Równoumagicznienie - Terry Pratchett

Równoumagicznienie

0,0

Jest to opowieść o tym, czym jest magia i dokąd zmierza, a co ważniejsze, skąd przychodzi i po co.

Przedstawiona historia nie pretenduje do odpowiedzi na wszystkie te pytania, może jednak pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego Gandalf nigdy się nie ożenił i dlaczego Merlin był mężczyzną. Jest to również opowieść o seksie, choć nie w sensie atletyczno-gimnastycznym, czy też w sensie "policz wszystkie nogi i podziel przez dwa". Chyba że postacie całkowicie wyrwą się spod kontroli autora. I to jest możliwe.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

1-1_jpg
1-2_jpg
1-3__jpg

Tytuł oryginału

EQUAL RITES

Copyright © Terry Pratchett 1987

First published by Victor Gollancz Ltd, an imprint of the Orion Publishing Group, London

Projekt graficzny serii:

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce:

©Josh Kirby/via Thomas Schluck GmbH

Redakcja:

Dorota Malinowska

Redakcja techniczna:

Jolanta Trzcińska

Korekta:

Teresa Pajdzińska

Łamanie:

Małgorzata Wnuk

ISBN 978-83-7648-686-4

Warszawa 2011

Fantastyka

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Garażowa 7, 02-651 Warszawa

www.proszynski.pl

Skład wersji elektronicznej:

Michał Nakoneczny

Virtualo Sp. z o.o. virtualo.eu

Virtualo Sp. z o.o.

Dziękuję Neilowi Galmanowi, który wypożyczył nam ostatni ocalały egzemplarz Liber Paginarium Fulvarum i pozdrawiam dzieciaki z Wakacyjnego Klubu H.P. Lovecrafta. Chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że ta książka nie jest zwariowana. Tylko przygłupie rude panienki w serialach z lat pięćdziesiątych są zwariowane.

Nie jest też błazeńska.

1-4_jpg

Jest to opowieść o tym, czym jest magia i dokąd zmierza, a co ważniejsze, skąd przychodzi i po co. Poniższa historia nie pretenduje jednak do odpowiedzi na wszystkie te pytania.

Może jednak pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego Gandalf nigdy się nie ożenił i dlaczego Merlin był mężczyzną. Ponieważ jest to również opowieść o seksie, choć raczej nie w sensie atletyczno-gimnastycznym, czy też w sensie „policz wszystkie nogi i podziel przez dwa”. Chyba że postacie całkowicie wyrwą się spod kontroli autora. Co jest możliwe.

Jednakże przede wszystkim jest to opowieść o świecie. Oto on. Przyjrzyjmy się uważnie, gdyż efekty specjalne kosztowały naprawdę sporo.

Rozbrzmiewa basowa nuta. Ten głęboki, wibrujący akord sugeruje, że sekcja dęta lada chwila zagrzmi fanfarą na cześć kosmosu, albowiem scena przedstawia czerń dalekiej przestrzeni i tylko kilka gwiazd migocze niby łupież na kołnierzyku Boga.

I nagle pojawia się: większy od największego, najgroźniej uzbrojonego gwiezdnego krążownika z wyobraźni producenta filmowych widowisk: żółw, długi na dziesięć tysięcy mil. To Wielki A’Tuin, jeden z rzadkich okazów we Wszechświecie, gdzie rzeczy mniej są tym, czym być powinny, a bardziej tym, czym ludzie je sobie wyobrażają. Niesie na swej pooranej meteorami skorupie cztery gigantyczne słonie, a te na swych ogromnych grzbietach dźwigają wielki krąg świata Dysku.

Kiedy przemieszcza się punkt widzenia, w świetle maleńkiego, orbitującego słońca obserwator dostrzega cały świat. Są tu kontynenty, archipelagi, morza, pustynie, łańcuchy górskie, a nawet niewielka, centralna pokrywa lodowa. Tutejszych mieszkańców, co oczywiste, nie interesują klasyczne globalne teorie. Ich świat, otoczony ze wszystkich stron oceanem przez wieczność przelewającym się w kosmos w jednym nieprzerwanym wodospadzie, jest płaski jak geologiczna pizza, chociaż bez anchois.

Taki świat – istniejący wyłącznie dlatego, że bogowie lubią sobie pożartować – musi być miejscem, gdzie działa magia. I oczywiście seks.

1-5_jpg

Nadszedł wśród burzy i od razu można było w nim poznać maga. Po części z powodu długiego płaszcza i rzeźbionej laski, ale przede wszystkim dlatego, że krople deszczu zatrzymywały się kilka stóp nad jego głową i parowały obficie.

Działo się to w pięknej burzowej okolicy, w Górach Ramtopu, krainie ostrych szczytów, gęstych lasów i wąskich rzecznych kotlinek tak głębokich, że kiedy światło dnia docierało wreszcie do podłoża, czas mu już było się zbierać. Poszarpane strzępki chmur lgnęły do mniejszych szczytów poniżej górskiej ścieżki, którą – ślizgając się w błocie i potykając – podążał mag. Kilka kóz z niejakim zaciekawieniem obserwowało go przez zmrużone oczy. Niewiele trzeba, żeby zaciekawić kozy.

Czasami zatrzymywał się i podrzucał swą ciężką laskę. Zawsze spadała wskazując ten sam kierunek, a mag wzdychał, podnosił ją i podejmował trudny marsz.

Burza szła między wzgórzami na nogach z błyskawic, pokrzykując i warcząc.

Mag zniknął za zakrętem i kozy powróciły do przeżuwania.

Gdy nagle coś jeszcze zwróciło ich uwagę. Zesztywniały, szeroko otworzyły oczy i rozdęły nozdrza.

Było to dziwne, ponieważ ścieżka pozostała pusta. Jednak kozy wciąż obserwowały, jak coś przechodzi, póki nie zniknęło z pola widzenia.

1-5_jpg

Wieś skuliła się w wąskiej dolince pomiędzy porośniętymi lasem stromymi zboczami. Nie była to duża wioska i nie ukazywała jej żadna mapa okolicy. Ledwie była widoczna na mapie wioski.

Właściwie było to jedno z tych miejsc, które istnieją wyłącznie po to, żeby ktoś mógł z nich pochodzić. Wszechświat jest ich pełen: zagubionych wiosek, omiatanych wiatrem miasteczek pod szerokim niebem czy odosobnionych górskich chat. Jedyny ich ślad w historii to fakt, że są miejscami absolutnie zwykłymi, gdzie zaczęło się dziać coś absolutnie niezwykłego. Często upamiętnia to niewielka tablica pamiątkowa głosząca, że wbrew wszelkiemu ginekologicznemu prawdopodobieństwu ktoś bardzo sławny urodził się na ścianie.

Mgła kłębiła się między chatami, kiedy mag przekraczał wąski mostek nad wezbranym potokiem i kierował się do kuźni. Te dwa zdarzenia nie miały ze sobą nic wspólnego. Mgła kłębiłaby się i tak: była mgłą bardzo doświadczoną i doprowadziła kłębienie do poziomu sztuki.

W kuźni, oczywiście, zebrało się sporo ludzi. Jest to miejsce, gdzie można zawsze liczyć na dobry ogień i kogoś do pogawędki. Wieśniacy przysiedli w ciepłym mroku. Kiedy zbliżył się mag, wyprostowali się gwałtownie i próbowali przybrać inteligentny wyraz twarzy, na ogół bez większych sukcesów.

Kowal uznał, że nie musi przestrzegać takich form. Skinął magowi głową, ale było to powitanie równych sobie… a przynajmniej równych z punktu widzenia kowala. W końcu byle jaki mniej więcej kompetentny kowal poznał magię bardziej niż tylko przelotnie. Tak mu się przynajmniej wydaje.

Mag skłonił się. Biały kot śpiący obok paleniska ocknął się nagle i spojrzał na niego badawczo.

– Jak się nazywa ta wieś, panie? – zapytał przybysz.

Kowal wzruszył ramionami.

– Głupi Osioł.

– Głupi…?

– Osioł – powtórzył kowal takim tonem, jakby wzywał gościa, żeby spróbował sobie z tego zażartować.

Mag zamyślił się.

– Ta nazwa ma pewnie swoją historię – stwierdził w końcu. – W innych okolicznościach chętnie bym jej wysłuchał. Ale chciałbym porozmawiać z tobą, kowalu, o twoim synu.

– Którym? – spytał kowal.

Wśród gapiów rozległy się śmiechy. Mag uśmiechnął się także.

– Masz siedmiu synów, prawda? A sam jesteś ósmym synem?

Twarz kowala zmartwiała. Obejrzał się na wieśniaków.

– No dobra, przestaje padać – rzekł. – Uciekajcie stąd wszyscy. Ja i… – spojrzał na maga i podniósł brwi.

– Drum Billet – wyjaśnił mag.

– …i pan Billet mamy do omówienia ważne sprawy.

Skinął młotem i publiczność opuściła kuźnię, po drodze oglądając się jeszcze na wypadek, gdyby mag zrobił coś ciekawego.

Kowal wyjął spod blatu dwa stołki. Z szafki obok pojemnika z wodą wyciągnął butelkę i do dwóch bardzo małych kieliszków nalał przejrzystego płynu.

Obaj mężczyźni usiedli i przez chwilę obserwowali deszcz i mgłę kłębiącą się nad mostem. Wreszcie odezwał się kowal:

– Wiem, o którego syna wam chodzi. Babcia Weatherwax jest teraz przy mojej żonie. Ósmy syn ósmego syna… Faktycznie, coś przemknęło mi przez myśl, ale nie zwracałem na to uwagi. No tak… Mag w rodzinie, co?

– Szybko się pan zorientował – zauważył Billet.

Biały kot zeskoczył z legowiska, przebiegł po podłodze i jednym susem znalazł się na kolanach przybysza. Tam zwinął się w kłębek. Cienkie palce maga z roztargnieniem gładziły jego sierść.

– No tak… – powtórzył kowal po raz drugi. – Mag w Głupim Ośle, zgadłem?

– Możliwe, możliwe – przyznał Billet. – Oczywiście najpierw musi pójść na Uniwersytet. Naturalnie, może sobie tam doskonale poradzić.

Kowal dokładnie rozważył tę ideę i uznał, że bardzo mu odpowiada. Nagle coś przyszło mu do głowy.

– Chwileczkę… Próbuję sobie przypomnieć, co mówił mój ojciec. Podobno mag, który wie, że ma umrzeć, może tak jakby przekazać swoją tak jakby magiczność tak jakby następcy. Zgadza się?

– Nie słyszałem jeszcze równie skrótowego opisu, ale owszem.

– Czyli macie tak jakby umrzeć?

– Tak jest.

Kot mruczał cicho, gdy wąskie palce drapały go za uchem.

Kowal zakłopotał się wyraźnie.

– Kiedy?

Mag zamyślił się na moment.

– Za jakieś sześć minut – stwierdził.

– Och.

– Proszę się nie martwić. Prawdę mówiąc, oczekuję już tego. Słyszałem, że to zupełnie bezbolesne.

Kowal pomyślał chwilę.

– A kto wam powiedział? – zapytał.

Mag udał, że nie dosłyszał. Obserwował most, czekając na znaczącą turbulencję wśród mgły.

– Do rzeczy – odezwał się kowal. – Wytłumaczcie mi lepiej, jak się wychowuje maga, bo, widzicie, w naszej okolicy nie ma ani jednego i…

– Wszystko samo się ułoży – wyjaśnił uprzejmie Billet. – Magia mnie tutaj doprowadziła i magia się wszystkim zajmie. Jak zwykle zresztą. Czyżbym słyszał krzyk?

Kowal spojrzał w sufit. Poprzez szum potoku przebił się odgłos pary nowych płuc pracujących z pełną mocą.

Mag uśmiechnął się.

– Niech go tu przyniosą – polecił.

Kot usiadł nagle i spojrzał zaciekawiony w szerokie wrota kuźni. Kiedy podniecony kowal wołał kogoś z pięterka, kot zeskoczył i ruszył wolno przed siebie, mrucząc głośno jak piła.

Ze schodów zeszła wysoka siwowłosa kobieta, dźwigając opatulone kocem zawiniątko. Kowal podprowadził ją szybko do miejsca, gdzie siedział mag.

– Ale… – zaczęła.

– To bardzo ważne – oświadczył poważnym tonem kowal. – Co teraz, panie?

Mag podniósł laskę. Była długości człowieka i grubości ręki w przegubie, pokryta rzeźbionymi znakami, które zdawały się zmieniać w oczach kowala. Całkiem jakby nie chciały, żeby zobaczył, jak wyglądają.

– Dziecko musi ją chwycić – wyjaśnił Drum Billet.

Kowal skinął głową i pogmerał pod kocem, aż znalazł maleńką różową dłoń. Przysunął ją delikatnie do drewna. Paluszki chwyciły laskę.

– Ale… – powtórzyła akuszerka.

– Wszystko w porządku, Babciu – przerwał jej kowal. – Wiem, co robię. Jest czarownicą, panie. Nie zwracajcie na nią uwagi. Dobrze. Co teraz?

Gość milczał.

– Co mam teraz zro…

Kowal urwał nagle. Pochylił się, by spojrzeć na twarz maga. Drum Billet uśmiechał się, ale trudno powiedzieć, co go tak rozbawiło.

Kowal oddał dziecko zirytowanej akuszerce. Potem z szacunkiem odgiął zaciśnięte na lasce wąskie, blade palce.

Laska była dziwna w dotyku, trochę śliska, jakby naelektryzowana. Samo drewno pociemniało, ale rzeźbione znaki były jaśniejsze. Oczy bolały, kiedy człowiek próbował dokładnie się im przyjrzeć.

– Zadowolony jesteś z siebie? – spytała akuszerka.

– Co? A tak, szczerze mówiąc tak. A bo co?

Odchyliła róg koca. Kowal spojrzał i nerwowo przełknął ślinę.

– Nie… – wyszeptał. – On mówił…

– A co on mógł o tym wiedzieć? – prychnęła pogardliwie Babcia.

– Powiedział, że to będzie syn!

– Nie wygląda mi to na syna, drogi chłopcze.

Kowal opadł na stołek i ukrył twarz w dłoniach.

– Co ja narobiłem? – jęknął.

– Dałeś światu pierwszego żeńskiego maga – odparła akuszerka. – I cio telaź, maciupcia moja?

– Co?

– Mówiłam do dziecka.

Kot mruczał głośno i prężył grzbiet, jakby ocierał się o nogi starego przyjaciela. Co dziwne, ponieważ nikogo tam nie było.

1-5_jpg

– To było nierozsądne – odezwał się głos tonem, którego nie mógł usłyszeć żaden ze śmiertelnych. – Założyłem, że magia wie, co robi.

MOŻE I WIE.

– Gdybym tylko mógł coś na to poradzić…

NIE MA POWROTU. NIE MA POWROTU, oznajmił głos głęboki i ciężki jak zatrzaskujące się wrota krypty.

Smużka nicości, która niedawno była Drumem Billetem, zastanowiła się przez chwilę.

– Przecież ta mała będzie miała mnóstwo kłopotów.

TAKIE PRZECIEŻ JEST ŻYCIE. TAK MI MÓWIONO. NATURALNIE, SAM NIE MAM O TYM POJĘCIA.

– A co z reinkarnacją?

Śmierć zawahał się.

NIE SPODOBA CI SIĘ, stwierdził. UWIERZ MI NA SŁOWO.

– Słyszałem, że niektórzy robią to bez przerwy.

KONIECZNE JEST PRZESZKOLENIE. MUSISZ ZACZYNAĆ NISKO I POWOLI PRZESUWAĆ SIĘ CORAZ WYŻEJ. NIE MASZ POJĘCIA, JAKIE TO STRASZNE BYĆ MRÓWKĄ.

– Aż tak źle?

NIE UWIERZYŁBYŚ. A PRZY TWOJEJ KARMIE TRUDNO OCZEKIWAĆ AŻ MRÓWKI.

Dziecko wróciło do matki, a kowal posępnie wpatrywał się w ściekające z okapu kuźni krople wilgoci.

Drum Billet z roztargnieniem podrapał kota za uchem i pomyślał o swoim życiu. Trwało długo, co jest jednym z przywilejów zawodu maga. Dokonał wielu rzeczy, z których nie zawsze był dumny. Najwyższa już pora…

CZAS NAS GONI, przypomniał Śmierć.

Mag spojrzał w dół, na kota, i po raz pierwszy uświadomił sobie, jak dziwacznie wygląda zwierzę.

Żywi często nie zdają sobie sprawy z tego, jak skomplikowany jest świat, kiedy człowiek już umrze. To dlatego, że śmierć uwalnia umysł z kaftana bezpieczeństwa trzech wymiarów, a także odcina go od czasu, który w końcu jest tylko jeszcze jednym wymiarem. W związku z tym kot ocierający się o niewidzialne nogi maga był niewątpliwie tym samym kotem, którego mag widział kilka minut temu, ale całkiem wyraźnie był też maleńkim kociakiem, tłustym, na wpół ślepym kocurem i wszystkimi etapami pomiędzy nimi. Jednocześnie. Ponieważ zaczynał jako maleństwo, przypominał teraz białą, kotokształtną marchewkę. Ten opis musi wystarczyć, dopóki ludzie nie wprowadzą odpowiedniejszych czterowymiarowych przymiotników.

Kościsty palec Śmierci stuknął lekko Billeta w ramię.

CHODŹMY JUŻ, SYNU.

– Czy nic nie mogę zrobić?

ŻYCIE JEST DLA ŻYWYCH. ZRESZTĄ ZOSTAWIŁEŚ JEJ SWOJĄ LASKĘ.

– Tak, to prawda.

1-5_jpg

Akuszerka nazywała się Babcia Weatherwax. Była czarownicą. W Ramtopach nikomu to nie przeszkadzało i nikt nie mówił o czarownicach złego słowa. W każdym razie, jeśli chciał się rano zbudzić w tej samej postaci, w jakiej kładł się do łóżka.

Kowal spoglądał zadumany w deszcz. Czarownica zeszła po schodach i położyła mu pomarszczoną dłoń na ramieniu.

Podniósł głowę.

– Co robić, Babciu? – zapytał. W jego głosie zabrzmiała całkiem niechciana, błagalna nuta.

– Co zrobiłeś z magiem?

– Położyłem go w komórce na drewno. Można tak?

– Na razie wystarczy – potwierdziła. – A teraz musisz spalić laskę.

Oboje obejrzeli się na ciężką laskę, opartą o ścianę w najciemniejszym kącie kuźni. Zdawało się niemal, że się im przygląda.

– Przecież jest magiczna – wyszeptał kowal.

– No więc?

– Czy będzie się palić?

– Nie spotkałam jeszcze drewna, które by się nie paliło.

– Przecież tak nie można.

Babcia Weatherwax zatrzasnęła szerokie wrota i zmierzyła go groźnym wzrokiem.

– Wysłuchaj mnie, Gordo Kowalu! – rzekła. – Kobiety nie mogą być magami! To dla kobiet nieodpowiednia magia, te czary magów: same księgi, gwiazdy i gommetria. Ona nigdy się tego nie nauczy. Czy kto słyszał kiedy o magu-kobiecie?

– Są czarownice – stwierdził niepewnie kowal. – I podobno również czarodziejki.

– Czarownice to zupełnie inna sprawa – burknęła Babcia Weatherwax. – Ich magia pochodzi z ziemi, nie z nieba. Mężczyźni w życiu nie potrafią jej zrozumieć. A co do czarodziejek – dodała – to nie próbują być lepsze niż im wypada. Posłuchaj mojej rady: spal tę laskę, pochowaj ciało i pilnuj, żeby nic takiego się więcej nie powtórzyło.

Kowal niechętnie skinął głową, podszedł do paleniska i dmuchnął miechami, aż poleciały iskry. Potem wrócił po laskę.

Nie chciała się ruszyć.

– Nie chce się ruszyć!

Pot wystąpił mu na czoło, kiedy raz za razem szarpał za drewno. Pozostało niewzruszone.

– Daj, ja spróbuję – powiedziała Babcia i wyciągnęła rękę. Coś trzasnęło i zapachniało przypaloną cyną.

Pojękując cicho kowal przebiegł przez kuźnię do przeciwległej ściany, gdzie do góry nogami wylądowała Babcia.

– Dobrze się czujecie?

Jej oczy przypominały dwa błyszczące gniewnie diamenty.

– A więc to tak… – powiedziała. – Rozumiem.

– Co niby tak? – Kowal niczego nie rozumiał.

– Pomóż mi wstać, durniu jeden. I przynieś siekierę.

Ton jej głosu sugerował, że okazywanie nieposłuszeństwa byłoby posunięciem dalece nierozsądnym. Kowal przeszukał nerwowo stos złomu i po chwili znalazł stary dwuręczy topór.

– Dobrze. A teraz ściągaj fartuch.

– Dlaczego? Co chcecie zrobić? – przestraszył się kowal, który zaczynał już tracić kontakt z rzeczywistością.

Babcia westchnęła zniechęcona.

– To jest skóra, ty idioto. Mam zamiar owinąć nią uchwyt. Dwa razy nie dam się złapać na tę samą sztuczkę.

Kowal zrzucił ciężki skórzany fartuch i wręczył pokornie czarownicy. Owinęła stylisko i raz czy dwa na próbę machnęła toporem w powietrzu. Potem – pajęcza sylwetka w blasku gorejącego paleniska – podkradła się i stęknąwszy z wysiłku i emocji, uderzyła ciężkim ostrzem w sam środek laski.

Coś szczęknęło. Zabrzmiał dźwięk podobny do wrzasku kuropatwy. Potem głuchy stuk.

I cisza.

Nie poruszając głową kowal bardzo powoli uniósł rękę i dotknął ostrza topora. Nie tkwiło już na stylisku. Wbiło się we wrota, tuż obok jego głowy, przy okazji ścinając maleńki skrawek ucha.

Sylwetka Babci wydawała się lekko rozmyta od wibracji po uderzeniu w absolutnie nieruchomy obiekt. Wpatrywała się w odłamek drewna w ręku.

– Nnno dobbbbbrzrzrze – zająknęła się. – Wwww takiiimmm rrrazzzzie…

– Nie – przerwał jej stanowczo kowal. Potarł skaleczone ucho.

– Cokolwiek chcecie zaproponować, nie. Zostawcie to. Przysypię ją jakimiś śmieciami. Nikt nie zauważy. Zostawcie. Przecież to tylko kij.

– Tylko kij?

– A macie jakieś lepsze pomysły? Może taki, po którym nie stracę głowy?

Babcia spojrzała na laskę, która sprawiała wrażenie, jakby nie zwracała na nią uwagi.

– Nie w tej chwili – przyznała Babcia. – Ale daj mi tylko odrobinę czasu…

– Dobrze, dobrze. W każdym razie mam teraz trochę roboty, jakichś magów do pogrzebania… Sami wiecie, jak to jest.

Zza tylnych drzwi wyjął łopatę i zawahał się.

– Babciu…

– Co?

– Wiecie, jak lubią być chowani magowie?

– Tak!

– No to jak?

Babcia Weatherwax zatrzymała się u stóp schodów.

– Wcale!

Jakiś czas później łagodnie zapadła noc. Resztki powolnego światła Dysku spłynęły z doliny, a blady, spłukany deszczem księżyc zabłysnął na usianym gwiazdami niebie. W mrocznym sadzie obok kuźni rozlegały się z rzadka brzęki szpadla o kamień, a czasem stłumione przekleństwa.

W kołysce na pięterku pierwsza kobieta-mag tego świata śniła o czymś nieistotnym.

Biały kot drzemał na swojej osobistej półce niedaleko paleniska. W ciepłej, ciemnej kuźni jedynym dźwiękiem był trzask węgli stygnących pod popiołem.

Laska stała w kącie, tam gdzie chciała pozostać, otulona cieniami odrobinę bardziej czarnymi, niż zwykle bywają cienie.

Czas płynął, co jest w zasadzie jego obowiązkiem.

Coś brzęknęło cicho i poruszyło się powietrze. Po chwili kot usiadł i zaczął przyglądać się z zaciekawieniem.

1-5_jpg

Nadszedł świt. Tu, w Ramtopach, świt zawsze robi duże wrażenie, zwłaszcza kiedy burza oczyściła powietrze. Z doliny, gdzie leżała wieś Głupi Osioł, rozpościerała się panorama pomniejszych gór, zabarwionych purpurą i pomarańczem w zalewającym je z wolna porannym blasku (z wolna, ponieważ w silnym polu magicznym Dysku światło podróżuje w tempie raczej spacerowym). Dalekie równiny nadal były rozlewiskiem cienia. Jeszcze dalej słabą iskierką rozbłyskiwało czasem morze.

Właściwie roztaczał się stąd widok aż do krańca świata.

Nie była to poetycka metafora, ale realny fakt, jako że świat był zdecydowanie płaski. Wiadomo też, że płynął w kosmosie na grzbietach czterech słoni, które z kolei podróżowały na skorupie Wielkiego A’Tuina, Ogromnego Żółwia Niebios.

W dolinie wioska Głupi Osioł budziła się do życia. Kowal wszedł właśnie do kuźni i stwierdził, że jest wysprzątana lepiej niż przez ostatnie kilkaset lat, wszystkie narzędzia leżą na właściwych miejscach, ktoś zamiótł podłogę, a w palenisku płonie ogień. Kowal siedzi teraz na kowadle, przeniesionym na drugi koniec izby, obserwuje laskę i usiłuje myśleć.

1-5_jpg

Przez całe siedem lat nic się właściwie nie wydarzyło. Tylko jedna z jabłoni w sadzie obok kuźni urosła wyraźnie wyższa od pozostałych. Często wspinała się na nią dziewczynka ze szparą między przednimi zębami, o kasztanowych włosach i rysach twarzy obiecujących, że w przyszłości stanie się, jeśli nawet nie piękna, to przynajmniej atrakcyjnie interesująca.

Nazwano ją Eskarina – bez szczególnego powodu. Po prostu jej matce spodobało się brzmienie tego słowa. Babcia Weatherwax obserwowała ją pilnie, nie zauważyła jednak żadnych znaków działania magii. To prawda, dziewczynka częściej, niż zwykle dziewczynki wspinała się na drzewa i w ogóle dokazywała, ale takiej, która ma w domu tylu braci, wiele można wybaczyć. Czarownica uspokoiła się zatem i zaczynała już wierzyć, że magia nie zapuściła korzeni.

Magia jednak ma w zwyczaju czekać w ukryciu niby grabie leżące w trawie.

1-5_jpg

Znowu nadeszła zima i była ostra. Chmury niczym wielkie tłuste owce zawisły nad Ramtopami. Zasypywały kotliny śniegiem, a lasy zmieniały w milczące, mroczne groty. Przełęcze były nieprzejezdne i karawany miały powrócić dopiero na wiosnę. Głupi Osioł stała się niewielką wysepką ciepła i światła.

– Martwię się o Babcię Weatherwax – odezwała się przy śniadaniu matka Esk. – Nie widziałam jej ostatnio.

Kowal spojrzał na nią ponad łyżką owsianki.

– Ja tam nie narzekam – stwierdził. – Ona…

– Ona ma długi nos – wtrąciła Esk.

Rodzice zmierzyli ją gniewnymi spojrzeniami.

– Nikt cię nie prosił o takie uwagi – oświadczyła surowo matka.

– Ale tato powiedział, że ona stale wtyka swój…

– Eskarino!

– Przecież mówił…

– Powiedziałam!

– Tak, ale tato mówił, że…

Kowal wyciągnął rękę i dał jej klapsa. Niezbyt mocno, zresztą natychmiast zrobiło mu się przykro. Synowie dostawali ręką albo pasem, kiedy tylko zasłużyli na lanie. Problem z córką nie polegał na zwykłym nieposłuszeństwie, ale na jej irytującym zwyczaju drążenia tematu dyskusji długo po tym, kiedy powinno się go już zakończyć. Kowala zawsze doprowadzało to do pasji.

Dziewczynka wybuchnęła płaczem. Kowal wstał, zły na siebie i zakłopotany. Głośno tupiąc pomaszerował do kuźni.

Rozległ się trzask i głuchy stuk.

Znaleźli go nieprzytomnego na podłodze. Potem utrzymywał, że uderzył głową o framugę drzwi. To dziwne, ponieważ nie był zbyt wysoki i zawsze swobodnie pod nimi przechodził. Był jednak całkowicie pewien, że cokolwiek się zdarzyło, nie miało żadnego związku z podejrzanym błyskawicznym poruszeniem w najciemniejszym kącie kuźni.

Wydarzenia naznaczyły jakoś ten dzień. Stał się dniem potłuczonych naczyń, dniem ludzi wchodzących sobie w drogę i trapionych złym humorem. Mama Esk upuściła dzbanek, który należał jeszcze do jej babki, a na stryszku nadgniła cała skrzynka jabłek. W kuźni ogień nie chciał się rozpalić, a komin nie ciągnął. Jaims, najstarszy syn, pośliznął się na drodze i zwichnął rękę. Biały kot, czy może jeden z jego potomków, jako że koty prowadziły własne, dyskretne i skomplikowane życie w stodole obok kuźni, wlazł do komina nad kuchnią i nie chciał wyjść. Nawet niebo przygniatało wszystkich niczym stary materac, a powietrze mimo mrozu wydawało się duszne.

– Dość już tego! Mam dosyć! – krzyknęła mama Esk. – Cern, ty z Gultą i Esk moglibyście sprawdzić, jak się czuje Babcia i… gdzie Esk?

Dwaj najmłodsi chłopcy wyjrzeli spod stołu, gdzie bili się bez przekonania.

– Poszła do sadu – wyjaśnił Gulta. – Znowu.

– No to zawołaj ją i ruszajcie.

– Ale jest zimno!

– Zaraz będzie padać śnieg!

– To tylko mila, droga jest czysta, a jak spadł pierwszy śnieg, to kto tak się wyrywał na dwór? Idźcie już i nie wracajcie, dopóki się nie uspokoicie.

Znaleźli Esk w rozwidleniu konarów wielkiej jabłoni. Chłopcy nie lubili tego drzewa. Przede wszystkim tak gęsto porastała je jemioła, że nawet zimą było zielone. Poza tym dawało owoce małe, które jednego dnia były tak kwaśne, że aż wykrzywiały, a następnego już przegniłe i atrakcyjne tylko dla much. Wydawało się, że na jabłoń łatwo się wspiąć, ale miała zwyczaj łamania gałęzi pod stopami w najbardziej nieodpowiednich momentach. Cern przysięgał, że kiedyś konar odwrócił się, żeby go zrzucić na ziemię. Drzewo tolerowało Esk, która wspinała się na nie, kiedy była zła, zmęczona albo zwyczajnie chciała zostać sama. Chłopcy wyczuwali, że święte braterskie prawo do łagodnego dręczenia siostry ulega u stóp pnia zawieszeniu.

Dlatego teraz tylko rzucili w Esk śnieżką. Nie trafili.

– Idziemy w odwiedziny do starej Weatherwax.

– Ale ty możesz zostać.

– Bo będziesz się wlec za nami, a zresztą i tak się pewnie rozpłaczesz.

Esk z powagą spojrzała na nich z góry. Rzadko płakała – zwykle nie przynosiło to efektów.

– Jeśli nie chcecie, żebym poszła, to pójdę – oświadczyła.

Między rodzeństwem takie wnioski uchodzą za logiczne.

– Ależ chcemy, żebyś poszła – zapewnił pospiesznie Gulta.

– Miło mi to słyszeć.

Esk zeskoczyła na ubity śnieg.

Zabrali ze sobą kosz z wędzoną kiełbasą, jajkami oraz – ponieważ matka była osobą nie tylko wielkoduszną, ale i gospodarną – wielki słój brzoskwiniowych konfitur, których nikt w rodzinie specjalnie nie lubił. Ale i tak przygotowywała je co roku, kiedy dojrzewały drobne dzikie brzoskwinie.

Mieszkańcy Głupiego Osła umieli sobie radzić podczas surowych zim. Ustawiali deski wzdłuż dróg, żeby chronić je od zasp, a co ważniejsze, żeby chronić podróżnych przed zabłądzeniem. Dla miejscowych nie było to szczególnie niebezpieczne, gdyż jakiś zapoznany geniusz z rady wioski, żyjący przed kilkoma pokoleniami, wpadł na pomysł wycinania znaczników na co dziesiątym drzewie w okolicznym lesie, w promieniu prawie dwóch mil. Trwało to całe wieki i odnawianie ich zawsze dostarczało zajęcia każdemu, kto znalazł wolną chwilę. Jednak podczas zimy, kiedy przy zawiei człowiek może się zgubić o kilka sążni od domu, wymacywane pod śniegiem nacięcia wielu już ocaliły życie.

Śnieg znów zaczął padać, kiedy dzieci zeszły z drogi na ścieżkę prowadzącą do miejsca, gdzie latem chatka czarownicy wznosiła się wśród gąszczu jeżyn i kęp dziwacznej czarciej trawy.

– Żadnych śladów – zauważył Cern.

– Oprócz lisich – dodał Gulta. – Ona podobno może się zamienić w lisa. Albo w coś innego. Nawet w ptaka. We wszystko. Dlatego zawsze wie, co się dzieje.

Rozejrzeli się czujnie. Rzeczywiście, nastroszony kruk obserwował ich z oddalonego pniaka.

– Słyszałem, że pod Pękniętym Szczytem żyje rodzina, w której wszyscy umieją się zmieniać w wilki – poinformował Gulta. Nie chciał porzucać tak obiecującego tematu. – Którejś nocy ktoś postrzelił wilka, a następnego dnia ich ciotka kulała i miała ranę od strzały w nodze. I…

– Nie wierzę, żeby ludzie mogli się zmieniać w zwierzęta – oświadczyła wolno Esk.

– Nie, panno Mądralińska?

– Babcia jest całkiem spora. Gdyby zmieniła się w lisa, co by zrobiła ze wszystkimi kawałkami, które by się nie zmieściły?

– Zaczarowałaby je – wyjaśnił Cern.

– Nie sądzę, żeby tak działała magia – powiedziała Esk. – Nie można tak po prostu czegoś sprawić. To… to jak na huśtawce: kiedy jeden koniec pchniesz w dół, drugi wyskakuje do góry…

Umilkła.

Bracia spojrzeli na nią z wyższością.

– Nie wyobrażam sobie Babci na huśtawce – oświadczył Gulta.

Cern zachichotał.

– Nie… Chciałam powiedzieć, że… kiedy coś się zdarza, musi się też wydarzyć coś innego… Tak myślę – zakończyła niepewnie Esk, ostrożnie wybierając drogę między głębszymi niż zwykle zaspami. – Tyle że… no… w drugą stronę.

– To głupie – ocenił Gulta. – Pamiętasz jarmark latem? Był tam czarodziej i wyczarowywał ptaki z niczego. Rozumiesz, to się po prostu działo: powiedział jakieś zaklęcie, pomachał rękami i już. Nie było żadnych huśtawek.

– Była karuzela – przypomniał Cern. – I takie miejsce, gdzie trzeba rzucać różnymi rzeczami w różne inne rzeczy, żeby wygrać jeszcze inne różne rzeczy. A ty do niczego nie trafiłeś, Gul.

– Ty też nie. Mówiłeś, że te rzeczy są przyklejone do tych innych rzeczy i nie można ich strącić. Tak powiedziałeś.

Ich rozmowa zeszła z tematu niczym para szczeniaków ze ścieżki. Esk słuchała jednym uchem. Wiem, o co mi chodzi, powiedziała sobie. Magia jest łatwa: wystarczy znaleźć miejsce, gdzie wszystko się równoważy, i pchnąć. Każdy może to zrobić. Nie ma w tym nic magicznego. Wszystkie te śmieszne słowa i machanie rękami to tylko… to dla…

Przystanęła zdziwiona. Wiedziała, o co chodzi. Myśl zawisła tuż obok, tuż przed jej umysłem. Ale nie potrafiła wyrazić jej słowami, nawet mówiąc do siebie.

To straszne uczucie, odkryć w głowie jakąś myśl i nie wiedzieć, skąd się wzięła. To…

– Chodź, bo stracimy cały dzień.

Potrząsnęła głową i pobiegła za braćmi.

Chatka czarownicy składała się z tylu przybudówek i szop, że trudno było się domyślić, jak wyglądał główny budynek, a nawet czy w ogóle taki istniał. Latem otaczały ją gęste zagony czegoś, co Babcia ogólnie nazywała „Ziołami” – niezwykłych roślin, rozgałęzionych, niskich albo pnących, z dziwnymi kwiatami, jaskrawymi owocami czy nieprzyjemnie nabrzmiałymi strąkami. Tylko Babcia wiedziała, do czego mogą służyć, a każdy gołąb dostatecznie głupi, żeby się na nie rzucić, wychodził z gąszczu chichocząc do siebie i wpadając na przeszkody. A czasami nigdy się nie wynurzał.

Teraz wszystko pokrywał śnieg. Smętny rękaw wskaźnika wiatru obijał się o słup. Babcia nie przepadała za lataniem, ale niektóre jej przyjaciółki nadal używały mioteł.

– Wygląda na opuszczony – stwierdził Cern.

– Nie widać dymu – dodał Gulta.

Okna są jak oczy, pomyślała Esk, ale zachowała to dla siebie.

– To przecież tylko chata Babci – powiedziała głośno. – Nie ma w niej nic strasznego.

Domek emanował pustką. Cała trójka to wyczuwała. Okna rzeczywiście przypominały oczy, czarne i groźne na białym śnieżnym tle. W dodatku nikt w Ramtopach nie dopuszczał, by zimą w palenisku wygasł ogień. Była to kwestia honoru.

„Wracajmy do domu”, chciała zaproponować Esk, ale zdawała sobie sprawę, że chłopcy przystaliby na to natychmiast. Dlatego powiedziała tylko:

– Mama mówiła, że klucz do drzwi wisi na gwoździu w wygódce. To nie był dobry pomysł. Nawet zwyczajna nieznana wygódka kryje w sobie pewne zagrożenia, na przykład gniazda szerszeni, wielkie pająki, tajemnicze rzeczy szeleszczące na dachu, czy wręcz małego niedźwiedzia pogrążonego w zimowym śnie. Stał się on powodem ostrego zatwardzenia u wszystkich członków rodziny kowala, dopóki nie przekonano go, że do spania lepsza jest stodoła.

W wygódce czarownicy może się znaleźć… wszystko.

– Pójdę i rozejrzę się, dobrze? – dodała.

– Jeśli chcesz – zgodził się od niechcenia Gulta, niemal skutecznie kryjąc uczucie ulgi.

Okazało się, kiedy Esk zdołała jakoś otworzyć zasypane śniegiem drzwi, że wygódka jest czysta i nie ma w niej niczego groźniejszego od starego almanachu. A dokładniej połowy starego almanachu, starannie zawieszonego na gwoździu. Babcia miała filozoficzne obiekcje dotyczące czytania, ale na pewno nie zgodziłaby się z tezą, że książki nie nadają się do niczego. Zwłaszcza książki z ładnymi, cienkimi kartkami.

Klucz leżał na półce przy drzwiach obok poczwarki i ogarka świecy. Esk wzięła go ostrożnie, żeby nie drażnić poczwarki, po czym biegiem wróciła do chłopców.

Nie warto było sprawdzać drzwi frontowych. W Głupim Ośle przechodziły przez nie jedynie panny młode i trupy. Babcia starała się nie być ani jednym, ani drugim. Na tyłach domu zaspa blokowała drzwi kuchenne i nikt nie rozbił lodu na wodzie w beczce.

Światło spływało już z nieba, zanim dokopali się do drzwi i przekonali klucz do wykonania obrotu.

Wewnątrz wielka kuchnia była ciemna i zimna, i pachniała wyłącznie śniegiem. Ciemno było tu zawsze, jednak przyzwyczaili się do widoku ognia na szerokim kominku i ciężkich aromatów tego, co akurat Babcia gotowała, a co czasami sprowadzało ból głowy, a czasami wizje.

Kręcili się niepewnie dookoła i nawoływali, aż Esk doszła do wniosku, że nie da się dłużej odkładać wejścia na górę. Trzask skobla przy drzwiach na schody zabrzmiał o wiele głośniej niż powinien.

Babcia leżała w łóżku, ciasno obejmując rękami piersi. Małe okienko było otwarte na oścież. Drobny śnieg pokrywał podłogę i łóżko.

Esk wpatrywała się w pikowaną kołdrę pod ciałem staruszki, ponieważ zdarzają się takie chwile, kiedy jakiś drobny szczegół potrafi rozrosnąć się i wypełnić cały świat. Właściwie nie słyszała, jak Cern zaczął płakać; przypomniała sobie, że jej ojciec – choć zabrzmi to dziwnie – sam uszył tę kołdrę dwie zimy temu, kiedy śnieg napadał prawie tak samo głęboko i w kuźni nie było nic do roboty. Wykorzystał przeróżne gałgany, które przywędrowały do Głupiego Osła z całego świata: takie jak jedwab, dylematowa skóra, wodna bawełna i wełna thargi. A że nie był dobrym krawcem, rezultat otrzymał dość dziwny i nierówny, bardziej przypominający płaskiego żółwia niż kołdrę, więc mama postanowiła wielkodusznie podarować ją Babci w ostatnią Noc Strzeżenia Wiedźm, i…

– Czy ona umarła? – zapytał Gulta, jak gdyby Esk była w tych sprawach ekspertem.

Esk przyjrzała się Babci Weatherwax. Twarz staruszki zdawała się sina i wychudła. Czy tak wyglądają nieżywi? Czy jej pierś nie powinna unosić się rytmicznie?

Gulta wziął się w garść.

– Za chwilę zrobi się całkiem ciemno, musimy natychmiast iść i kogoś sprowadzić… – oświadczył. – Ale Cern zostanie tutaj.

Brat spojrzał na niego ze zgrozą.

– Po co? – zapytał.

– Ktoś musi czuwać przy umarłych – wyjaśnił Gulta. – Pamiętasz, jak umarł wujek Derghart, a tato musiał przez całą noc siedzieć przy nim ze świecami i w ogóle? Inaczej przyszłoby coś paskudnego i zabrało jego duszę do… gdzieś – zakończył niepewnie.

– I ludzie wtedy wracają i straszą.

Cern otworzył usta, jakby znowu miał się rozpłakać.

– Ja zostanę – wtrąciła szybko Esk. – Nie boję się. To przecież Babcia.

Gulta odetchnął z ulgą.

– Zapal jakieś świece albo co – poradził. – Chyba tak trzeba. A potem…

Coś zaszeleściło na parapecie – to kruk wylądował i mrugał na nich podejrzliwie. Gulta krzyknął i cisnął w ptaka swoją czapką. Kruk odleciał kracząc z wyrzutem, a chłopiec zamknął okno.

– Widziałem go już – stwierdził. – Babcia go chyba karmi… Karmiła – poprawił się. – W każdym razie niedługo wracamy z ludźmi. Raz dwa to załatwimy. Chodź, Ce.

Tupiąc zbiegli po schodach. Esk odprowadziła ich do wyjścia i zaryglowała drzwi. Słońce zmieniło się w czerwoną kulę między szczytami gór, a na niebie błysnęły pierwsze gwiazdy. Esk poszperała w kuchni i znalazła kawałek łojówki i pudełko z hubką. Po wielu wysiłkach udało jej się zapalić świecę i ustawić ją na stole. Właściwie wcale nie oświetlała izby. Zaludniła jedynie mrok cieniami. Esk znalazła stary Babciny fotel na biegunach i usiadła przy zimnym kominku. Czekała.