Star Force 8: Szturm - B.V. Larson

Star Force 8: Szturm

0,0

Kyle Riggs zamierza powrócić na Ziemię...

Siły Gwiezdne podejmują wyprawę do Układu Słonecznego, chcąc wyzwolić ludzkość spod okrutnej dyktatury imperatora Crowa. Zanosi się na wojnę domową na wielką skalę, jednak do gry wkraczają Niebiescy, a ich okręt nie przypomina niczego, z czym Riggs i jego ludzie zetknęli się do tej pory. Nowy rodzaj broni stworzyły też Siły Imperialne – niesamowite cyborgi okazują się niezwykle wymagającym przeciwnikiem. Pułkownik Riggs musi podjąć kilka trudnych decyzji, a jego oficerowie często mają odmienne zdanie.

Jak zakończy się ten trójstronny konflikt? Czy Siły Gwiezdne mają szansę przetrwać tę zawieruchę?

To już ósmy tom bestsellerowej serii B.V. Larsona, zwanego królem Amazona.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
 Star Force 8. Szturm

Tytuł oryginału: Star Force Series #8. Storm Assault

Copyright © 2013 by Iron Tower Press, Inc.
All rights reserved.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:
Drageus Publishing House Sp. z o.o.
ul. Kopernika 5/L6
00-367 Warszawa
e-mail: drageus@drageus.com
www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-67-8
ISBN MOBI: 978-83-65661-68-5

Rozdział 2

Po pierwsze, zebrałem wszystkie butelki z alkoholem znajdujące się w mojej kajucie i biurze i wywaliłem je. Inteligentny metal wchłaniał je przez chwilę, jakby zaskoczony ilością płynu dostarczoną za jednym razem. Nanity szybko jednak odzyskały swoją sprawność i zutylizowały alkohol oraz szkło. Wyobrażałem sobie, jak płynie strumieniem wewnątrz ścian, a potem jest wyrzucany w przestrzeń. Trochę żałowałem butelek, sprowadzanych specjalnie dla mnie z Ziemi, ale należało to zrobić.

Od razu poczułem się lepiej. Obiecałem sobie, że dopóki Ziemia nie zostanie wyzwolona, nie wypiję więcej niż sześciopak piwa dziennie. Piwa i tylko piwa. Żaden mocniejszy alkohol nie wchodził w grę. Dla normalnego człowieka mogło to brzmieć jak poważna dawka alkoholu, ale marines Sił Gwiezdnych potrzebowali o wiele więcej, by stracić trzeźwość. Problem polegał na tym, że nanity w naszej krwi rozkładały alkohol, zanim dotarł do mózgu, a z piwem było właśnie najgorzej, ponieważ piło się je wolno i mikroskopijne robociki zawsze okazywały się szybsze.

O to jednak właśnie chodziło. Nie więcej niż sześciopak dziennie i mogłem mieć pewność, że będę prawie całkowicie trzeźwy i nie stanę się przyczyną plotek związanych z całkowitym porzuceniem napojów dla dorosłych. Jako lider znajdujący się pod ciągłą obserwacją, musiałem zachowywać się tak, by moi ludzie nadal wierzyli, że potrafię im przewodzić. Powinienem być stały i przewidywalny, jak skała, na której mogli wesprzeć się pozostali. Nie chciałem, aby moi ludzie mówili, że mam problem, nawet jeśli rzeczywiście go miałem. Nie chciałem ich zawieść.

Zmarszczyłem brwi i skierowałem się do sekcji medycznej. Może moja reputacja już ucierpiała przez ostatnie zachowania. Uznałem, że spytam o zdanie doktor Swanson.

Miałem ku temu dwa powody. Po pierwsze, chciałem, aby faktycznie doprowadziła mnie do jak najlepszego stanu. Po drugie, ostatnio spotykałem się z nią prywatnie i uznałem, że czas posunąć sprawy między nami nieco dalej.

Oboje nie byliśmy romantykami. Ona jednak jasno wyraziła swoje intencje. Z kolei ja uznałem ją za interesującą i atrakcyjną, a nawet wartą zaangażowania. Kiedy jednak dziś wszedłem do jej biura, była profesjonalistką.

– Cieszę się, że zdążyłeś na czas – powiedziała. – Proszę włóż rękę w tę taśmę i zaczniemy procedurę.

Mówiła raczej chłodnym tonem.

– Co? Spóźniłem się?

Spojrzała na mnie bez uśmiechu.

– Jestem osobą, która uważa, że wszyscy powinniśmy szanować cudzy czas.

Zmarszczyłem brwi, podczas gdy ona majstrowała coś przy dziwnych instrumentach. Gabinet współczesnego lekarza nie bardzo przypominał te, do których przyzwyczaiłem się w dzieciństwie. Różnicę powodowały oczywiście nanity. Zmieniły wszystko. To one wykonywały większość procedur leczniczych, a lekarze czuwali tylko nad prawidłowym przebiegiem tego procesu i co jakiś czas dorzucali coś od siebie. Czasem jednak małe roboty natrafiały na coś, z czym sobie nie radziły, na przykład zbyt małe wirusy. W takie rejony wstrzykiwano więc wyspecjalizowane nanity.

Doktor nic nie mówiła, więc również milczałem. Wesoły nastrój, który miałem, wchodząc do jej gabinetu, całkowicie wyparował. Przeszukiwałem wspomnienia, zastanawiając się, co zawaliłem. Jakieś spotkanie czy coś?

Nagle olśniło mnie i wróciła pamięć o tym, co najprawdopodobniej ją zdenerwowało. Jakiś tydzień temu mieliśmy randkę, ale coś mi wypadło i nie dotarłem do jej drzwi.

Westchnąłem. Wystawiłem ją, a co gorsza, nawet o tym nie pamiętałem. Zacząłem intensywnie myśleć. Jak mogłem się z tego teraz wyplątać?

W mojej głowie pojawił się plan. W chwilę później Kate wbiła w moje ramię igłę i pobrała niepokojąco dużo krwi. Wyraźnie była wściekła i wyładowywała to na moim ramieniu, ale ja ledwie mrugnąłem. Jeśli chodzi o znoszenie bólu, wszyscy w Siłach Gwiezdnych to twardziele, a ja miałem jeszcze więcej ulepszeń niż pozostali.

Postanowiłem jednak udawać, że mnie boli.

– Hej, co robisz? Szukasz ropy naftowej?

– Przepraszam – powiedziała cierpko, tonem wskazującym na coś zgoła przeciwnego.

– O co chodzi? O to, że nie pojawiłem się na ostatnim spotkaniu? Tak?

Spojrzała na mnie, a potem znów opuściła wzrok.

– Oczywiście, że nie. To byłoby całkowicie nieprofesjonalne.

– Miałem ważne powody…

– Słucham.

„Bingo!” – pomyślałem. Teraz, kiedy złapałem przyczółek, należało przeć do przodu. Długoletnie doświadczenie nauczyło mnie, że usprawiedliwienia należy opierać jak najbardziej na prawdzie. Jeśli historyjka zawiera choć ziarno prawdy, każdemu łatwiej jest ją strawić, także samemu kłamcy.

– W jakiś sposób tego wieczora się upiłem. Nie chciałem wyjść na durnia, więc odpuściłem.

– Mogłeś zadzwonić.

Miała oczywiście rację. Nawet bardziej, niż przypuszczała, bo upiłem się z Bjornem Gainesem kilka godzin później niż umówiona godzina spotkania. Ponadto wcale nie chodziło o wstyd, po prostu całkowicie zapomniałem. Żaden z tych faktów nie pomógłby mi teraz, tak więc je pominąłem.

– Tak, powinienem. Wiesz jednak, jak to jest. Wiedziałem, że mocno przesadziłem, nawet na telefon. Tak więc po prostu się nie pojawiłem.

– A co z wyjaśnieniem tego następnego dnia?

– Miałem kaca.

To była stuprocentowa prawda, ale widać nie przekonywała doktor Swanson ani nie poprawiała jej humoru. Po pobraniu próbek z mojego ramienia zostawiła mnie na kilka minut. Kiedy wróciła, na jej twarzy malowało się wielkie zatroskanie.

– Twoje wyniki są tragiczne. Nanity pracowały ponad normę, by usunąć z twojego organizmu toksyny. Większość z nich zabiłeś. Potrzebujesz pełnej dawki. Ostro chlałeś, prawda?

Kiwnąłem głową.

– Chyba tak. Za dużo.

Spojrzała na tablet i kilka razy w niego stuknęła, kiwając głową.

– Normalnego człowieka to by zabiło, wiesz o tym, prawda?

Nic nie odpowiedziałem. Tego akurat nie wiedziałem.

– Wylałem wszystko – powiedziałem. – Dziś rano. Skończyłem z rozpaczaniem.

Roześmiała się nagle.

– Upijanie się do nieprzytomności co noc to nie rozpaczanie, tylko szukanie ucieczki przed rozpaczą.

Wzruszyłem ramionami, nie chciałem się z nią kłócić. Dla mnie picie przez miesiąc zdziałało cuda. Nie zapomniałem o Sandrze, daleki byłem od tego. Nadal czułem wściekłość, ale zmienił się stan mojego umysłu. Teraz odczuwałem zimną, funkcjonalną nienawiść, a nie szaloną bezsilność, graniczącą z depresją. Obecnie miałem ochotę działać, a nie rozpaczać nad stanem wszechświata.

– Czuję się już lepiej – powiedziałem. – Może umówmy się dziś na tę randkę, co?

Spuściła oczy, unikając mojego wzroku. Skrzyżowała ramiona, przyciskając do piersi tablet. Bardzo chciała się zgodzić i jednocześnie nie zostać ponownie skrzywdzona.

– Chyba nie jesteś jeszcze na to gotów – powiedziała w końcu.

– No dobra – odparłem. – Więc innym razem.

Zacząłem wstawać ze stołu, ale położyła mi rękę na piersi. Zatrzymałem się, mimo że ledwie czułem stawiany mi opór. Wskazała na fotel w rogu pomieszczenia.

Spojrzałem na specjalistyczny mebel przez półprzymknięte powieki. Każda izba chorych w Siłach Gwiezdnych była w tej chwili zaopatrzona w jeden z tych metalowych foteli. Miały skórzane pasy i były na stałe zakotwiczone w podłożu. Ten powleczony został warstwą inteligentnego metalu, co sprawiało, że wyglądał nieco bardziej cywilizowanie, ale i tak znałem jego przeznaczenie.

Przyjmowanie nanitów zawsze wiązało się z dyskomfortem. Dawka przypominająca nie była tak bolesna jak pierwotna, która większość ludzi pozbawiała przytomności, ale i tak przyjęcie jej nie należało do rzeczy przyjemnych.

Patrząc na narzędzie tortur, czułem pot płynący po plecach.

– Zamierzasz się przy tym dobrze bawić, co? – spytałem.

– Siadam w pierwszym rzędzie i nagrywam sobie wideo na później.

Zmusiłem się do śmiechu, a potem usiadłem na metalowym fotelu. Był zimny.

– A teraz – powiedziała – chciałabym, aby pan zachowywał się przyzwoicie, pułkowniku. Mogę na to liczyć? Nie jestem pewna, czy ten fotel wytrzyma, jeśli naprawdę będziesz chciał się uwolnić.

Ja wiedziałem na pewno, że nie. Wiedziałem jednak także, że potrafię kontrolować się na tyle, by z bólu nie zdemolować pomieszczenia.

– Jestem gotów – powiedziałem.

– Potrzebujesz czegoś? Mam na myśli ból.

Potrząsnąłem głową. Kłamałem. Potrzebowałem mocnego drinka. Cholera, wypiłbym całą butelkę. Ale to już przeszłość. Łatwe noce też się skończyły.

Opadły klamry, a doktor umocowała je na moich ramionach. Potem przygotowała zastrzyk, który wyglądał jak szklana szpryca pełna rtęci. Na jej końcu znajdowała się igła grubości dziesięciocentymetrowego gwoździa.

Kiedy wbiła to w mój biceps i wstrzyknęła zawartość, zasyczałem.

– Powinienem był przyjść na tę randkę, prawda?

– To nie ma nic wspólnego z niezbędną procedurą medyczną. Proszę, postaraj się zrelaksować.

– Aha…

* * *

Później tego samego popołudnia zaplanowałem spotkanie ze swoim sztabem. Powlokłem się z części medycznej w stronę sali odpraw. Kate szła korytarzem za mną, coś mówiła. Nie rozumiałem słów. W mojej głowie nadal dzwoniły małe robociki, wstrzyknięte kilka minut wcześniej i reagujące z moim systemem nerwowym. Czasem tak się działo. Uznałem jednak, że jeśli zdołam dotrzeć do swojego biura i chwilę w nim posiedzieć, uda mi się przeprowadzić odprawę.

Trwałem w tym przekonaniu dopóty, dopóki nie minąłem jakiejś podporucznik i nie ujrzałem szoku na jej twarzy. Spojrzałem na siebie i zrozumiałem, o co chodzi.

Porozrywałem na sobie ubranie. Na szczęście były to ciuchy inteligentne, które już usiłowały dokonać samonaprawy. Nadal jednak widniały w nich ogromne dziury, przez które przezierała skóra.

Uśmiechnąłem się do podporucznik i skinąłem z bólem głową.

– Spokojnie, odbyłem po prostu trening. Ubranie się naprawia.

Kiwnęła szybko głową i oddaliła się. Dociągnąłem do siebie luźne fragmenty stroju, ułatwiając im połączenie. To zawsze przyspieszało proces naprawy.

Gdy przybyłem do sali odpraw, ucieszyłem się, że jest jeszcze pusta. Zająłem swoje miejsce u szczytu stołu i przyłożyłem do niego głowę. Moment później drzemałem.

Obudziło mnie pojawienie się Kwona. Olbrzym przyglądał mi się, a mnie nieco bolał bark. Prawdopodobnie chwilę wcześniej dostałem od sierżanta kuksańca.

– Minąłeś się z powołaniem, Kwon. Z tym czarującym podejściem do człowieka powinieneś zostać pielęgniarzem.

Kwon zmarszczył brwi.

– Znów jest pan pijany, prawda?

– Nie tym razem.

Powiedziałem mu o zastrzyku z nanitów. Sierżant natychmiast zrozumiał.

– Nienawidzę tego. Szczególnie jak trzeba wysikać nadmiar metalu.

– Dzięki za przypomnienie. Muszę skorzystać z toalety.

– Chce się panu rzygać?

– Nie, mówiłem, że nie piłem.

– Racja.

W chwilę później byłem już w ubikacji. Rycząc z bólu nad sedesem i sikając płynnym metalem, zastanawiałem się, czy morale całego mojego sztabu stało równie nisko. Kwon był pewien, że przyszedłem na odprawę pijany. Czy przez cały ten czas naśmiewali się ze mnie za moimi plecami? Wprawdzie nie zauważyłem, ale z drugiej strony… nie byłem w najlepszej formie.

Kiedy pojawiła się reszta sztabu, moje ubranie już wyglądało schludnie. Miałem przed sobą pełny kubek czarnej kawy, a nowe nanity krążyły ochoczo w krwiobiegu.

Pomimo mojego zachęcającego uśmiechu wszyscy patrzyli na mnie z rezerwą. Nikt nie chciał odezwać się pierwszy.

– Komodorze Miklos – powiedziałem – czy mógłby mi pan zdać raport ze stanu floty? Co mógłbym wprowadzić do boju, gdyby zaszła taka potrzeba?

Miklos zaczął meldować, a ja uważnie słuchałem, zadając co jakiś czas pytania. Opisywał każdą jednostkę, jej pozycję, wykonywane zadanie i stopień gotowości bojowej.

– Co z lotniskowcami? – spytałem. – Chciałbym wiedzieć, ile z nich jest gotowych do użytku.

Spojrzał na mnie rozbawiony i odchrząknął.

– Jak pan wie, w ciągu ostatnich siedemnastu tygodni cała produkcja przestawiona została na potrzeby floty.

Siedemnaście tygodni? A więc to trwało tak długo? Wydawało mi się, że upłynął miesiąc, może ciut więcej. Pokręciłem z niedowierzaniem głową.

– Rzeczywiście – potwierdziłem. – Proszę zatem powiedzieć, co w tym czasie zostało zrobione.

– Siedem lotniskowców, sir.

– Tylko siedem?

Miklos zakłopotał się.

– Na ostatnich odprawach poruszaliśmy ten temat…

– Nie interesuje mnie, co działo się na ostatnich odprawach. Proszę powiedzieć, jak jest teraz. Mamy siedem lotniskowców, podczas gdy proces produkcji trwa tylko tydzień. Dlaczego?

– Myśliwce, sir. I okręty wsparcia. Do osłony lotniskowców potrzebujemy większej liczby krążowników i niszczycieli.

– To chyba nie do końca zgodne jest z moim rozkazem, ale w tych warunkach muszę to przyjąć. Siedem lotniskowców… wszystkie wypełnione najnowszymi myśliwcami.

– Najnowszymi? Tak mi się wydaje. To takie same, jakich używaliśmy w systemie Thora.

Zmarszczyłem brwi. Ponieważ spędziłem jakiś czas za ich sterami w walce, miałem zamiar wprowadzić pewne modyfikacje.

– Musimy o tym pogadać – stwierdziłem. – Myślę, że potrzebują unowocześnienia.

– Unowocześnienia? Teraz? Sir, czy jest pan pewien tego, co mówi?

– Tak – odpowiedziałem, starając się zachować spokój. Wiedziałem, że mają powody we mnie powątpiewać. Wiedziałem już, że podczas mojego „samowolnego oddalenia” wszystkie decyzje podejmowali za mnie, ponosząc także wszelką odpowiedzialność. To była moja wina. Teraz jednak nadszedł czas, by silną ręką przejąć władzę.

– Komodorze – powiedziałem – dyskusję o stanie floty odbędziemy tylko we dwóch. Wszyscy pozostali mogą odejść z rozkazem osiągnięcia pełnej gotowości w ciągu tygodnia. Wylot może nie nastąpić, ale jeśli będzie miał miejsce, nie chcę, by ktokolwiek został przyłapany z opuszczonymi gaciami. Wszystkie jednostki mają być gotowe. Odprawa zakończona. Rozejść się.

Spojrzeli na mnie, zaskoczeni. Wszyscy chcieli zadać to samo pytanie: „Wylot, ale dokąd, sir?”.

Nie dałem im jednak takiej możliwości.

Tylko Kwon wyraźnie się cieszył. Głośno klasnął w swoje wielkie łapska.

– Riggs wrócił!

Potwierdziłem skinieniem głowy i zwróciłem się do Miklosa, który pozostał w pomieszczeniu.

– Nikolai – celowo powiedziałem do niego po imieniu.

Wytrzeszczył na mnie oczy, bo bardzo rzadko zwracałem się do niego w sposób nieformalny.

– Wiem, że przez ostatnie kilka tygodni odpuściłem. Ale mam to już za sobą. Wracamy do gry.

– Cieszę się, że lepiej pan się czuje, sir.

– Nie, nie czuję się lepiej, ale na pewno trzeźwiej.

Opowiedziałem mu to, co przekazał mi Gaines. Powiedziałem, że próby zabójstwa zaczynały się i kończyły z Kerrem i że przez lata nie miałem o tym pojęcia.

Jak zwykle słuchał z ogromną uwagą.

– Rozumiem, że to może być uważane za osobistą zniewagę, pułkowniku – powiedział, gdy skończyłem – ale nie jestem pewien, czy to jest wystarczający powód do akcji militarnej.

– Nie – odparłem. – Nie jest. Na szczęście nie brakuje nam takich powodów. Ziemia znajduje się w łapach Crowa, który stał się dyktatorem najgorszego typu. Tworzy wokół siebie kult jednostki. Wiedziałeś o tym?

– Czytałem raporty.

– Na początku miałem nadzieję, że gdy przejmie panowanie na Ziemi i jego żądza władzy zostanie zaspokojona, uzna Siły Gwiezdne raczej za sojusznika niż wroga. Czy to nie ma sensu? Po co nas atakować? Nie lepiej zostawić nas jako bufor pomiędzy makrosami a Ziemią?

– W tym, co pan mówi, jest dużo logiki, pułkowniku. Ale nie z punktu widzenia imperatora Crowa. Dopóki pan tu jest, stanowi pan zagrożenie.

– Masz na myśli nas, Siły Gwiezdne.

– I tak, i nie. Myślę, że boi się pana osobiście. Za każdym razem w przeszłości, kiedy próbował pana pokonać, pan był górą. Jedynym powodem, dla którego obecnie włada Ziemią, jest to, że pan trzon swoich sił przeniósł tu, do Edenu.

Kiwnąłem głową i rozmasowałem ramię po zastrzyku. Okrągłe plamy znikały, ale nadal dokuczały.

– Tak – zgodziłem się. – Rozumiem, jak to wygląda z jego punktu widzenia. W pewnym sensie jestem gorszy niż makrosy. Ludzie zazwyczaj wolą mnie niż jego, a z maszynami nigdy nie miał tego problemu. W jego oczach jestem zapewne miejscowym chuliganem, a on tym dobrym, który ma zaprowadzić porządek. Nadal jednak twierdzę, że to wszystko szaleństwo. Powinien mi pozwolić walczyć z makrosami, po prostu użyć jako narzędzia. Gdybym był na jego miejscu, słałbym tu transport za transportem. Wysyłałbym także wszelkiego rodzaju sprawiających kłopoty ludzi, jako „ochotników” na front. Sytuacja mogłaby być dla wszystkich korzystna, jedyne, co musiałby zrobić, to uznać naszą niezależność.

Miklos pokręcił głową.

– Nie może tego uczynić pod żadnym pozorem. On chce pozostać imperatorem świata i rozszerzać władzę. Jego ostatecznym celem jest władza absolutna nad całą ludzkością. W tym mu pan nie pomaga.

– I nigdy nie będę.

– Tak więc musi pan zostać usunięty.

Musiałem się z tym zgodzić. Interpretacja przedstawiona przez Miklosa niestety odpowiadała faktom.

– Najpierw wysłał mi rozkazy, próbując zmusić mnie, bym robił to, co jemu pasowało. Kiedy zignorowałem rozkazy, wysłał flotę. Cały czas wspomagał się działaniem zabójców, mających wyeliminować mnie bezpośrednio, z założeniem, że beze mnie Siły Gwiezdne poddadzą się jego woli.

– Z przykrością muszę przypomnieć, że parę miesięcy temu prawie mu się to udało.

– Tak, gdybym to ja, a nie Sandra przyjął tę dawkę trucizny, osiągnąłby cel.

– Nie, sir, nie o to mi chodziło.

Spojrzałem na niego poważnie.

– Wyjaśnij więc.

– Myślę, że teraz, gdy wraca pan do siebie, mogę to zrobić. Przez długi czas pozostawał pan poza kontrolą. Zabójczyni nie zabiła pana, ale wraz ze śmiercią Sandry zniszczyła w panu ducha. Przypuszczam, że dostała dokładnie takie instrukcje, gdyby nie miała możliwości dotrzeć bezpośrednio do pana.

Patrzyłem na niego, myśląc o tym, co powiedział. Moja chęć działania rosła. Nie mogłem pozwolić, żeby Crow zwyciężył, wywołując we mnie depresję.

– Chyba będę musiał go zabić – powiedziałem cicho.

– Tak, sir. Chyba będzie pan musiał.

Mówiąc te słowa, wyobrażałem sobie podobne spotkanie, które kilka miesięcy wcześniej miało miejsce na Ziemi. Przypuszczałem, że Crow, Kerr, i kto tam jeszcze z nimi współpracował, musieli dojść do identycznego wniosku. Prawie słyszałem w głowie ich słowa: „Będziemy musieli zabić Riggsa, sir. Nie ma innego wyjścia”.

Teraz ja do tego doszedłem. Crow musiał zostać usunięty, a odejść mógł jedynie nogami do przodu.

Jak jednak miałem tego dokonać?

Rozdział 1

Lotniskowiec Gatre wisiał w przestrzeni nad Edenem-8. Ciemny, złowieszczy, romboidalny okręt posiadał jedynie kilka wieżyczek z uzbrojeniem. W każdej znajdowało się lekkie działko laserowe sterowane własnym komputerem. Prawdziwa broń okrętu znajdowała się w jego wnętrzu. Myśliwce. Ponad setka tych maszyn czaiła się na pokładach startowych, niczym osy gotowe do ataku w obronie gniazda.

Gatre był okrętem kapitan Jasmine Sarin, ale jako naczelny dowódca Sił Gwiezdnych spędzałem na jego pokładzie dużo czasu. Lotniskowiec wyposażony został w najlepszy system wspomagania dowodzenia.

W okolicy nie było żadnego innego okrętu. Pod maszyną rozciągał się najpiękniejszy z siedmiu zamieszkałych światów układu Eden. Był ciepłą planetą, porośniętą niezwykle wysokimi lasami i inną bujną roślinnością. Można było nazwać go Zieloną Planetą, podobnie jak Ziemię – Błękitną, ze względu na przewagę lądów nad wodami. Spoglądając w dół na barwny glob, myślałem o tym, że kiedyś ludzie pewnie go zapełnią, jednak na razie był słabo zaludniony, podobnie jak trzy pozostałe światy, przeznaczone dla mojego gatunku w tym systemie.

Siedziałem w ciemnym pomieszczeniu, oświetlanym jedynie blaskiem planety wpadającym przez iluminator. Pomieszczenie było moim biurem. Na okręcie panowała całkowita cisza, spali prawie wszyscy oprócz mnie i nocnej wachty na mostku.

W dłoni trzymałem butelkę, a w głowie kołatało mi się mnóstwo myśli. Ostatnio mnóstwo czasu spędzałem, siedząc, pijąc i rozmyślając.

Po śmierci Sandry nie zawsze miałem zły humor, ale wiedziałem, że się zmieniłem. Mniej wybaczałem, rzadziej widziałem pozytywne aspekty sytuacji. Stałem się także bardziej nerwowy. Nie raz ktoś, kto zawalił coś w mojej obecności lub zawracał mi głowę czymś trywialnym, został wykopany przeze mnie przez śluzę. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Na szczęście przelot przez korytarz i uderzenie w przeciwległą ścianę dla moich znanityzowanych żołnierzy były jedynie powodem do wstydu. Fizycznie nic im się nie działo.

Początkowo rozumieli moje nowe spojrzenie na świat, tłumaczyli sobie moje zachowanie w momentach, kiedy uważali, że nie słyszę. To mnie tylko jeszcze bardziej wkurzało.

Wiedziałem, że takie podejście jest irracjonalne, ale trudno mi było nad tym zapanować. Piłem i chwytałem się dorywczych przyjemności. Zachowywałem się jak żul.

Wieczorami moim towarzyszem bywał major Gaines, czarny facet o rzadko spotykanym wśród Amerykanów imieniu Bjorn. Gaines stał się moim przybocznym w czasie trudnych dni po fiasku w systemie Thor, które kosztowało życie miliardy istnień. Wyglądało na to, że major walczy z własnymi demonami, o których chciałby zapomnieć, zatem nie wspominaliśmy o nich. Zamiast tego piliśmy i za pomocą stołów robiliśmy dziury w ścianach każdego pomieszczenia, w którym się znaleźliśmy. Po pewnym czasie te dziury oczywiście same się zasklepiały. Inteligentny metal kadłuba nigdy nie narzekał, sprzątając po naszych wybrykach jak wyrozumiały rodzic.

Myśl o Gainesie poderwała mnie na nogi. Odstawiłem butelkę na biurko i użyłem linku taktycznego, by połączyć się z nim na prywatnym kanale.

– Gaines?

– Tak, pułkowniku?

– Co robisz, śpisz?

– Właśnie się zbierałem, sir.

– Zagrasz w bilard?

Z drugiej strony łącza przez chwilę panowała cisza.

– Jasne, czemu nie.

Do naszych ulubionych miejsc należała sala bilardowa. Po utracie systemu Thora kazałem taką stworzyć. Okręt zapewniał wystarczająco dużo miejsca, jedna trzecia jego powierzchni nadal pozostawała pusta, a zagospodarowane przestrzenie także nie były przeładowane. Uznałem, że załoga Gatre potrzebuje miejsca, gdzie mogłaby odreagować.

Wkrótce zauważyłem, że Gaines jest wspaniałym współzawodnikiem. Miał prawdziwy instynkt zabójcy. Początkowo myślałem, że należał do garstki farciarzy, których widywało się na każdym polu bitwy, teraz jednak wiedziałem już, że szczęście nie ma z tym nic wspólnego. Był samorodnym talentem. Był tak dobry, że gdyby nie moje mikrobiologiczne kąpiele, nie miałbym z nim najmniejszych szans w sali bilardowej.

Na szczęście jednak nikt inny nie miał w ciele takich ulepszeń. Byłem starszy i odrobinę wolniejszy, ale zdecydowanie silniejszy. Kiedy uderzałem kijem w bilę, nabierała fantastycznej prędkości. Gaines potrzebował całego swojego sprytu i zręczności, kiedy leciała w jego stronę.

Jak większość gier uprawianych w Siłach Gwiezdnych, nasz bilard opierał się na wytrzymałości. Uderzenia w głowę były zakazane i w zasadzie była to jedna z dwóch obowiązujących zasad. Natomiast celowanie w każdą inną część ciała stanowiło sens gry.

Nasza wersja całkowicie różniła się od ziemskiej. Graliśmy w zerowej grawitacji kijami bejsbolowymi, ściany wykonane z inteligentnego metalu służyły za stół, a przeciwnik za łuzę. Należało w niego trafić po uprzednim odbiciu bili od ściany. I to właśnie była druga z zasad.

Gdy pół godziny później nadeszła kolejka Gainesa, major miał w oczach krew. Dosłownie.

Trafiłem go bilą w obojczyk, a ta zrykoszetowała i uderzyła w twarz, po drodze masakrując brew. To było niezamierzone, więc trafienie liczyło się. Gaines nie miał jednak powodów do zachwytu. Nanity natychmiast go załatały, ale krew nadal spływała i zasychała na policzku.

Obaj byliśmy spoceni i lekko pijani. Graliśmy w odmianę dziewięciobilową, gdyż tradycyjna piętnastka równała się samobójstwu.

Spudłowałem przy piątej i nadeszła kolejka majora. Spojrzał na mnie, zacisnął dłonie na kiju i zlokalizował pomarańczową bilę. Wisiała w doskonałym miejscu, pewny strzał, bez rotacji.

– Wie pan, sir – powiedział, przygotowując się do uderzenia – po tym wszystkim, co miało miejsce, dziwię się, że pan mi ufa i przebywa ze mną sam na sam w tym pomieszczeniu.

Podniosłem na niego wzrok. Takiego komentarza się nie spodziewałem. Najwyraźniej nawiązywał do zabójców, którzy próbowali pozbawić mnie życia. Ostatniemu z nich udało się zabić Sandrę, moją narzeczoną i ochroniarza w jednej osobie. Temat dyskusji był delikatny, a major nie przypadkiem zaczął ją w tym momencie.

Gaines czekał tylko na moment, aż spuszczę wzrok z pomarańczowej kuli, żeby uderzyć. Grając w bilard z marine Sił Gwiezdnych, nie wolno tracić bili z oczu.

Łup! Kula podążała po nieoczekiwanym torze w dół. Nie miałem czasu, by wykonać unik. Zmarnowałem go, patrząc w twarz Gainesa. Miałem tylko ułamek sekundy na reakcję. Co robić?

Instynktownie osłoniłem krocze.

Kula odbiła się od podłogi pod niesamowitym kątem i uderzyła w moje palce. Normalnemu człowiekowi zamieniłaby je w wiązkę bezużytecznych patyczków. Zakląłem. Pomarańczowa bila, obracając się, poszybowała w stronę sufitu i tam zawisła niczym jakaś opuszczona planeta.

– To było paskudne, nawet jak na ciebie, Gaines.

– Dziękuję, sir.

Gdy byłem gotów, wykonał następne uderzenie, zgodnie z zasadami bilardu: po trafieniu w łuzę. Pomimo bólu i poczucia upokorzenia udało mi się wykonać unik. Odzyskałem kolejkę i chwyciłem kij z paskudnym uśmiechem. Dłonie bolały mnie już nieco mniej, więc przygotowywałem się do zemsty. Odbiłem się od podłogi i poszybowałem w stronę sufitu. Szósta bila zawisła w niedogodnym miejscu, zbyt blisko ściany na dobre uderzenie. Przekląłem swojego pecha.

– Skoro zadałeś to pytanie, Gaines – odparłem – to tak, ufam ci. Walczyłem u boku wielu ludzi i nauczyłem się rozpoznawać zabójców.

Gaines prychnął. Moja odpowiedź chyba go rozbawiła. Obróciłem się w rogu pomieszczenia, tak że widziałem jego twarz. Uśmiechał się, jakbym powiedział coś zabawnego. Zmarszczyłem brwi.

– Jeśli masz do powiedzenia coś oprócz tekstów odwracających moją uwagę, to zrób to teraz.

Jego uśmiech znikł. Patrzyłem na niego, gdy opuszczał wzrok. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale znów je zamknął.

Wybrałem moment i uderzyłem. To był dziki strzał, z całej siły, ale tylko jedną ręką. Trzymałem kij nonszalancko, pozornie luźno, by zamaskować siłę uderzenia. Wprowadzanie w błąd stanowiło podstawę tej gry.

Choć nie udało mi się uderzyć tak mocno, jak zamierzałem, to nie było miłe klepnięcie. Spośród wszystkich marines z całą pewnością dysponowałem największą siłą. Zostałem zmodyfikowany tak, by wytrzymać ciśnienie atmosfery gazowego giganta, i nawet sierżant Kwon nie mógł pokonać mnie w siłowaniu się na rękę.

Gaines skupiał się na dźwięku nadciągającej apokalipsy. Oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia. Niewidoczna w swym pędzie bila odbiła się już dwukrotnie, zostawiając wgniecenia w ścianach.

Nie wiedząc, czego się spodziewać, major ściągnął barki, zacisnął oczy i osłonił dłońmi klejnoty. Uśmiechnąłem się, wiedząc, że się mylił.

Łup! Bila walnęła go poniżej pleców. Uderzyłem z potrójnym odbiciem i udało mi się dokładnie to, co zamierzałem, choć przy dużej dozie szczęścia, prawdę mówiąc. Prawie nigdy nie wychodziły mi potrójne, a jeśli już, to bardzo nieprecyzyjnie.

Tym razem jednak trafiłem. Gaines z sykiem wypuścił powietrze, co bardzo mnie ucieszyło. Sam miałem mnóstwo sińców, a myśl, że w najbliższym czasie major nie usiądzie wygodnie, bardzo mnie bawiła. Oznaczało to wprawdzie tylko godzinę, bo tyle potrzebowały nanity, żeby dokonać naprawy uszkodzonych tkanek.

Po tym uderzeniu mój przeciwnik poruszał się powoli i z bólem, ale wiedziałem, że jest wściekły i śmiertelnie niebezpieczny. Zabawa się skończyła. Zawsze tak było. Żarty i śmiechy towarzyszyły pierwszym kilku uderzeniom, potem zaś wszystko zamieniało się w poważny pojedynek.

Wymienialiśmy się w milczeniu kijem. Udało mi się uniknąć siódmej bili, by ją odbić i trafić go w kość piszczelową. Potem jednak znów przyszła jego kolej. Zarówno ósma, jak i dziewiąta bila dosięgły celu i przyjąłem je obydwie. Ósma z całą pewnością złamała mi kilka żeber po lewej stronie, a dziewiątą oberwałem w to samo miejsce, zanim zdążyłem dojść do siebie.

Rozegranie dziewiątej bili kończyło grę. Pogratulowałem majorowi przez zaciśnięte zęby i wyszliśmy z sali bilardowej. Na zewnątrz czekała trójka kolejnych nocnych graczy, którzy pozdrowili nas w przejściu. Obserwowali naszą grę na konsoli i wiedzieli, że Gaines mnie pokonał.

Poszliśmy do mesy oficerskiej. Noc przechodziła już we wczesny ranek. Rozpoczęła się poranna wachta, tak więc bar dopiero się otwierał. Potrzebowaliśmy alkoholu i szybko zostaliśmy obsłużeni. Ja piłem whisky z własną krwią. Zauważyłem, że alkohol sprawiał, iż praca nanitów stawała się jakby nieco bardziej znośna dla człowieka. Dokończyłem drinka jednym łykiem i zamówiłem kolejnego.

– Pułkowniku – odezwał Gaines, kiedy wypił swoją porcję i odetchnął – zanim wstąpiłem do Sił Gwiezdnych, byłem zabójcą. Zawodowcem.

Spojrzałem na niego, szczerze zaskoczony. Przez chwilę czułem się, jakbym miał dostać niespodziewaną bilą. W twarzy majora widziałem jednak jedynie żal.

Nagle zrozumiałem. Wiedzieliśmy, że miał niejasne karty w swojej historii. Wiedzieliśmy, że służył w Siłach Specjalnych Stanów Zjednoczonych, zdawaliśmy sobie także sprawę z braków w dossier. Przyszedł do nas podczas bitwy o wyspę Andros, w czasie sobotniego szturmu, i od tego czasu świetnie walczył. Doskonale do nas pasował.

Siły Gwiezdne dość łatwo akceptowały nowych. Wstąpienie do nas było trochę jak przyłączenie się do Legii Cudzoziemskiej wiek wcześniej. Nie zadawaliśmy zbędnych pytań, ale wymagaliśmy bezwzględnej lojalności.

W odpowiedzi lekko kiwnąłem głową.

– Wiedzieliśmy, że przeszedłeś specjalistyczny trening. Pojawiłeś się gotów do walki w dniu, kiedy desperacko potrzebowaliśmy ludzi. Nigdy nie żałowałem, że cię przyjąłem, i to się nie zmieniło.

– Wiem o tym, sir – odparł. – I dziękuję za możliwość służby w Siłach Gwiezdnych. To najlepsza rzecz, jaką zrobiłem w całym swoim życiu.

– U nas przeszłość należy tylko do każdego z nas.

Gaines pokiwał głową.

– Chce pan wiedzieć, jakie było moje ostatnie zadanie, sir?

Spojrzałem na niego z lekkim zaciekawieniem.

– Jasne.

– Przez wiele lat pracowałem jako wolny strzelec. Podczas tak zwanego sobotniego szturmu zostałem zrekrutowany, by pana zabić.

Teraz udało mu się skupić całą moją uwagę. Patrzyłem w jego twarz i wierzyłem mu. To miało sens. Crow od dawna kierował przeciw mnie zabójców. Ale w tym momencie skojarzyłem korelację czasową.

– Nie mogłeś pracować dla Crowa, nie wtedy. Wtedy jeszcze ściśle ze mną współpracował.

– Zgadza się, sir. Zostałem skaptowany przez generała Kerra. Miło mi przyznać, że odmówiłem i mnie wykopał. Dostałem się na Andros już tylko z zamiarem przyłączenia się do was.

– Zakładam, że nie wspominałeś o tym wcześniej z oczywistych powodów. To jednak trochę wykracza poza granice akceptowalnego przemilczenia.

– No cóż. – Wzruszył ramionami. – Nie spodziewałem się, aby miało mi to ułatwić awans.

– Czekaj – powiedziałem, spoglądając na niego. – Powiedziałeś, że to Kerr cię zwerbował?

Gaines potwierdził.

– Tak, sir. Zrobił to osobiście.

Mój mózg pracował na wysokich obrotach. Żałowałem, że Gaines wcześniej o tym nie powiedział, ale rozumiałem go. Od samego początku mówiliśmy mu, że przeszłość to przeszłość i nie musi ujawniać żadnych szczegółów. Zgodnie z tą zasadą zachował milczenie. Gdybym jednak wiedział, że Kerr stał za przynajmniej jedną próbą zamachu na mnie w przeszłości, mógłbym zrobić coś inaczej. Może nawet ocaliłbym Sandrę.

– Przepraszam, pułkowniku – powiedział major. – Nie wiedziałem, że Kerr był w systemie Eden, aż do momentu, gdy zostawił tu zabójcę. Powinienem wtedy wszystko powiedzieć, miałby pan więcej sygnałów ostrzegawczych.

Z trudem obróciłem się w jego stronę i wyprostowałem. Udało mi się nawet lekko uśmiechnąć.

– Wiem, jak musisz się czuć – odparłem – ale wszystko w porządku. Nie złamałeś żadnych zasad. Tak naprawdę robisz to dopiero teraz, mówiąc o swojej przeszłości. Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć?

– No cóż, ciągle odnoszę wrażenie, że Ziemia nigdy nie zawrze pokoju z Siłami Gwiezdnymi. Ci u władzy zawsze będą widzieć inwazję makrosów jako okazję do przejęcia całkowitej kontroli. Tak naprawdę jedyną rzeczą, która stoi temu na przeszkodzie, jest pańska obecność.

– Nasza, majorze – poprawiłem go. – To my stoimy na drodze Kerrowi i Crowowi. Nie tylko ja. I mam nadzieję, że gdy nadejdzie czas, nadal będziemy stać razem.

Gaines lekko się uśmiechnął, a ja wiedziałem, że go przekonałem. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Wydawało się naturalne, że należy przypieczętować to drinkiem, co też uczyniliśmy. Kilka godzin później obudziłem się w swojej kajucie.

W myślach cały czas przeżywałem śmierć Sandry. Torturowałem się tym wspomnieniem. Widziałem różową pianę na jej ustach i gasnące oczy. Ta twarz ukazywała mi się każdej nocy, a dziś patrzyła na mnie z lustra, aż zimnym strumieniem doprowadziłem się do porządku.

To tego ranka podjąłem decyzję. Kerr, udając mojego umiarkowanego sojusznika w Imperium, wysyłał za mną kolejnych zabójców. Nie można było tego tolerować. Musiałem odpowiedzieć.

Od miesięcy budowałem flotę i dysponowałem sześcioma lotniskowcami. Jednak zbroić się to jedno, a zaatakować – zupełnie coś innego.

W końcu nadszedł czas. Siły Gwiezdne wracały na Ziemię.