym, ale i pożar. Pierwsze ciało znalazłem pod jednym z biurek. Cywilna urzędniczka udusiła się dymem.

Jak miała na imię? Chyba Beatrice? Jakoś tak. Pamiętałem, że była Szwajcarką.

Kolejnym trupem okazał się mężczyzna. Wielki facet, który leżał teraz twarzą w dół na środku pomieszczenia z kawałkiem metalu wystającym z pleców.

Gdy dotarłem do sali, w której piętnaście minut wcześniej kłóciłem się z Miklosem i Jasmine, temperatura była już dość wysoka. Osłaniałem twarz ręką, czując, że płomienie przypiekają mi skórę przez mundur z nanotkaniny. Nawet ja nie byłem w stanie znieść przez dłuższy czas temperatury w okolicach stu stopni. Zrobiłem komunikatorem nagranie wideo pomieszczenia, ale musiałem się ostatecznie wycofać. Przeszukałem resztę piętra, jednak nie znalazłem nikogo żywego, co było dość przygnębiające.

Gdy opuściłem płonący kompleks biurowy, zobaczyłem biegnącą w moją stronę grupę marines. Nie byli to wartownicy, ale oddział szturmowy.

– Sir. – Dowódca zasalutował. – Jestem tu, żeby pana stąd zabrać.

Miał na sobie lekki pancerz, podobnie jak pozostali. Jego twarz zasłaniał hełm, ale znałem ten głos.

– Gaines, to ty?

– Tak, sir.

Major Bjorn Gaines był moim dobrym przyjacielem. Cieszyłem się, że osobiście się zjawił, i nie zaskoczyło mnie to. Był krępym, czarnoskórym facetem, który często dowodził oddziałami w czasie walk na planetach.

Rozejrzałem się wokół.

– Niezły burdel, co? Szkoda, że musiało zginąć tylu dobrych ludzi.

– Sir, musimy ruszać. Transport czeka na dachu.

– Dobrze. Miałem nadzieję, że kogoś tu uratuję, ale nie znajduję nawet złotej statuetki, którą dostałem wczoraj od Turków.

– Słucham, pułkowniku?

– Mniejsza z tym. Idziemy.

Byłem w połowie schodów, gdy zdałem sobie sprawę, że Jasmine została sama w kabinie windy. Skrzywiłem się na myśl o tym. Nie zostawia się swojej dziewczyny w niebezpieczeństwie. Zatrzymałem się, a Gaines zrobił to samo.

– Zaczekajcie. Muszę wrócić na parter.

– Po co, sir? – spytał Gaines. Nie widziałem jego twarzy, ale zapewne przewracał oczami.

– Muszę zabrać Jasmine z windy.

Patrzył na mnie przez chwilę.

– Zostawił ją pan tam?

– Tak.

– Możemy po nią iść. Zaraz wyślę tam ludzi. Nasz transport…

– Nie – powiedziałem stanowczo. – Nie odlatuję. Znasz kobiety tak samo dobrze, jak ja. Wracam po nią.

Westchnął i podążył za mną w dół, uznawszy, że nie ma sensu się kłócić. Gdy do głowy przyszedł mi jakiś pomysł, nie porzucałem go łatwo.

W czasie gdy zbiegaliśmy po schodach, próbowałem wymyślić, co powiem Jasmine. Musiałem jakoś ją podejść. Nie było mnie na tyle długo, że odpadały wymówki w rodzaju „wspinaczka zajęła mi więcej, niż się spodziewałem”.

Gdy dotarliśmy na miejsce, miałem płonną nadzieję, że ktoś uratował już Jasmine. Hol opróżnił się, a ekipy ratownicze albo zajmowały się rannymi na zewnątrz, albo martwiły się mną.

Przyjrzałem się ludziom Gainesa, a przede wszystkim ich sprzętowi. Jeden z nich miał przy sobie łom, który odpiąłem od jego plecaka bez pytania i otworzyłem drzwi windy jak puszkę. Metal rozsunął się z głośnym zgrzytem.

Wetknąłem do środka głowę, ale Jasmine tam nie było.

– Cholera. Musiała pójść za mną w górę szybu. Pomóżcie mi rozsunąć drzwi na tyle, żebym mógł się przecisnąć.

Gaines położył mi dłoń na ramieniu.

– Damy radę, sir. Powinien pan pozwolić się ewakuować. Ekipy ratownicze zrobią swoje.

– Tak, wiem. Ale jeśli to akcja ratunkowa, chcę, żeby zobaczyła moją twarz jako pierwszą, gdy ją znajdziemy.

– Dobrze, pan tu rządzi.

Gdy otworzyliśmy drzwi, wszedłem do środka i zacząłem ją wołać przez otwór w dachu kabiny. Było tam ciemno i cicho. Nie odpowiadała. Próbowałem połączyć się przez komunikator, ale bezskutecznie.

Zaczynałem się poważnie martwić. Wyskoczyłem na dach, a za mną reszta oddziału.

Gdy w końcu ją znalazłem, próbowała wcisnąć się do jakiegoś biura przez szyb wentylacyjny. Była silna dzięki nanitom we krwi, ale utkwiła w wąskiej przestrzeni. Wyciągnąłem ją za nogi.

– Cześć, kochanie! – powiedziałem wesoło.

Wyglądała na oszołomioną.

– Nie wiedziałam, co się z tobą dzieje!

– Wróciłem po ciebie, ale cię nie było.

Kaszlała, ale uśmiechnęła się lekko.

– Spodziewałeś się, że będę tam siedzieć po wieki wieków?

– Nie cieszysz się, że mnie widzisz?

Spojrzała przez moje ramię na oddział ewakuacyjny. Gaines niecierpliwie wskazał, że mamy iść za nim.

– Miałam nadzieję, że nikt zobaczy, jak utknęłam w tym szybie.

Roześmiałem się.

– Dlatego nie odpowiadałaś na wezwania?

Wzruszyła ramionami.

– Pycha kroczy przed upadkiem. Zabierajmy się stąd.

Zanim opuściliśmy szyb windy, pocałowała mnie lekko.

– Cieszę się, że to ty mnie stamtąd wyciągnąłeś, Kyle.

Uśmiechnąłem się szeroko. Bingo! Udało mi się.

– Oczywiście, że ja! Przepraszam, że tyle mi to zajęło. Znalazłem po drodze kilka ofiar wybuchu.

– Ktoś przeżył?

Pokręciłem głową.

– Nie na moim piętrze.

– Dach, sir? – przypomniał Gaines.

Staliśmy teraz w holu i widzieliśmy, że na ulicy gromadzą się dziennikarze. Drony z kamerami unosiły się za nimi jak brzęczące osy.

– Niech transport przyleci za pięć minut – poleciłem.

– Co? – spytał Gaines zaskoczony, ale już wychodziłem przed budynek.

Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, dramatycznym gestem wsparłem Jasmine. Była dość zaskoczona.

– Mogę iść sama – syknęła.

– Nie możesz. Jeszcze nie.

Jasmine była zażenowana, ale ja grałem pod publiczkę. Każda kamera wysyłała teraz obraz do jakichś mediów. Jasmine uśmiechała się wstydliwie. Wiedziałem, że będą z tego niezłe zdjęcia na pierwsze strony portali internetowych, z nagłówkami o heroicznej akcji ratunkowej.

„Kapitan Sarin, partnerka pułkownika Riggsa, widowiskowo uratowana z miejsca ataku…”

Potrzebowali takich wiadomości. Siły Gwiezdne też. Trzeba było złagodzić wieści o tym, że niemal zginąłem z rąk nieznanego zamachowca.

Gdy w końcu wsiedliśmy na pokład okrętu transportowego i odlecieliśmy ku niebu, opowiedziałem jej o wszystkim, czego się dowiedziałem. Na razie jeszcze nikt nie odkrył, co się właściwie stało.

Miałem jednak jakieś pojęcie dlaczego. Nikt nie chciał, żebym umieścił stocznie w kosmosie.

Ekipa ratownicza nie zamierzała zabierać mnie do miejscowego schronu w Alpach. Polecieliśmy od razu w kosmos, na pancernik Potiomkin, dowodzony przez Newcome’a. Po podpisaniu traktatu pokojowego admirał Newcome zaprowadził ziemską flotę do portu i poddał ją bez walki. Zostawiłem mu dowodzenie, ale zdegradowałem go do stopnia kontradmirała i zrobiłem podwładnym Miklosa.

Newcome powitał mnie na pokładzie, a ja obiecałem opowiedzieć mu wszystko rano.

Jasmine i ja udaliśmy się do najlepszej dostępnej kajuty. Wieczór okazał się całkiem przyjemny.

Rozdział 3

Następnego ranka wstaliśmy wcześnie i obejrzeliśmy wiadomości. Każda stacja pokazywała mnie jako dzielnego rycerza, a ją jako uratowaną przeze mnie damę w opałach. To jej się podobało.

Dodało jej wigoru. Poranny seks nie zawsze jest idealny, ale ranek po mojej spektakularnej akcji ratunkowej okazał się wyjątkowy. Jasmine była w formie, a ja zadziwiająco przytomny, mimo że od poprzedniego dnia nie wypiłem ani kubka kawy.

Mieliśmy najlepszą kajutę, jaką dysponował okręt. Potiomkin był starym pancernikiem Imperium i chociaż przeszedł generalny remont, pozostał dość luksusowy, jak na Siły Gwiezdne. Mieliśmy poduszki i zasłony, a nawet prywatne przejście na zewnętrzne schody. Prędko udało nam się pokryć szybę parą.

Za naszą kajutą zdawała się maszerować niekończąca się parada załogantów. Byłem tym nieco skonsternowany. Było dość wcześnie, na pewno nie później niż szósta. Z mojego doświadczenia okręty kosmiczne o tej porze bywały raczej ciche. Ci, którzy byli na nogach, zwykle albo ślimaczyli się z pójściem spać, albo ziewali i przeciągali się przed swoją wachtą.

Odgłosy kroków na korytarzu stawały się coraz wyraźniejsze. Powtarzały się co kilka minut, nieco rozpraszając nas podczas łóżkowych akrobacji.

Wreszcie, gdy zbliżaliśmy się do miłego końca, ktoś zapukał do drzwi.

Nic tak nie psuje szczytowania, jak podobny odgłos.

– Otworzyć kanał audio – powiedziałem do okrętowej SI.

Odezwał się dzwonek oznaczający przyjęcie polecenia. Okręty Crowa były względnie inteligentne, ale generalnie nie mówiły. Wykonywały polecenia i tyle. Trochę nawet wolałem to od naszych bardziej zaawansowanych, ale czasami zbyt przemądrzałych interfejsów.

– Kto tam? – spytałem, wiedząc, że mój głos rozlegnie się na korytarzu.

Jasmine owinęła się prześcieradłem i ruszyła do małej łazienki. Zmarszczyłem brwi i usiadłem na brzegu łóżka.

– Mówi pan do mnie, pułkowniku Riggs? – spytał bardzo znajomy głos Marvina, mojego nazbyt inteligentnego i nadgorliwego robota.

Marvin był czymś więcej niż zwyczajnym robotem. Był nanitowym mózgiem o ogromnej mocy obliczeniowej, z eklektycznym ciałem, które zbudował sobie z tego, co tu i ówdzie znalazł. Zresztą stale się przebudowywał. Nie istniało nic podobnego do tego stwora, czy to w postaci mechanicznej, czy organicznej.

Jasmine wyszła z łazienki, wyraźnie zirytowana.

– To jego słyszeliśmy na korytarzu? – szepnęła. – Kręci się tu od pół godziny. Pewnie nasłuchuje.

Spojrzałem na nią i znowu na drzwi. Nie próbowałem zaprzeczać. Jeśli bardzo zależało mu na rozmowie ze mną, był zdolny do wszystkiego. Wyobraziłem sobie, jak przypełza do drzwi, słyszy, że uprawiamy seks, i odchodzi rozczarowany. Zapewne robił to raz za razem, jak w jakiejś pętli.

– Jak długo tam jesteś? – spytałem.

– Czy to ważne, pułkowniku? Muszę o czymś z panem porozmawiać.

Jasmine wróciła szybko do łazienki. Widać było, że jest wkurzona na robota.

Założyłem spodnie z inteligentnego włókna, które same dopasowały się do moich nóg i talii.

– Dobra, wchodź – powiedziałem zrezygnowanym tonem.

Drzwi rozpłynęły się i robot wcisnął się do środka. Kajuta była dla niego nieco za mała.

Marvin zmieniał wciąż swój kształt tak, jak inni zmieniają ubrania. Dziś jego centralna masa składała się z jednego sześcianu, podobnie jak wówczas, kiedy go pierwszy raz spotkałem. Miał kilkanaście długich, wężowatych macek w górnej części ciała. Dolnych, krótkich i pękatych, używał jako nóg. Wyposażony był tym razem jedynie w siedem kamer, unoszących się poza kłębowiskiem macek. Miał tyle cholernych kończyn, że wciąż sporo zostawało mu do manipulacji otoczeniem.

Od razu zauważyłem, że nie poruszał się na płytach grawitacyjnych. Zapewne dlatego robił tyle hałasu, gdy przechadzał się tam i z powrotem na zewnątrz, „grzecznie” czekając, aż skończymy. Zdziwiło mnie to. Lubił latać i często miał kłopoty z powodu nieautoryzowanych wycieczek. Jedną z kwestii, co do których się nie zgadzaliśmy, było to, czy powinien być zdolny do samodzielnych podróży kosmicznych. Choć mógł wtedy wykonywać więcej przydatnych zadań, zdarzało mu się też robić niepożądane rzeczy, które pakowały Siły Gwiezdne w kłopoty.

Dzisiaj nie miał żadnych odpychaczy grawitacyjnych. Uznałem, że pozbył się ich chwilowo, by mnie udobruchać. Nie uspokoiło mnie to, a nawet przeciwnie. Wiedziałem, że im bardziej Marvin się do mnie przymila, tym drożej będą mnie kosztować jego pomysły.

Jasmine zamknęła drzwi łazienki i odkręciła prysznic. Nieco żałowałem, że nie byłem tam z nią. Lubiłem wspólne prysznice po seksie. To jak deser po obiedzie.

– Zacznijmy od początku – powiedziałem. – Cześć, Marvin. Wyglądasz dziś rześko. Co jest?

– Dzień dobry, pułkowniku Riggs. Jestem tu, by formalnie prosić o pozwolenie na rozwiązanie istotnego problemu, z jakim borykają się od jakiegoś czasu Siły Gwiezdne.

– Zaraz, zaraz – powiedziałem, śmiejąc się. – Powiedz mi najpierw, o co chodzi.

– Zdaje pan sobie sprawę, że w układzie Thora są dwa pierścienie, które nie zostały jeszcze dobrze zbadane?

– A, o tym mówisz.

Owszem, dobrze o nich wiedziałem. W układzie Thora znajdowało się troje wrót międzygwiezdnych. Jedne prowadziły do Edenu, który obecnie kontrolowaliśmy. Mieliśmy tam stację Weltera, wielką kosmiczną fortecę zaraz przy pierścieniu. Pozostałe były bardziej tajemnicze. Jeden z pierścieni znajdował się jakąś jednostkę astronomiczną od obu gwiazd układu i prowadził do nieznanego dotąd celu. Gdy wykurzyliśmy makrosy, właśnie tamtędy uciekły.

Trzeci pierścień znajdował się w oceanie Yale, morskiego księżyca zamieszkanego przez Skorupiaki. Udało nam się go wyłączyć z użyciem jakichś kodów kontrolnych, które ledwie rozumieliśmy. Nie działał od wielu miesięcy, ale w czasie gdy funkcjonował, makrosy były w stanie bezpośrednio najechać morza satelity.

Przez dłuższy czas unikaliśmy obu z nich. Nie chcieliśmy prowokować dalszej agresji makrosów, które niewątpliwie czekały po drugiej stronie. Kilkakrotnie wysyłaliśmy przez pierścienie zakamuflowane sondy, ale nigdy nie udało im się wrócić.

– O który ci chodzi? – spytałem Marvina.

– O pierścień w przestrzeni kosmicznej. Ten podwodny jest mały i obecnie nie funkcjonuje.

– Sugerujesz dalsze sondy? Bo nie widzę w tym sensu. Próbowaliśmy już, z marnym skutkiem.

Dolne odnóża Marvina zaszurały i robot zbliżył się bardziej.

– Są dwa możliwe powody – powiedział.

– Przede wszystkim taki, że makrosy rozwalają je od razu po przejściu.

– Chodzi mi o coś bardziej konkretnego.

– No dobra, wyjaśnij – odparłem ostrożnie.

Mówiłem już sobie, że muszę być ostrożny. To był przebiegły robot. Sam Rasputin nie namówiłby carycy na pewne rzeczy, które robiłem przez Marvina.

– Zacznijmy od listy możliwości – zaczął. – Pierwsza jest taka, jak pan zasugerował, że makrosy w jakiś sposób niszczą sondy, gdy te tylko przejdą przez pierścień.

– To dość oczywiste. A druga?

– Że nie są w stanie funkcjonować z powodu nieprzewidzianej awarii.

– To niemal to samo. Twoje „teorie” są bezużyteczne.

– Przeciwnie. Jeśli w grę wchodzi druga możliwość, a nawet, być może, jeśli pierwsza, to mam rozwiązanie.

– Tak?

Patrzyliśmy na siebie przez sekundę. Zdałem sobie sprawę, że Marvin czeka, aż poproszę go o podanie rozwiązania. Byłem wkurzony, bo ta rozmowa nigdzie nie prowadziła. Miałem poczucie, że skończy się tym, że Marvin poprosi o zasoby na zrobienie czegoś dziwnego i zapewne niepotrzebnego.

– Nie ciekawi pana natura mojego rozwiązania, pułkowniku Riggs? – spytał w końcu.

– „Ciekawi” to zbyt mocne słowo. Powiedzmy, że jestem nieco zainteresowany, ale szybko się nudzę.

– Szkoda. Myślałem, że zaintryguje pana to, że mogę mieć rozwiązanie jednej z niewielu nierozwiązanych wciąż tajemnic w strefie wpływu Sił Gwiezdnych. Chciałem odkryć, co jest po drugiej stronie niezbadanego pierścienia. Część mojej sieci neuronowej pracuje nad tym od ponad roku.

– Rozmyślaj sobie na zdrowie, Marvin. Ale ja osobiście cieszę się, że od dłuższego czasu nie było ataków. Jeśli makrosy pozostają po swojej stronie, nie obchodzi mnie, czemu to robią. Wolę zostawić je w spokoju.

– Ten konflikt nie zakończy się cichym patem, pułkowniku Riggs. Wróg nie spocznie. Zapewniam, że jest teraz bardzo zajęty przygotowaniami do zniszczenia nas.

Przemyślałem to i stwierdziłem, że Marvin pewnie ma rację. Makrosy nie przypominały ludzi. Nie robiły się pokojowe, gdy wokół nie miały wrogów. Zamiast tego szykowały się na kolejny konflikt.

– Dobra, dobra – westchnąłem. – W końcu mnie zainteresowałeś zbadaniem tego pierścienia. Mów, jaki masz pomysł. Ale bez kolejnej listy dziwnego specjalistycznego sprzętu.

Podekscytowany robot zwijał i rozwijał macki. Robił to zawsze, gdy jakiś jego plan się udał. Uznał, że złapał rybę na haczyk i zaczyna wciągać ją na łódkę.

– Zacznę od wyjaśnienia faktów, które świadczą na korzyść mojej propozycji – powiedział.

– No dalej.

– Dobrze. Jeśli sondy są niszczone, gdy wlecą do układu wroga, to nie może to następować natychmiastowo.

– Dlaczego?

– Bo natychmiastowość nie istnieje. Czas to kontinuum. Być może proces zniszczenia trwa nanosekundę albo milisekundę. W każdym razie jest to czas, jaki musimy wykorzystać.

Parsknąłem.

– To bardzo mało czasu. Czip komputerowy nie doda nawet dwóch do dwóch w nanosekundę.

– Reakcja będzie musiała być niesamowicie szybka. Będzie musiała trwać już w chwili, kiedy sonda przemieszczać się będzie z naszego układu do kolejnego. Wtedy nie trzeba będzie wykrywać zmiany sytuacji i na nią reagować.

– Nie rozumiem.

– Proszę spojrzeć – powiedział, wskazując mackami ekran dowodzenia, wbudowany w stół konferencyjny. Wszystkie większe okręty we flocie je teraz miały. Znacznie ułatwiało to narady taktyczne.

Wielki owalny ekran rozjaśnił się. Pokazywał układ Thora z trzema martwymi morskimi księżycami, niegdyś zamieszkiwanymi przez biliony Skorupiaków. Nie lubiłem na nie patrzeć, bo była to do tej pory moja największa porażka.

– Z tej strony układu mamy pierścień prowadzący do Edenu. Tutaj zaś jest drugi, do nieznanego celu. Trzeci jest nieaktywny, pod wodą księżyca dawniej znanego jako Yale.

– Dawniej? To wciąż Yale, nawet jeśli teraz jest radioaktywnym pustkowiem.

– Przyjąłem. W każdym razie proszę wyobrazić sobie, że zbudujemy sondę emitującą pojedynczy, potężny sygnał. Wyślemy ją przez pierścień i nawet jeśli to bardzo krótki sygnał, gdy go usłyszymy, dowiemy się, skąd pochodzi.

Zmarszczyłem brwi.

– Rozumiem już założenia twojego planu. Chodzi o to, że może to być gdziekolwiek we wszechświecie i jeśli sonda zacznie go nadawać, przechodząc, to nadal będzie to robić, gdy trafi do docelowego układu. Nawet jeśli niemal natychmiast ulegnie zniszczeniu, coś usłyszymy.

– Dokładnie, sir.

– Nie podoba mi się to z dwóch powodów.

– Jestem gotów bronić mojej propozycji – stwierdził.

– Na pewno. Pierwszy powód: nigdy nie wysyłaliśmy przez pierścień niczego głośnego. Chcieliśmy być ostrożni, żeby nie sprowokować makrosów do ataku.

– Moim zdaniem nasze próby nierzucania się w oczy albo nie zadziałały, albo nie były istotne. To, że sondy nigdy nie wracają, a makrosy nadal nas nie atakują, sugeruje, że nasze urządzenia zostały wykryte i zniszczone, a jednak nie spowodowało to oczekiwanej reakcji.

Skinąłem głową.

– Muszę przyznać ci rację. I chciałbym też wiedzieć, z czym mamy do czynienia, więc jestem gotów na pewien stopień ryzyka. Ale jest jeszcze moje drugie zastrzeżenie: twój sygnał radiowy nie dotrze tu w rozsądnym czasie. Co, jeśli sonda znajdzie się sto lat świetlnych stąd? Naprawdę mamy czekać przez sto lat na wynik eksperymentu?

– Nie. Odpowiedź będzie natychmiastowa.

– Jak?

– Nie proponuję użycia sygnałów radiowych. Zamiast tego użyję komunikacji przez pierścienie opartej na splątaniu kwantowym.

Pokręciłem głową.

– Dziwię ci się.

– Naprawdę, pułkowniku?

– Tak. Twój plan nie może zadziałać. Im więcej o nim słucham, tym bardziej myślę, że masz jakiegoś asa w rękawie.

– Może pan wyjaśnić? – spytał.

– Wiesz tak samo dobrze jak ja, że pierścień jest nieustannie zakłócany.

Miał już zaprzeczyć, ale uniosłem rękę, uciszając go.

– Krótka transmisja przez pierścień nic nam nie powie. A jeśli nawet, to nie skąd pochodzi. Będziemy mieli tylko nanosekundę na odczyt. W przypadku radia sygnał jest chociaż kierunkowy. Moglibyśmy namierzyć źródło, gdyby dotarł bezpośrednio z kosmosu.

– To bardzo ciekawe obiekcje, ale czy naprawdę myśli pan, że przyszedłem tu z niekompletną propozycją?

Na chwilę zamilkłem.

– Nie, raczej nie – odpowiedziałem w końcu.

– Nie jestem tu, by obrażać pańską inteligencję, pułkowniku. Przemyślałem te trudności i uważam, że mam rozwiązanie. Po pierwsze, nie użyjemy do przekazania transmisji pierścienia w układzie Thora. Po drugie, udało mi się znaleźć sposób namierzenia kierunku, z którego pochodzi sygnał przekazywany poprzez rezonans pierścieni.

W końcu udało mu się przykuć moją uwagę. Czasami, kiedy Marvin naprawdę się rozkręcał, trzeba było po prostu dać mu się wygadać. Myślał na pewno inaczej, a być może dużo sprawniej niż jakikolwiek człowiek, przynajmniej jeśli chodzi o rzeczy w rodzaju nauk ścisłych czy inżynierii. Był najinteligentniejszą istotą, jaką spotkałem.

Wyjaśnił szczegółowo, jak to zrobi. Było to genialne, nawet jak na Marvina. To on odkrył komunikację pierścień–pierścień, więc powinienem się domyślić, że udoskonali tę technikę. Ale nie domyśliłem się.

– Mówisz, że dasz radę to zrobić? – spytałem, gdy skończyłem przeglądać kolejne ekrany schematów, diagramów i równań. – Sprawisz, że dwa małe urządzenia połączą się natychmiastowo na odległość nawet stu lat świetlnych?

– Owszem. I do tego będę w stanie wykryć kierunek pochodzenia sygnału. Przetestowałem to.

Byłem pod wrażeniem projektu Marvina. W przeszłości stworzył komunikatory rezonacyjne. Każdy okręt we flocie został w nie wyposażony. Z ich użyciem można było zmienić pierścienie w sieć routerów, przekazujących informacje między odległymi okrętami w czasie rzeczywistym. Różnicę stanowił tym razem rozmiar urządzeń – każde było dużo mniejsze i nie wymagało łączności z pierścieniami.

– Masz prototypy dla tych mniejszych pierścieni komunikacyjnych? – spytałem podekscytowany.

– Gdybym miał, nie potrzebowałbym pańskiej zgody, by je zbudować. Prawda, pułkowniku?

Mina nieco mi zrzedła.

– Niech zgadnę… To będzie mnie kosztować, co?

– Urządzenia te będą wymagały fantastycznego nakładu mocy i surowców. Skonstruuję pierścienie z ciemnej materii, z jakiej składają się zapadnięte gwiazdy, formując ją w odpowiednio splątane kształty. Muszą być w zasadzie tym samym pierścieniem.

– Jak można kształtować ciemną materię? Nie da się jej nawet dotknąć.

– Fizyczny kontakt byłby niebezpieczny, a nawet w zasadzie niemożliwy. Użyjemy emiterów grawitacyjnych, podobnych do broni i napędu Fobosa, ale na dużo większą skalę.

– Większą? – Nie podobało mi się to. Fobos miał jedenaście kilometrów średnicy i około połowy jego objętości zajmowały generatory. – Ile mocy wymagałyby te emitery grawitacyjne?

– Moc lokalnej gwiazdy powinna wystarczyć.

– Co? – spytałem. – Chodzi ci o Słońce? Oszalałeś?

– Ludzie często sugerują, że mam w obwodach pewien irracjonalny czynnik, który sprawia, że moje teorie i plany są nierozsądne. Jeśli to pasuje do pańskiej definicji szaleństwa, to być może owszem.

– Tak – powiedziałem powoli, próbując jakoś ogarnąć umysłem propozycję Marvina. – Szalony jak kapelusznik.

W końcu sobie poszedł, a Jasmine wyszła z łazienki, susząc włosy.

– Czego znowu chciała ta maszyna? – spytała.

– Chce zbudować wielki kij i trącać nim makrosy.

– To szaleństwo.

– Tak… – odparłem. – Ale chyba mu pozwolę.

Rozdział 1

W przestrzeni wokół Ziemi panowała cisza. W Układzie Słonecznym nie było żadnych jednostek wroga, a wokół planety krążyło przynajmniej trzysta okrętów obronnych. W nocy pancerniki i lotniskowce były nawet widoczne na niebie. Odbijające światło słońca okręty wyglądały jak zagubione, gnające po nieboskłonie księżyce i mieszkańcy mojego świata cieszyli się, widząc, że strzegą orbity.

Bardzo chciałem tam być, ale musiałem teraz odgrywać inną rolę. Zostałem uwięziony w szklanej wieży w Genewie. Za ogromnym oknem widziałem biały śnieg i czarne skały Alp. Te góry nie wyglądały jak stare, sterane wzgórza mojej rodzimej Kalifornii. Gdy zachodziło za nimi słońce, przypominały zęby drapieżnika.

Był październik i powietrze stało się już chłodne. Zapowiadało nadejście mroźnej zimy. W to późne, środowe popołudnie moje życie jako dyktatora mocno mi ciążyło.

Ja, pułkownik Riggs z Sił Gwiezdnych, w praktyce rządziłem teraz Ziemią. Nie chciałem tej roboty i nie uważałem, abym wykonywał ją szczególnie dobrze. Wbrew temu, co twierdzili moi wrogowie, nigdy nie pragnąłem zyskać tak wielkiej władzy.

Chcesz rządzić światem? Z pozoru wydaje się to kuszące. Wyobraź sobie: kobiety będą się na ciebie rzucać, a gdyby nie chciały, możesz skazać je na śmierć. Wszyscy będą cię słuchali i ulegali twoim zachciankom. Wrogowie zgniją po cichu w zatęchłych celach, a armia lizusów będzie ci włazić w dupę i oczekiwać nagród za masowanie twojego ogromnego – i wciąż rosnącego – ego.

Nie pragnąłem żadnej z tych rzeczy. Szczególnie odkąd przekonałem się, że ta robota to jeden wielki wrzód na tyłku.

Czytałem kiedyś książkę o facecie imieniem Damokles. Król zaproponował mu, by zasiadł na jego tronie. Ów Damokles nie cieszył się z królowania nawet przez jeden dzień, podczas gdy ja miałem tę robotę od siedmiu długich miesięcy. Chociaż mityczny bohater pożądał władzy, to nie podobało mu się, jak wygląda ona w rzeczywistości. Dobrze go rozumiałem.

Władza to miecz o dwóch ostrzach. Jasne – mogłem skazywać ludzi na śmierć, jeśli gdy tylko chciałem. Ale nie chciałem nikogo zabijać. Pragnąłem zjednoczyć ludzkość, aby wspólnie stanęła do walki z prawdziwym wrogiem: maszynami.

Można by pomyśleć, że obdarzeni wspaniałomyślnym przywódcą, który okazał się dość przyjaznym i rozsądnym gościem, ludzie będą zadowoleni i skorzy do współpracy. Ale nie tak to wszystko poszło. Gdy dowiedzieli się, że nie jestem krwawym tyranem, jak Crow, zaczęły się naciski. Chcieli zobaczyć, jak bardzo mogą manipulować Riggsem albo jak długo da się ignorować jego rozkazy, zanim coś z tym zrobi. Pewnie takie zachowanie leży w ludzkiej naturze.

Okazało się więc, że każdy dzień zaczyna się od nowych problemów. Siedem długich miesięcy wcześniej „wyzwoliliśmy” Ziemię. Przez ten czas sprawy we wszystkich istotnych kwestiach posuwały się powoli. Całe cztery miesiące zajęło samo stłumienie buntów i zamieszek. Gdy o tym myślałem, wracały nieprzyjemne wspomnienia z tamtych dni. Każdy poranek był pełen wieści o kolejnych splądrowanych miastach. Uwolnieni od Imperium ludzie zdziczeli. Próbowali wrócić do przeszłości, do funkcjonowania setek niezależnych państw.

Nie pozwoliłem na to. Rozbicie Imperium oznaczałoby znaczne osłabienie ludzkości. Makrosy mogły wrócić w każdej chwili i musieliśmy zmierzyć się z nimi zjednoczeni.

Oczywiście chciałem wolności tak samo jak wszyscy. Sam pragnąłem wrócić do dawnych czasów, ale słabość oznaczałaby zagładę naszego gatunku. Nie mogliśmy żyć przeszłością, przynajmniej jeszcze nie teraz.

Świat wreszcie się uspokoił. Dostosował się do nowego porządku. Pierwszego dnia, w którym nie doszło do żadnego zamachu czy podpalenia kolejnego miasta, chciałem abdykować. Wyobrażałem sobie, że oddam władzę z powrotem ziemskim rządom i pozwolę im uporządkować sytuację. Żywiłem przekonanie, że wszyscy dostrzegają potrzebę stworzenia rządu światowego, może na bazie czegoś w stylu dawnej Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Ale teraz rozumiem już, że nie było na to szans. Politycy nie potrafili dogadać się co do tego, kto miałby rządzić, i zdecydować, komu oddać władzę. Dawne niesnaski nie zniknęły, zostały jedynie chwilowo odłożone na bok. Jasne się stało, że poważniejsze zmiany wymagać będą pracy całych pokoleń. Gdy tylko dawałem nowemu światowemu parlamentowi nieco więcej suwerenności, stawał się tak egocentryczny, skorumpowany, biurokratyczny i głupi, jak niegdyś ONZ.

Nie mogłem czekać, aż zdecydują, ile powinienem dostać pieniędzy na budowę floty czy kto otrzyma kontrakty. Nie w sytuacji ciągłego zagrożenia atakiem potężnych kosmitów. Nie prosiłem więc, tylko brałem to, czego było mi trzeba, i rozkazywałem ludziom, by zbudowali to, czego chciałem. Miałem za sobą flotę, więc wszyscy wykonywali polecenia.

Nie pozbyłem się też imperialnej infrastruktury Crowa. Nie wszystko oczywiście było takie samo. Wypuściłem wszystkich więźniów politycznych, nawet tych najbardziej wkurzających. Zniszczyłem Ministerstwo Prawdy i przywróciłem wolność prasy. Pozwoliłem na wybory lokalnych i narodowych przywódców w każdym kraju. Poza szczeblem rządu światowego wszystko było bardzo demokratyczne. Ale na samej górze sam mianowałem kogo trzeba i utrzymywałem władzę w rękach Sił Gwiezdnych. Decyzje te były jednocześnie chwalone i krytykowane przez prasę i wszystkie miały też negatywne konsekwencje.

– Myślałem, że to my jesteśmy bezwzględni w boju – powiedziałem do admirała Miklosa, gdy z budynku wyprowadzono w końcu rój interesantów – ale ci biznesmeni to wojownicy w garniturach.

– Używają słów i łapówek jak broni – przyznał. Podniósł lśniące popiersie pozostawione przez jednego z dygnitarzy i zważył je w dłoni. – To chyba szczere złoto.

Miklos wciąż mówił ze słowiańskim akcentem. Miał nieco nieregulaminową brodę i przenikliwe oczy. Wpatrywał się w moją złotą podobiznę tak, jakby spoglądał na obcą istotę.

– Na to wygląda. Kto mi to dał?

– Chyba turecka delegacja – odparł Miklos. – Zapewne uznali, że wszystko, co nie jest szczerym złotem, stanowiłoby zniewagę. Crow lubił tego rodzaju pompowanie ego, a oni trzymają się nadal starych wzorców.

Westchnąłem i wyciągnąłem rękę po podarunek. Miklos zawahał się, zmarszczył brwi.

– Czy to przeszło przez kontrolę, sir? – spytał.

Wzruszyłem ramionami.

– Ty mi powiedz.

Miklos znalazł na tablecie odpowiedni plik i ruchem palca przesłał go na mój ekran. Przyjrzałem się danym.

– Marvin przeprowadził wszystkie testy. Żadnych toksyn, materiałów wybuchowych ani nawet nanitowych wirusów.

– Dobrze. – Miklos podał mi popiersie.

Wyglądało naprawdę nieźle, wiernie oddawało rzeczywistość.

– Turkom musi zależeć na tym kontrakcie – stwierdziłem.

– Owszem, sir.

Poszczególne państwa w Imperium Crowa były dość niezależne, jeśli chodzi o politykę wewnętrzną. To nie stanowiło problemu. Kłopoty się zaczynały, gdy miałem zdecydować o alokacji zasobów Sił Gwiezdnych. Czy przeznaczyć bilion dolarów na odtworzenie ziemskiej floty? A jeśli tak, gdzie ją budować? Gdzie umieścić bezcenne nanitowe fabryki, karmione miejscowymi surowcami?

To był łakomy kąsek dla wszystkich. Lobbyści, celebryci i przywódcy państw tygodniami oblegali moją główną siedzibę w Genewie. Zwykle chodziło im o pieniądze, miejsca pracy i po prostu szczeniackie kłótnie między poszczególnymi państwami. Każdy kraj chciał wielkich kontraktów od Sił Gwiezdnych. Robili co mogli, żeby się podlizać i wyeliminować pozostałych.

– Nieźle im wyszło – powiedziałem, odkładając statuetkę. – Jakiś rzeźbiarz naprawdę się postarał. Nawet jest ta drobna blizna, pamiątka sprzed wstrzyknięcia nanitów.

Miklos odchrząknął cicho. Spojrzałem na niego z wyczekiwaniem.

– Podjął pan już decyzję? – spytał.

– W jakiej sprawie?

– Lokalizacji fabryk nowych okrętów.

– A, tak. Tak, zdecydowałem. Postanowiłem olać ich wszystkich i budować okręty w kosmosie.

Miklos zmarszczył brwi.

– Będą drogie i narażone na atak.

– Tak, wiem. Robienie tego w nieważkości przysparza sporych problemów. Ale budowa będzie w dużej mierze zautomatyzowana. Wszystkim zajmą się maszyny, a nie ludzie w garniturach.

– Jak mówiłem, drogie…

Teraz to ja zmarszczyłem brwi. Gdy chodziło o kwestię floty, Miklos był zawsze zainteresowany nie mniej niż wysłannicy z Brazylii czy Polski. Miał w tym swój interes tak samo jak oni, ale z zupełnie innych powodów.

Wstałem zza wielkiego, mahoniowego stołu i przyjrzałem mu się.

– Naprawdę muszę akurat ciebie przekonywać do tego pomysłu? Widziałeś prognozy. Początkowo produkcja nieco zwolni, bo trzeba będzie zbudować platformę orbitalną, ale następnie znacznie przyspieszy. Większość surowców znajdziemy w kosmosie, zwłaszcza w układzie Bellatrix. Nie będziemy musieli wszystkiego zwozić z orbity na powierzchnię.

– To prawda – odparł. – Ale budowa platformy orbitalnej zajmie więcej czasu. To nowa, nie do końca znana technologia. Czy mogę zasugerować szybsze rozwiązanie?

– Oczywiście.

– Można by zbudować ośrodek produkcyjny na Fobosie. Na zewnątrz kadłuba albo w środku.

Przez chwilę rozważałem tę możliwość. Słyszałem już pewne propozycje co do gigantycznej jednostki wojennej, ale ta stanowiła nowość. Fobos był największym okrętem, jakim dysponowaliśmy. Nazwaliśmy go imieniem jednego z księżyców Marsa, bo sam był wielkości wydrążonego księżyca. Miał średnicę około jedenastu kilometrów i sferyczny kształt. Zbudowali go Niebiescy, którym go ukradliśmy, i stanowił najsilniejszą broń, jaką dysponowała Ziemia.

Po chwili pokręciłem jednak głową.

– Nie. Nie chcę, żeby nasz najlepszy okręt zmienił się w fabrykę.

– Dlaczego nie, sir? Proszę pomyśleć długofalowo. Moglibyśmy w razie potrzeby polecieć gdzieś i zbudować flotę na miejscu.

– To akurat dobry argument. Może zbuduję tam drugą stocznię, ale nie pierwszą. Gdyby Fobos uległ zniszczeniu w bitwie, stracilibyśmy zarówno flotę, jak i możliwość zbudowania kolejnej.

– Ale jeśli zbudujemy platformę orbitalną – Miklos podniósł nieco głos – będzie łatwym celem, gdy dojdzie do inwazji na Układ Słoneczny. Nie widzi pan tego?

Sam również podniosłem głos.

– Tak, rozumiem to, ale mówię ci, że jeśli jakikolwiek wróg przebije się przez naszą obronę na tyle daleko, żeby zniszczyć stację orbitalną, to znaczy, że i tak przegraliśmy.

Zacisnął usta, skinął głową i ostatecznie spuścił wzrok. Gdy się wkurzałem, ludzie przestawali się ze mną kłócić. Miało to swoje zalety, ale dziwnie się z tym czułem. Czy naprawdę obawiali się o życie?

– Jak pan sobie życzy, pułkowniku…

Zachowałem tytuł pułkownika, bo nie podobały mi się inne opcje. Jak miałem się nazwać? Imperatorem? Królem? A może „jego wysokością”, jak Crow? Postanowiłem, że na razie pozostanę starym dobrym pułkownikiem Riggsem.

Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek. Odłożyłem statuetkę, którą obracałem w rękach.

Miklos spojrzał na tablet.

– To kapitan Sarin. Pójdę już, jeśli pan pozwoli.

– Zaczekaj. – Uniosłem dłoń. – Dlaczego gdy tylko się pojawia, ty uciekasz? Między wami nic się nie dzieje, co?

– Dzieje się? – spytał, wykrzywiając usta. – To przecież nie ja mam z nią specjalne relacje.

Skinąłem głową. Sugerowałem istnienie jakiejś rywalizacji między moimi najwyższymi i najbardziej zaufanymi oficerami, ale jemu chodziło o coś innego. Nie podobało mi się to, ale dobrze go rozumiałem.

Jasmine i ja byliśmy kochankami. Od dawna się na to zapowiadało i cieszyłem się tym tak bardzo jak ona. Być może nawet bardziej. Postanowiłem, że nie pozwolę, aby uwaga Miklosa mnie wkurzyła. Takie żarciki były czymś naturalnym.

Uśmiechnąłem się, zamiast warknąć.

– Zabawne. Ale wiesz, to nie jest tak, że obłapiam jakąś siksowatą sekretarkę. To dorosła, niezależna kobieta, która wie, czego chce.

– Pełna zgoda, sir – odpowiedział z kolejnym uśmieszkiem.

– Dobrze, mam ją wpuścić czy najpierw cię wykopać, żebyś poczuł się lepiej?

Jego uśmiech zbladł.

– Niekoniecznie, sir.

Wcisnąłem przycisk na poręczy fotela i drzwi z inteligentnego metalu rozpłynęły się. Weszła Jasmine, na szczęście w mundurze. Nieco niezręcznie byłoby, gdyby chciała mi zrobić niespodziankę i zjawiła się w jedwabnej sukni czy czymś takim. Na szczęście, w odróżnieniu od Sandry, nie przepadała za takimi rzeczami.

– Admirale. – Skinęła głową Miklosowi.

– Kapitanie – odparł. – Właśnie kończyliśmy.

– Zaczekaj – powiedziałem. – Jasmine, o czym chcesz porozmawiać?

– O kontraktach budowlanych, sir.

Spojrzałem podejrzliwie na oboje.

– No tak. Gdzie powinniśmy według ciebie umieścić nową stocznię?

– Nie mnie o tym decydować, pułkowniku.

– Pytam o opinię.

Jasmine spojrzała na Miklosa, po czym znów na mnie. Próbowała ocenić sytuację. Przyszła, żeby prywatnie lobbować w sprawie tych kontraktów, tak samo jak on. Próbowałem powstrzymać irytację. Przekonali ich do tego zdolni manipulatorzy. A oni używali swoich wpływów nie dla zysku, ale dlatego, że byli przekonani, iż postępują słusznie.

– Wie pan, pułkowniku, że najszybciej rozwijający się przemysł lotniczy i kosmiczny na planecie mieści się w Bangalurze?

Muszę przyznać, że wzięła mnie z zaskoczenia. Nie spodziewałem się takiej bezpośredniości. Parsknąłem cicho, na co ona zmarszczyła brwi.

– Nie, nie wiedziałem.

– Początki tego widać było jeszcze przed pierwszą inwazją maszyn. Dwoma najszybciej rozwijającymi się krajami w tym regionie były Indie i Chiny. Niestety, Chiny w większości uległy zniszczeniu po ataku makrosów, gdy…

Miklos aż podskoczył. Warknął, jakby nie mógł jej dłużej słuchać:

– To nie jest miejsce dla takiego kontraktu!

Spojrzeliśmy na niego ze zdumieniem. Jak policjant regulujący ruch na drodze jedną ręką uciszyłem Jasmine, a drugą kazałem Miklosowi mówić dalej.

– No dalej. Wygłoś szczerą opinię. Cały dzień się czaisz. Gdzie mamy zbudować nowe okręty? Jeśli nie na Fobosie, nie na orbicie, to gdzie?

– Zanim Indie albo dymiące ruiny zwane niegdyś Chinami zbudowały pierwsze zabawki w kształcie rakiet, Rosja budowała już więcej sprzętu kosmicznego niż jakikolwiek inny kraj na Ziemi.

Powoli skinąłem głową. Pomyślałem, że właściwie to Siły Gwiezdne na wyspie Andros były największym producentem statków kosmicznych w ostatnich czasach. Moi oficerowie mówili o staroświeckich rakietach z paliwem chemicznym. My dawno wykroczyliśmy już poza ten poziom i nie byłem pewien, czy istniejące ośrodki lub personel na wiele się przydadzą w przypadku technologii nanitów i makrosów. Jasne, może mieli tam sporo niezłych naukowców i inżynierów, ale ich fabryki i tak byłyby bezużyteczne.

– Nie wiem, czy to wiele pomoże – powiedziałem w końcu. – Na pewno jest wielu emerytowanych astrofizyków, których moglibyśmy zatrudnić, ale…

– Proszę mnie wysłuchać – przerwał mi Miklos. – Jeśli myślimy o budowie okrętów na Ziemi, Bajkonur ma wiele zalet. Nie mówię tylko o korzyściach dla Sił Gwiezdnych. Wojna i kryzys ekonomiczny mocno odbiły się na tym regionie. Ludzie stracili tam ducha. Moglibyśmy im pomóc.

– Rozumiem. Sprawa wygląda więc tak: Jasmine jest z Indii, więc chce pomóc swoim ludziom. A ty chcesz pomóc swoim.

Oboje zrobili kwaśne miny.

– Nepotyzm, sir? – odparł sztywno Miklos. – O to mnie pan oskarża?

– Nie do końca. Ale myślę, że nie jesteś obiektywny. To naturalne. Odrzucam obie wasze propozycje. W twoim przypadku dlatego, że nie chcę podejmować decyzji w sprawie obronności Ziemi na podstawie tego, kto jest w większej potrzebie. Gdybym miał to zrobić, zbudowałbym fabryki na pustkowiach dawnej Ameryki Południowej. Ludzie żyją tam w straszliwej nędzy.

Odwróciłem się do Jasmine.

– Twoje argumenty są inne, ale również mają wady. Mówisz o przemyśle kosmicznym Indii tak, jakby był nowoczesny. To nieprawda. Technologia, którą stosujemy, jest nowa. To przypominałoby produkcję nowoczesnych tabletów w fabryce lamp próżniowych. Zupełnie bez sensu.

Oboje wyglądali, jakby ktoś spuścił z nich powietrze. Ku mojemu zaskoczeniu nie kłócili się zażarcie do końca. Na szczęście znali mnie zbyt dobrze, żeby próbować oponować, gdy podjąłem już decyzję.

– W takim razie gdzie? – spytała Jasmine. – W Dolinie Kalifornijskiej?

Spojrzałem na nią spode łba. Sugerowała, że podejmuję arbitralną decyzję, żeby pomóc miejscu, z którego pochodzę, co oczywiście nie było prawdą. Otworzyłem usta, by zaprzeczyć tej insynuacji, ale Miklos mnie uprzedził.

– Wysyła wszystko w kosmos – powiedział. – Na platformę orbitalną.

– Ale dlaczego? – Spojrzała na mnie ze zdumieniem. – To takie marnotrawstwo! Żeby ją zniszczyć, wystarczy jedna rakieta.

Westchnąłem ciężko.

– Już to przegadałem z Miklosem. Może powiedz jej, co i jak, a ja już sobie pójdę.

Oboje wyglądali na zaskoczonych, gdy wstałem i ruszyłem do drzwi. Dość już miałem kłótni o ekonomię. Byłem znudzony i zirytowany całym tym rządzeniem. Jasne, na papierze mogło się to wydawać dobrą zabawą, ale miałem za sobą zbyt wiele podobnych dni. Może trochę rzeczy udało się zmienić na lepsze, ale mało miałem czasu na przyjemności.

Jasmine poszła za mną i dogoniła mnie przy windzie. Dotknęła mojej ręki i nieco spuściłem z tonu.

– Przepraszam – powiedziałem.

– Ja też. Rozumiem, w jakim jesteś stresie. Rządzenie planetą to niełatwa sprawa.

– To nie jest moja pierwsza planeta. Ale w układzie Edenu było prościej. Wszyscy otwierali się na nowe pomysły. Szli tam, gdzie chciałem, zakładali farmy i osady.

– Może to naturalny duch pionierski.

– Nie tylko. Nie byli zanurzeni w tradycji, zazdrości i tak dalej. Ludzie na Ziemi zawsze niosą ten bagaż. Nie są tak naprawdę zjednoczeni. Gdy tylko kosmici znikają z nieba, zaczynamy walczyć o to, co zostało, niczym stado pawianów na kupie bananów.

Uśmiechnęła się na taką analogię.

– Pawiany lubią banany? – spytała.

– Nie mam pojęcia – odparłem, śmiejąc się.

Weszliśmy do windy. Wcisnąłem przycisk i zaczęliśmy zjeżdżać. Wolałbym szyby grawitacyjne jak na naszych co większych okrętach, ale windy były tradycją na Ziemi i moi goście czuli się dzięki nim bardziej jak w domu.

Objąłem Jasmine i pocałowałem ją. Przez chwilę się opierała, ale w końcu dała za wygraną. Nie okazywała złości, tylko rozczarowanie.

Nie zdążyliśmy jednak skończyć naszego krótkiego pocałunku.

Staliśmy w windzie, złączeni ustami, gdy mała złota statuetka w kształcie mojej głowy implodowała, zmiażdżona przez ogromną siłę grawitacyjną. Mała czarna dziura, nie większa niż główka szpilki, pojawiła się na chwilę w moim gabinecie i zassała wszystko wokół, wstrząsając atmosferą wewnątrz budynku.