Piramidy - Terry Pratchett

Piramidy

0,0

Djelibeybi - starożytne królestwo w dolinie rzeki... Teppic - powracający z dalekiego

Ankh-Morpork, by zasiąść na tronie... Dios - najwyższy kapłan... I piramidy.

Najlepsza książka Pratchetta od czasu poprzedniej. A w niej: dlaczego matematyka rozwija się w krajach gorących, co robią piramidy oprócz ostrzenia żyletek, co rabują piraci, co myślą umarli, dlaczego żółwie nienawidzą filozofii a kozy - religii.

Dodaj komentarz


Jest to kolejny tom serii Świat Dysku. Historia, tak jak wskazuje na to tytuł, jest obrazem Egiptu w oczach sir Terry’ego Pratchetta. Bardzo zabawne, obfitujące wręcz w inteligentny humor ciekawe przedstawienie. Nie wszystko jednak mi się podobała – pojawiło się trochę zgrzytów w zachowaniach bohaterów, co niestety czasem wybijało mnie z czytelniczego rytmu. Myślę jednak, że fanom może się spodobać. Mnie jednak niekoniecznie.


To siódma odsłona Świata Dysku. Tym razem powieść nie jest bezpośrednio związana z żadnym cyklem z jakimi czytelnik zetknął się wcześniej w świecie stworzonym przez autora. Nie oznacza to, że jest źle. Wręcz przeciwnie. Niecodzienne i humorystyczne spojrzenie pisarza na starożytny Egipt, jakie funkcje spełniają piramidy, dziedzictwo faraonów i zdolności wielbłądów rozbawi nie jednego odbiorcę. Świetna pozycja z nurtu humorystycznej fantasy. Polecam.


Siódmy z kolei tom Świata Dysku. Terry Pratchett jak zwykle oddaje nam książkę pełną humoru, z dużą dawką absurdu i magii. Ksiązkę czyta się bardzo przyjemnie, jest to zupełnie inne spojżenie na starożytny Egipt. powieśc obfituje jak zwykle w niesamowite postacie m. in. inteligentne wielbłądy czy żywe mumie, a także w niesamowite miejsca. Ciekawe wytłumaczenie tego co znajdyje się w piramidach. Terry Pratchett jak zwykle świetnie, barwnie i inteligentnie opisuje świat, do którego wraca się z przyjemnością


Humorystyczne spojrzenie na starożytny Egipt. Ożywające mumie, matematycznie uzdolnione wielbłądy (ukrywają jednak swoje zdolności), energia magiczna i przeskakiwanie między wymiarami dzięki... piramidom. Opowieść pełna charakterystycznego humoru (jak większość książek autora), ale nie pozbawiona zaskakującej akcji. Lektura obowiązkowa dla każdego fana gustującego w inteligentnej fantasy humorystycznej (nie tylko dla miłośników twórczości pisarza). Jedna z moich ulubionych części (mam nawet w książce autograf sir Pratchetta).


Kolejna z książek Terry’egoPratchetta, która nie zawodzi pokładanych w niej nadziei. Zaskakujące, jak zabawne potrafią być te książki, mimo iż jest ich już aż tyle. Tym razem autor postanowił porzuć znane środowisko Ankh-Morpork i zaprezentować czytelnikowi swoją wersję historii o piramidach i faraonach. Jak zwykle jest przezabawnie, intrygująco i interesująco. Powieść dobra dla wszystkich, którzy chcieliby poprawić sobie humor.


Bardzo, bardzo, bardzo dobra książka. Nawet jak na Pratchetta. Zdecydowanie polecam przeczytać!


"Najlepsza książka Pratchetta od czasu poprzedniej." - dokładnie tak! Cała esencja wrażeń z tej książki może zostać zawarta w tym jednym krótki zdaniu. Na każdą kolejna książkę autora czeka się z niecierpliwością i każda kolejna jest satysfakcjonująca.


Kolejny świetny tom, ale dla odmiany nie o Ankh-Morpork. Dla mnie bomba! Taka zmiana raz na jakiś czas jest bardzo potrzebna, a Pratchett bez trudu odnajduje się w innej krainie Świata Dysku.


Chyba najśmieszniejsza książka Pratchetta. Jego sposób postrzegania świata zadziwia mnie i do tej pory nie mogę się wyzbyć tego, że przez niego pewnego dnia oszaleję.


Świat Dysku to nie tylko Ankh-Morpork. Tym razem autor bierze "na tapetę" piramidy. Powiązanie tych budowli i źródła mocy "faraonów" bezcenne.


"Ty Draniu" to piękne imię dla wielbłąda w kraju bardzo przypominającym starożytny Egipt. Ale w Świecie Dysku jak zwykle nic nie jest takie jak się wydaje. Warto sprawdzić samemu :)
Uprzedzam tylko, że jest to jedna z "osobnych" powieści. poza głównym nurtem związanym z Ankh-Morpork.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

1-1_jpg
1-2_jpg
1-3_jpg

Tytuł oryginału:

PYRAMIDS

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 1989

First published by Victor Gollancz Ltd, London.

Projekt okładki:

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce:

Josh Kirby

Redakcja:

Jacek Ring

Redakcja techniczna:

Elżbieta Babińska

Korektor:

Michał Załuska

Skład komputerowy:

Anna Pianka

ISBN 978-83-7648-726-7

Fantastyka

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

Skład wersji elektronicznej:

Michał Nakoneczny

Virtualo Sp. z o.o. virtualo.eu

Virtualo Sp. z o.o.

CZĘŚĆ I
Księga Wyjścia

1-4_jpg

Nic tylko gwiazdy, rozsypane w mroku, jakby Stwórca rozbił szybę w swoim samochodzie i nie zatrzymał się, żeby zmieść odłamki.

To otchłań między wszechświatami, lodowata głębia kosmosu, zawierająca jedynie z rzadka jakąś przypadkową molekułę, kilka zagubionych komet i…

…krąg czerni przesuwa się lekko, oko na nowo ocenia perspektywę, i to, co wydawało się niezmierzoną dalą międzygwiezdnej… czegoś międzygwiezdnego, staje się światem okrytym nocą, a jego gwiazdy to światła tego, co litościwie nazwiemy cywilizacją.

Świat sunie leniwie i okazuje się, że jest on światem Dysku – płaskim, okrągłym, niesionym przez kosmos na grzbietach czterech słoni, stojących z kolei na skorupie Wielkiego A’Tuina, jedynego żółwia, który figuruje na diagramie Hertzsprunga-Russella, żółwia długiego na dziesięć tysięcy mil, obsypanego szronem martwych komet, z krostami kraterów meteorytowych i oczami mającymi albedo. Nikt nie zna przyczyny tego stanu rzeczy, ale prawdopodobnie jest kwantowa.

Wiele z tego, co dziwne, może się zdarzyć w świecie jak ten, umieszczonym na grzbiecie żółwia.

Już się zdarza.

Gwiazdy w dole to ogniska na pustyni i światełka małych wiosek w wysokich górach. Miasteczka to niewyraźne mgławice, miasta to ogromne konstelacje. Wielkie, rozległe miasto Ankh-Morpork, na przykład, błyszczy jak zderzające się galaktyki.

Tu jednak, z dala od głównych skupisk ludności, gdzie Okrągłe Morze styka się z pustynią, błyszczy linia zimnego błękitnego ognia. Ku niebu wzoszą się płomienie lodowate jak zbocza Piekła. Upiorne światło migocze na piasku.

To piramidy w starożytnej dolinie Djelu oddają w ogniu swoją moc.

Energia spływająca z ich parakosmicznych wierzchołków może – w dalszych częściach – rozjaśnić wiele tajemnic: dlaczego żółwie nienawidzą filozofii, dlaczego przesadna religijność źle wpływa na kozy i co naprawdę robią podręczne.

Z pewnością wyjawi, co nasi przodkowie by pomyśleli, gdyby żyli do dzisiaj. Ludzie współcześni często spekulują na ten temat. Czy podobałoby im się nowoczesne społeczeństwo, pytają; czy zachwyciłyby ich nasze zdobycze? Oczywiście, pomija to kluczowe zagadnienie. Nasi przodkowie, gdyby żyli do dzisiaj, myśleliby: „Dlaczego tu jest tak ciemno?”

1-6_jpg

Najwyższy kapłan Dios otworzył oczy w chłodzie poranka. Od pewnego czasu prawie nie sypiał. Nie pamiętał już, kiedy spał po raz ostatni. Sen był zbyt podobny do tego drugiego stanu, a zresztą i tak go nie potrzebował. Wystarczyło trochę poleżeć – a w każdym razie poleżeć tutaj. Trucizny zmęczenia znikały jak wszystko pozostałe. Na pewien czas.

Ale czas dostatecznie długi.

Zsunął nogi z płyty w swojej małej komorze. Niemal bez świadomego ponaglenia mózgu, prawa dłoń chwyciła oplecioną wężami laskę, symbol jego urzędu. Dios zatrzymał się jeszcze, by wydrapać kolejny znak na ścianie, owinął się szatą i dziarsko ruszył pochylonym korytarzem na zewnątrz. W myślach układały się już słowa Inwokacji Nowego Słońca. Noc minęła, nadchodził dzień. Wiele rad i wskazówek czekało, by ich udzielił, a Dios żył tylko po to, by służyć.

Dios nie miał najdziwniejszej sypialni na świecie. Była to jedynie najdziwniejsza sypialnia, z której ktokolwiek wyszedł.

1-6_jpg

Słońce sunęło po niebie.

Wielu ludzi zastanawia się, dlaczego to robi. Niektórzy sądzą, że popycha je gigantyczny skarabeusz. Temu wyjaśnieniu brakuje jednak pewnej technicznej dokładności. Ma także tę wadę, że – jak wykażą niektóre wydarzenia – może być w istocie prawdziwe.

Słońce dotarło do zachodu i nic szczególnie nieprzyjemnego mu się nie zdarzyło1, a jego przygasające promienie przypadkiem błysnęły przez okno w mieście Ankh-Morpork i odbiły się od lustra.

Było to lustro wysokości człowieka. Wszyscy skrytobójcy mają w pokojach takie duże lustra, ponieważ byłoby dla człowieka straszliwą obrazą, gdyby został zabity przez kogoś nieodpowiednio ubranego.

Teppic przyjrzał się sobie krytycznie. Wszystkie pieniądze wydał na kostium z czarnego jedwabiu. Kostium szeleścił bardzo cicho przy każdym ruchu. Był całkiem niezły.

Przynajmniej ból głowy ustawał. Dręczył dziś Teppica od samego rana i chłopak bał się, że wystartuje do biegu i fioletowe plamki będą mu migać przed oczyma.

Westchnął, otworzył czarne puzderko, wyjął pierścienie i wsunął je na palce. Inne pudełko mieściło w sobie zestaw noży z klatchiańskiej stali, o ostrzach przyczernionych kopciem z lampy. Rozmaite chytre i skomplikowane aparaty wysupłał z aksamitnych mieszków i wsunął do kieszeni. Dwa tlingas o długich ostrzach, służące do rzucania, trafiły do pochewek w butach. Cienką jedwabną linę ze składaną kotwiczką Teppic owinął wokół pasa, na kolczudze. Dmuchawkę na skórzanym rzemieniu zawiesił na plecach i ukrył pod płaszczem. Zabrał też cienki metalowy pojemnik z kompletem strzałek; ich ostrza były zabezpieczone korkiem, a drzewca oznaczone kodem Braille’a dla łatwej identyfikacji w ciemności.

Skrzywił się, sprawdził klingę rapiera i zawiesił go na bandolecie przerzuconym przez prawe ramię, by zrównoważyć ciężar worka ołowianej amunicji do procy. Po namyśle otworzył szufladę komody, wyjął pistoletową kuszę, buteleczkę oliwy, zestaw wytrychów, a po krótkim wahaniu dodał też sztylet, mieszek różnych rozmiarów kolczastych kulek i kastet.

Sięgnął po kapelusz, sprawdził, czy pod podszewką znajduje się kawałek drutu. Potem wcisnął go zawadiacko na głowę, po raz ostatni z satysfakcją spojrzał w lustro, odwrócił się na pięcie i bardzo powoli upadł na podłogę.

1-6_jpg

W Ankh-Morpork trwało upalne lato. Właściwie było nawet bardziej niż upalne. Było cuchnące.

Wielka rzeka zmieniła się w gęstą jak lawa maź pomiędzy Ankh, częścią miasta z lepszymi adresami, i Morpork na drugim brzegu. Morpork nie miało dobrych adresów. Morpork było miastem bliźniaczym dołu ze smołą. Niewiele można było uczynić, by zmienić Morpork w gorsze miejsce. Bezpośrednie trafienie meteorytem, na przykład, zostałoby uznane za renowację.

Większą część rzecznego koryta pokrywała warstwa popękanego, zaschniętego błota. Za dnia słońce przypominało wielki miedziany gong przybity do nieba. Żar, który wysuszył rzekę, smażył miasto za dnia i dopiekał nocą, przypalał stare deski, zmieniał tradycyjne uliczne błoto w drobny, duszący pył koloru ochry.

Taka pogoda nie była typowa dla Ankh-Morpork. Ze swej natury miasto miało bowiem skłonności do mgieł i mżawek, deszczów i chłodów. Teraz dyszało ciężko niby ropucha na piecu. I nawet w tej chwili, koło północy, upał nie zelżał, okrywając ulice niczym zwęglony aksamit, przypalając powietrze i tłumiąc oddech.

Wysoko na północnej ścianie budynku Gildii Skrytobójców zabrzmiało ciche szczęknięcie i jedno z okien stanęło otworem.

Teppic, który z ciężkim sercem pozbył się co bardziej masywnych elementów uzbrojenia, głęboko wciągnął do płuc gorące, stęchłe powietrze.

Nadszedł czas.

Nadeszła ta noc.

Mówili, że człowiek ma jedną szansę na dwie, chyba że egzaminatorem będzie stary Mericet, gdyż wtedy równie dobrze można od razu poderżnąć sobie gardło.

Mericet w każdy czwartek po południu wykładał Strategię i Teorię Trucizn, a Teppic nie radził sobie z tym najlepiej. Internaty aż szumiały od plotek o Mericecie, o liczbie zabójstw, o niesamowitej technice… W swoim czasie Mericet pobił wszelkie rekordy. Podobno zabił nawet Patrycjusza Ankh-Morpork. Nie obecnego, ma się rozumieć. Jednego z nieżyjących.

Może uda się trafić na Nivora, który był wesoły i gruby, lubił dobrze zjeść, a we wtorki prowadził Pułapki i Zapadnie. Teppicowi dobrze wychodziły pułapki i mistrz go lubił. A może przyjdzie Kompt de Yoyo od Języków Współczesnych i Muzyki. Teppic nie miał uzdolnień w żadnym z tych kierunków, ale Kompt był także zapalonym wspinaczem i lubił chłopców, którzy dzielili z nim entuzjazm dla wiszenia na jednej ręce wysoko ponad ulicami miasta.

Teppic postawił nogę na parapecie, odwinął linę z kotwiczką, zaczepił ją o rynnę dwa piętra wyżej i wyśliznął się za okno.

Żaden skrytobójca nigdy nie korzysta ze schodów.

1-6_jpg

Nadeszła chyba właściwa chwila, by – dla uzasadnienia ciągłości akcji i późniejszych wydarzeń – poinformować, że największy matematyk świata Dysku leżał w tej chwili i spokojnie jadł kolację. Interesujące jest to, że ze względu na swoją przynależność gatunkową, matematyk jadł na kolację swój obiad.

1-6_jpg

Dzwony w całym Ankh-Morpork wybiły północ, gdy Teppic wspiął się na ozdobny parapet cztery piętra nad ulicą Filigranową. Serce biło mu mocno.

Ostatnie resztki blasku po zachodzie słońca oświetlały jakąś ciemną sylwetkę. Teppic zatrzymał się obok wyjątkowo obrzydliwego gargulca i rozważył sytuację.

Praktycznie pewna klasowa plotka głosiła, że inhumacja egzaminatora przed testem automatycznie gwarantuje dyplom. Chłopiec wysunął z pochwy na udzie nóż numer trzy i ostrożnie zważył go w dłoni. Oczywiście, każda próba, każdy pochopny ruch, który chybiał, powodował natychmiastową porażkę i utratę przywilejów2.

Sylwetka stała w absolutnym bezruchu. Teppic spojrzał na labirynt kominów, gargulców, otworów wentylacyjnych, mostków i drabin, tworzących dachową scenerię miasta.

No tak, myślał. To jakaś kukła. Liczy, że ją zaatakuję, a to oznacza, że obserwuje mnie skądś.

Czy potrafię go znaleźć? Nie.

Z drugiej strony, może właśnie mam pomyśleć, że to kukła. Chyba że o tym też pomyślał…

Zabębnił palcami o gargulca i szybko się opanował. Co w takiej sytuacji dyktuje rozsądek?

Daleko w dole hałaśliwa grupa, zataczając się, przeszła przez kałużę blasku na ulicy.

Teppic schował nóż i wstał.

– Sir – oznajmił głośno. – Jestem.

– Doskonale – odpowiedział niezbyt wyraźnie oschły głos tuż koło jego ucha.

Teppic patrzył prosto przed siebie. Mericet pojawił się przed nim, ścierając w kościstej twarzy szary pył. Wyjął z ust kawałek rurki, odrzucił ją i sięgnął pod płaszcz po notatnik. Mimo upału był grubo opatulony. Mericet należał do ludzi, którzy marzną nawet we wnętrzu wulkanu.

– Aha – mruknął. Jego głos wyrażał głęboką dezaprobatę. – Pan Teppic. Dobrze.

– Piękna noc, sir – rzekł Teppic.

Egzaminator rzucił mu lodowate spojrzenie, sugerujące, że uwagi o pogodzie natychmiast zyskują punkt ujemny. Zanotował coś.

– Najpierw kilka pytań – oznajmił.

– Jak pan sobie życzy, sir.

– Jaka jest maksymalna dopuszczalna długość noża do rzutów? – warknął Mericet.

Teppic zamknął oczy. Przez ostatni tydzień czytał jedynie Cordat; teraz widział właściwą stronicę, płynącą kusząco tuż pod powiekami. Nigdy nie pytają o długości i ciężary, powtarzali studenci. Liczą, że wykujesz na blachę długości, ciężary i odległości rzutów, ale nigdy…

Groza zwarła obwody mózgu i pamięć wrzuciła bieg. Stronica wyostrzyła się.

– Maksymalna długość noża do rzutów wynosi dziesięć grubości palca; podczas deszczu dopuszczalne jest dwanaście – wyrecytował. – Odległość rzutu.

– Wymień trzy trucizny nadające się do aplikowania przez ucho.

Dmuchnął wietrzyk, ale nie ochłodził powietrza. Przemieścił jedynie żar.

– Sir. Komarzy agar, achorionowa purpura i mustyk – odparł natychmiast Teppic.

– Dlaczego nie spim? – zapytał Mericet, szybki jak wąż.

Teppic otworzył usta. Przestąpił z nogi na nogę, unikając przenikliwego wzroku egzaminatora.

– S-sir, spim nie jest trucizną – wykrztusił w końcu. – To niezwykle rzadkie antidotum na jady pewnych węży, otrzymywane… – Uspokoił się trochę. Długie godziny poświęcone wertowaniu starych słowników, przyniosły jednak korzyść. – Otrzymywane z wątroby nadymającej mangusty, która…

– Co oznacza ten symbol? – przerwał mu Mericet.

– …żyje wyłącznie w…

Teppic umilkł. Przyjrzał się skomplikowanym runom na karcie w dłoni Mericeta, po czym znowu wbił wzrok w przestrzeń za uchem egzaminatora.

– Nie mam pojęcia, sir.

Zdawało mu się, że słyszy najcichsze westchnienie, najdelikatniejszy ślad zadowolonego mruknięcia.

– Ale gdyby odwrócić ją dołem do góry, sir – podjął – byłby to złodziejski symbol, oznaczający „Hałaśliwe psy w domu”.

Przez chwilę trwała cisza. Potem, tuż przy ramieniu chłopca, głos starego skrytobójcy zapytał:

– Czy garotą mogą posługiwać się wszystkie kategorie?

– Sir, regulamin mówi o trzech pytaniach – zaprotestował Teppic.

– Aha. Więc tak brzmi twoja odpowiedz?

– Nie, sir. To była tylko uwaga. Sir, odpowiedz, której pan oczekuje, brzmi: wszystkie kategorie mogą nosić garotę, ale tylko skrytobójcy trzeciego stopnia mogą jej używać, stanowi jedną z trzech możliwości.

– Jesteś tego pewien?

– Tak, sir.

– Może się jeszcze zastanowisz?

Głosem egzaminatora można by smarować osie wozów.

– Nie, sir.

– Doskonale.

Teppic odprężył się nieco. Tunika przylgnęła mu do pleców, chłodna i wilgotna od potu.

– Teraz z prędkością, jaka ci odpowiada, udasz się na ulicę Księgowych – przemówił spokojnym tonem Mericet. – Przestrzegając wszystkich znaków i tak dalej. Będę na ciebie czekał w komnacie pod dzwonnicą na rogu Alei Audytu. Aha. Weź to, jeśli łaska.

Wręczył Teppicowi niewielką kopertę.

Teppic oddał pokwitowanie. Potem Mericet wstąpił w plamę cienia za kominem i zniknął.

Tyle jeśli chodzi o ceremonie.

Teppic odetchnął głęboko i wysypał na dłoń zawartość koperty. Był to czek gildii na dziesięć tysięcy ankh-morporkiańskich dolarów, wystawiony na „Okaziciela” – imponujący dokument, opatrzony pieczęcią gildii z podwójnym krzyżem i sztyletem w płaszczu.

Teraz już nie miał odwrotu. Przyjął pieniądze. Albo przeżyje, a w takim wypadku zgodnie z tradycją ofiaruje te pieniądze na fundusz pomocy wdowom i sierotom gildii, albo odbiorą ten czek jego trupowi. Czek miał trochę zawinięte rogi, ale Teppic nie znalazł na nim śladów krwi.

Sprawdził noże, przesunął pas z rapierem, obejrzał się i ruszył truchtem.

Przynajmniej tutaj sprzyjało mu szczęście. Według tradycji, podczas testów wykorzystuje się najwyżej pół tuzina tras; latem mrowił się na nich tłum studentów, wspinających się na dachy, wieże, okapy i kolumny miasta. Wspinaczka była popularnym sportem i dziedziną współzawodnictwa między internatami. Była też jedną z nielicznych dziedzin, w których Teppic radził sobie doskonale. Został nawet kapitanem drużyny, która pokonała Dom Skorpiona w finałach Igrzysk Ścianowych. A czekała go jedna z najłatwiejszych tras.

Zeskoczył lekko z dachu, wylądował na parapecie, bez trudu przebiegł wzdłuż milczącego budynku, przesadził wąską szczelinę i znalazł się na dachówkach sali gimnastycznej Reformowanych-Kultystów-Ropiejącego-Boga-Shamharotha Stowarzyszenia Młodych Mężczyzn. Przebiegł po spadzistym dachu, bez zwalniania tempa pokonał dwunastostopową ścianę i trafił na szeroki, płaski dach świątyni Ślepego Io.

Nad horyzontem wisiał pomarańczowy księżyc w pełni. Wiała bryza, niezbyt mocna, ale odświeżająca jak prysznic. Teppic przyspieszył, ciesząc się chłodnym podmuchem na twarzy. Zeskoczył z krawędzi dachu dokładnie na wąską, drewnianą kładkę ponad Aleją Blaszanej Pokrywki.

Którą to kładkę ktoś – wbrew wszelkim oczekiwaniom – właśnie usunął.

1-6_jpg

W takich chwilach całe życie przewija się człowiekowi przed oczami…

1-6_jpg

Ciotka płakała. Dość teatralnie, uznał Teppic, gdyż starsza pani była twarda jak podeszwa hipopotama. Ojciec wyglądał surowo i godnie – jeśli tylko o tym nie zapominał – i próbował usunąć z umysłu kuszące obrazy urwisk i ryb. Służba stała w szeregach wzdłuż sali, od głównego wejścia: podręczne z jednej strony, eunuchowie i lokaje z drugiej. Dygali kolejno, gdy przechodził, generując dość ładną sinusoidę, którą największy matematyk Dysku z pewnością by docenił, gdyby nie był akurat zajęty przyjmowaniem razów kija i słuchaniem krzyków małego człowieczka odzianego w coś w rodzaju nocnej koszuli.

– Ale… – Ciotka Teppica wytarła nos. – Ale to przecież fach.

– Nonsens, kwiecie pustyni. – Ojciec poklepał jej dłoń. – To profesja. Co najmniej profesja.

– A jaka między nimi różnica? – załkała.

Ojciec westchnął.

– Pieniądze, jak rozumiem. Dobrze mu zrobi taka wyprawa. Pozna nowych ludzi, nabędzie ogłady… Będzie miał jakieś zajęcie i uniknie pokus.

– Ale… skrytobójstwo. Jest taki młody i nigdy nie przejawia! żadnych inklinacji. – Otarła oczy. – Nie odziedziczył tego po naszej części rodziny – dodała oskarżycielskim tonem. – Ten twój szwagier.

– Wuj Vyrt – wtrącił ojciec.

– Jeździ po świecie i zabija ludzi!

– Oni chyba nie używają tego słowa. Mówią raczej: konkluduje lub anuluje. Albo inhumuje. Tak słyszałem.

– Inhumuje?

– Inhumacja to chyba coś w rodzaju ekshumacji, o płynące wody, tylko że zanim cię pochowają.

– Uważam, że to okropne. – Pociągnęła nosem. – Ale słyszałam od lady Nooni, że tylko jeden chłopiec na piętnastu zdaje końcowy egzamin. Może rzeczywiście, pozwólmy mu się wyszaleć.

Król Teppicymon XXVII smętnie pokiwał głową i oddalił się, by pomachać synowi na pożegnanie. Nie był tak mocno jak siostra przekonany o okropnościach skrytobójstwa. Z ociąganiem, ale jednak od dawna zajmował się polityką i uważał, że choć skrytobójstwo jest gorsze od debaty, to jednak z pewnością lepsze od wojny, choć pewni ludzie uważają, że wojna to to samo, tylko głośniejsze. Trzeba też przyznać, że młody Vyrt zawsze miał mnóstwo pieniędzy i często przybywał do pałacu z kosztownymi podarkami, egzotyczną opalenizną i porywającymi opowieściami o ludziach, których poznał w obcych stronach, zwykle na krótko.

Żałował, że w tej chwili Vyrt nie może mu doradzić. Jego wysokość także słyszał, że tylko jeden student na piętnastu zostaje prawdziwym skrytobójcą. Nie był pewien, co dzieje się z pozostałą czternastką. Podejrzewał jednak, że marnych studentów w szkole skrytobójców spotyka coś więcej niż rzucanie w nich kredą przy tablicy i że szkolne obiady niosą z sobą dodatkowe zagrożenie.

Wszyscy za to zgadzali się, że szkoła skrytobójców gwarantuje najlepsze wykształcenie ogólne na świecie. Wykwalifikowany skrytobójca powinien umieć się zachować w każdym towarzystwie i grać przynajmniej na jednym instrumencie. Każdy inhumowany przez alumnów szkoły gildii mógł spoczywać usatysfakcjonowany, że anulował go ktoś o wyrobionym smaku i elegancji.

A poza tym, co chłopca czekało w domu? Królestwo szerokie na dwie mile i długie na sto pięćdziesiąt, w porze wylewu prawie całe pokryte wodą, zagrożone z obu stron przez sąsiadów, którzy tolerowali jego istnienie wyłącznie dlatego, że gdyby go tam nie było, bez przerwy walczyliby ze sobą nawzajem.

Tak, Djelibeybi3 było kiedyś wielkie – gdy takie prymitywne kraje jak Tsort i Ephebe zamieszkiwały tylko bandy nomadów z ręcznikami na głowach. Po tych wspaniałych czasach pozostał tylko rujnująco kosztowny pałac, trochę zakurzonych ruin na pustyni i - faraon westchnął – piramidy. Zawsze te piramidy.

Jego przodkom bardzo zależało na piramidach. Faraonowi wcale. Piramidy doprowadziły kraj do bankructwa, wyssały go do sucha lepiej niż rzeka. Jedyną klątwą grobowca, na jaką obecnie mógł sobie pozwolić, było „Spadaj”.

Jedyne piramidy, jakie nie wzbudzały niechęci, były bardzo małe i stały na granicy ogrodów. Budowano je za każdym razem, gdy zdechł któryś z kotów.

Obiecał to matce chłopca.

Tęsknił za Artelą. Małżeństwo z kobietą spoza królestwa wywołało prawdziwą burzę, a niektóre jej obce zwyczaje zdumiewały i fascynowały nawet jego. Może to od niej nauczył się tej dziwnej niechęci do piramid. W Djelibeybi było to jak niechęć do oddychania. Obiecał jej jednak, że wyśle Pteppica do szkoły poza granicami królestwa. Uparła się. „Ludzie tutaj niczego się nie uczą – tłumaczyła – tylko pamiętają”.

Gdyby tylko pamiętała, że nie wolno pływać w rzece.

Spojrzał na służących, ładujących bagaż Teppica do powozu, i po raz pierwszy za pamięci ich obu położył dłoń na ramieniu syna.

Nie wiedział, co ma powiedzieć. Nigdy właściwie nie mieliśmy czasu, żeby się lepiej poznać, myślał. Tak wiele mogłem mu dać… Jedno czy drugie solidne lanie z pewnością nie poszłoby na marne.

– Em… – zaczął. – Cóż, mój chłopcze.

– Tak, ojcze?

– To… tego… pierwszy raz, kiedy samotnie wyjeżdżasz z domu…

– Nie, ojcze. Jak pamiętasz, ostatnie lato spędziłem z lordem Fhemptahem.

– Naprawdę? – Przypomniał sobie, że istotnie, pałac wydawał się wtedy cichszy. Przypisywał to nowym gobelinom.

– Wszystko jedno – rzekł. – Jesteś już młodym mężczyzną, masz prawie trzynaście lat.

– Dwanaście, ojcze – poprawił Teppic.

– Jesteś pewien?

– W zeszłym miesiącu miałem urodziny. Podarowałeś mi płytę grzejną do łóżka.

– Podarowałem? To niezwykłe. Czy wyjaśniłem dlaczego?

– Nie, ojcze. – Teppic spojrzał na łagodne, zakłopotane oblicze rodzica. – To bardzo dobra płyta – dodał pocieszająco. – Bardzo ją lubię.

– Aha. Dobrze. Hm. – Jego wysokość raz jeszcze poklepał syna po ramieniu, jak człowiek, który bębni palcami po biurku i usiłuje myśleć. Jakiś pomysł chyba wpadł mu do głowy.

Służący umocowali kufer do dachu powozu, a woźnica cierpliwie przytrzymywał otwarte drzwiczki.

– Kiedy młody człowiek wyrusza w świat – zaczął niepewnie władca – są pewne… no, jest bardzo ważne, by pamiętał. Chodzi o to, że świat jest jednak bardzo duży, z rozmaitymi. Oczywiście, zwłaszcza w mieście, gdzie wiele istnieje dodatkowych.

Urwał i niepewnie machnął ręką.

Teppic przyjął to spokojnie.

– Wszystko w porządku, ojcze, Dios, najwyższy kapłan, wytłumaczył mi, że powinienem regularnie się kąpać i nie oślepnąć.

Ojciec zamrugał niepewnie.

– Nie ślepniesz chyba? – zapytał.

– Raczej nie, ojcze.

– Aha. Tak. To doskonale – stwierdził król. – Absolutnie wspaniale. Naprawdę dobra wiadomość.

– Muszę już ruszać, ojcze. Niedługo skończy się przypływ.

Jego wysokość skinął głową i poklepał się po kieszeniach.

– Coś tu miałem… – wymruczał, wyśledził to coś i wsunął Teppicowi do kieszeni niewielką skórzaną sakiewkę.

Znowu spróbował manewru z ramieniem.

– Mały drobiażdżek – szepnął. – Nie mów ciotce. Zresztą i tak nie możesz. Poszła się położyć. To trochę za wiele jak dla niej.

Teppicowi pozostało jeszcze złożyć kurczaka w ofierze przed posągiem Khufta, założyciela Djelibeybi, aby opiekuńcza ręka przodka kierowała jego krokami. Było to małe kurczę, i kiedy Khuft z nim skończył, król zjadł je na obiad.

Djelibeybi było niewielkim, zamkniętym w sobie krajem. Nawet jego plagi były raczej łagodne. Wszystkie szacowne rzeczne królestwa miewają potężne, nadprzyrodzone plagi, ale Stare Państwo przez ostatnie sto lat stać było jedynie na Plagę Żaby4.

1-6_jpg

Tego wieczoru znaleźli się daleko od delty Djel i przez Okrągłe Morze zmierzali do Ankh-Morpork. Teppic przypomniał sobie o sakiewce i zbadał jej zawartość. Z miłością, ale też z typowym dla siebie roztargnieniem, ojciec dał mu na drogę korek, pół puszki smaru do siodeł, niewielką spiżową monetę nieustalonej wartości i wyjątkowo starą sardynkę.

1-6_jpg

Powszechnie wiadomo, że tuż przed śmiercią zmysły stają się niezwykle wyczulone. Ogólnie uważa się, że mają pomóc właścicielowi wykryć jakiekolwiek możliwe wyjście z trudnej sytuacji, inne niż to najbardziej oczywiste.

To nieprawda. Fenomen ten jest klasycznym przykładem aktywności zastępczej. Zmysły rozpaczliwie koncentrują się na czymkolwiek z wyjątkiem kluczowego problemu. W przypadku Teppica była to rozległa powierzchnia bruku leżąca jakieś piętnaście sążni pod nim i zbliżająca się szybko. Miał nadzieję, że bruk zniknie. Problem polegał na tym, że niedługo zniknie rzeczywiście. Nieważne zresztą, z jakiego powodu, ale Teppic dostrzegał wokół siebie wiele rzeczy. Promienie księżyca lśniące na dachach. Za pach świeżego chleba dobiegający z niedalekiej piekarni. Brzęczenie chrabąszcza, który przemknął w górę obok jego ucha. Głos płaczącego dziecka w oddali i szczekanie psa. Cichy powiew powietrza, ze szczególnym uwzględnieniem jego rozrzedzenia i braku zaczepów.

1-6_jpg

Tego roku prawie siedemdziesięciu wstąpiło do szkoły. Skrytobójcy nie mieli trudnych egzaminów wstępnych; do szkoły łatwo było się dostać i łatwo się było z niej wydostać (sztuka polegała na tym, żeby wydostać się w pozycji pionowej). Na dziedzińcu pomiędzy budynkami gildii tłoczyli się chłopcy, mający dwie wspólne cechy: duże kuferki, na których siedzieli, i ubrania na wyrost, w których – mniej więcej – siedzieli. Niektórzy optymiści przynosili ze sobą broń, tę jednak konfiskowano i w ciągu kilku tygodni odsyłano do domu.

Teppic obserwował ich czujnie. Doceniał teraz zyski, jakie dawało mu wychowywanie przez rodziców zbyt zajętych własnymi sprawami, żeby za bardzo się o niego martwić, a nawet dostrzegać jego istnienie.

Matka, jak ją pamiętał, była miłą kobietą, egocentryczną jak żyroskop. Lubiła koty. Nie tylko je czciła – to akurat robił każdy mieszkaniec królestwa – ale także naprawdę lubiła. Teppic wiedział, że tradycja nakazuje nadrzecznym królestwom cenić koty, podejrzewał jednak, że zwykle zwierzęta te były pełne gracji i stateczne. Koty matki były małymi, złośliwymi, płaskogłowymi i żółtookimi maniakami.

Ojciec wiele czasu poświęcał na martwienie się o królestwo. Od czasu do czasu oznajmiał, że jest mewą, choć było to pewnie wynikiem słabej pamięci. Teppic zastanawiał się niekiedy, jak doszło do jego poczęcia, gdyż rodzice rzadko znajdowali się w tym samym systemie współrzędnych, a co dopiero w tym samym stanie ducha.

Fakt ten jakoś jednak nastąpił i życie zmusiło Teppica do wychowywania się metodą prób i błędów. Liczni wychowawcy hamowali go lekko, ale czasem mu pomagali. Najlepsi byli ci, których przyjmował ojciec, zwłaszcza w dni, kiedy fruwał wysoko. Przez jedną cudowną zimę wychowawcą Teppica był starszy już kłusownik, polujący na ibisy. Do królewskich ogrodów trafił przypadkiem, w poszukiwaniu zabłąkanej strzały.

Były to dni szaleńczych gonitw z żołnierzami, spacerów po martwych, rozjaśnionych światłem księżyca ulicach Nekropolii, a przede wszystkim poznawania głuszaka, straszliwie skomplikowanego urządzenia, które – poważnie zagrażając operatorowi – mogło zmienić staw pełen niewinnego ptactwa wodnego w misę pasztetu.

Zbadali też bibliotekę, w tym zamknięte półki – kłusownik miał liczne talenty, zapewniające mu zyskowną rozrywkę przy niesprzyjającej pogodzie. Książki wypełniły Teppicowi wiele godzin cichej lektury. Najbardziej spodobał mu się „Zamknięty pałac”, przełożony z khalijskiego przez Dżentelmena, z ręcznie barwionymi ilustracjami, w ściśle ograniczonym nakładzie. Dzieło było niezwykłe, ale pouczające; i kiedy kolejny wychowawca, tym razem wynajęty przez kapłanów, młody i romantyczny, zaproponował przećwiczenie z chłopcem pewnych technik atletycznych, używanych przez klasycznych Pseudopolian, Teppic przez chwilę rozważał propozycję, po czym wieszakiem na kapelusze powalił młodzieńca na ziemię.

Teppic się nie kształcił. Wykształcenie samo opadało na niego niczym łupież.

W świecie na zewnątrz jego umysłu zaczęło padać: kolejne nowe doświadczenie. Oczywiście słyszał o deszczu: że woda spada z nieba w małych kawałkach. Po prostu nie spodziewał się, że będzie jej tak dużo. W Djelibeybi nigdy nie padało.

Mistrzowie spacerowali pomiędzy chłopcami niby wilgotne, trochę nastroszone czarne ptaszyska. Teppic jednak zerkał na grupkę starszych uczniów, stojących niedaleko ozdobionego kolumnami wejścia do szkoły. Ci także nosili się na czarno – w różnych kolorach czerni.

Wtedy po raz pierwszy odkrył kolory tercjalne, kolory po tamtej stronie czerni, kolory otrzymywane w wyniku rozszczepienia czerni w ośmiościennym pryzmacie. Są praktycznie nieopisywalne w niemagicznym środowisku. Gdyby ktoś próbował, pewnie najpierw poleciłby wypalić coś nielegalnego, a potem dobrze się przyjrzeć skrzydłom szpaka.

Starsi krytycznie obserwowali nowo przybyłych.

Teppic przyglądał się im. Jeśli nie liczyć koloru, ich ubrania skrojone były zgodnie z najnowszą modą – obecnie sugerującą szerokie kapelusze, podkreślone ramiona, wąskie talie i szpiczaste buty, przez co nadążający za nią sprawiali wrażenie niezwykle elegancko ubranych gwozdzi.

Będę taki jak oni, powiedział sobie Teppic.

Chociaż pewnie będę się lepiej ubierał, dodał w myślach.

Przypomniał sobie jedną z tych krótkich, tajemniczych wizyt wuja Vyrta. Siedzieli wtedy na schodach prowadzących nad Djel.

– Atłas i skóra się nie nadają. Ani żadna biżuteria. Nie możesz nosić niczego, co błyszczy, skrzypi albo dźwięczy. Trzymaj się surowego jedwabiu i aksamitu. Nie to jest najważniejsze, ilu ludzi inhumu jesz, ale to, ilu z nich nie zdoła inhumować ciebie.

1-6_jpg

Poruszał się w nierozsądnym tempie, ale teraz mogło mu to pomóc. Wygiął się nad pustką zaułka, rozpaczliwie wyciągnął ręce i poczuł, że palce muskają parapet okna. To wystarczyło, żeby go obrócić. Uderzył o popękany tynk z taką siłą, że stracił ostatnie resztki tchu. Zaczął się zsuwać po pionowej ścianie.

1-6_jpg

– Chłopcze!

Teppic podniósł głowę. Obok stał starszy skrytobójca z fioletową wstęgą nauczyciela na piersi. Był pierwszym skrytobójcą – nie licząc wuja Vyrta – którego Teppic widział z bliska. Wydawał się całkiem sympatyczny. Chłopiec mógłby go sobie wyobrazić przy produkcji kiełbas.

– Do mnie mówiłeś? – zapytał.

– Masz wstać, kiedy zwracasz się do mistrza – upomniała go rumiana twarz.

– Mam?

Teppic był zafascynowany. Zastanawiał się, jak można to osiągnąć. Dyscyplina jak dotąd nie należała do głównych elementów jego życia. Większość wychowawców tak wyprowadzał z równowagi widok władcy, siedzącego niekiedy na drzwiach, że jak najszybciej kończyli lekcje i zamykali się w pokojach.

– Mam, sir – poprawił nauczyciel. Zajrzał do trzymanych w ręku papierów. – Jak ci na imię, chłopcze?

– Książę Pteppic ze Starego Państwa, Królestwa Słońca – wyjaśnił swobodnie Teppic. – Rozumiem, że jesteś ignorantem w sprawach etykiety, ale nie powinieneś mnie nazywać „sir” i powinieneś uderzać czołem o ziemię, kiedy się do mnie zwracasz.

– Pateppic? – powtórzył mistrz.

– Nie. Pteppic.

– Aha. Teppic. – Mistrz zaznaczył imię na liście. Uśmiechnął się szeroko. – Cóż, wasza wysokość – powiedział. – Jestem Grunworth Nivor, twój opiekun. Trafiłeś do Domu Żmii. Wedle mojej wiedzy, na Dysku istnieje przynajmniej jedenaście Królestw Słońca. Do końca tygodnia przedstawisz krótkie wypracowanie, opisujące ich położenie geograficzne, ustrój polityczny, stolice i główne siedziby rządu, a także sugerowaną trasę do alkowy dowolnie wybranej głowy państwa. Jednakże na Dysku jest tylko jeden Dom Żmii. Miłego dnia, chłopcze.

Nauczyciel odwrócił się i ruszył ku kolejnemu przestraszonemu uczniowi.

– Nie jest taki zły – odezwał się głos za Teppikiem. – Zresztą wszystko to znajdziesz w bibliotece. Jeśli chcesz, mogę ci pokazać. Jestem Chidder.

Teppic odwrócił się. Zwracał się do niego chłopiec mniej więcej w jego wieku i podobnego wzrostu. Jego czarny strój – zwykła czerń Pierwszego Roku – wyglądał, jakby przybijano mu go do ciała po kawałku.

Chłopiec wyciągnął rękę. Teppic przyjrzał się jej uprzejmie.

– Tak?

– Jak ci na imię, mały?

Teppic wyprostował się. Miał już dosyć takiego traktowania.

– Mały? Wiedz, że w moich żyłach płynie krew faraonów.

Chłopak patrzył na niego wcale nieprzestraszony. Pochylił głowę w bok i uśmiechnął się lekko.

– A chciałbyś, żeby tam została? – zapytał.

1-6_jpg

Piekarnia była tuż obok; garstka pracowników wyszła na stosunkowo świeże przed świtem powietrze, by zapalić papierosa i chwilę odetchnąć po pustynnym żarze pieców. Ich głosy wznosiły się aż do Teppica, ukrytego w cieniu. Ściskał błogosławiony okienny parapet i szukał wśród cegieł oparcia dla stóp.

Nie jest tak źle, powtarzał sobie. Bywałeś na gorszych ścianach. Na przykład osiowa elewacja pałacu Patrycjusza zeszłej zimy, kiedy rynny się przepełniły i cały mur pokrywała warstwa lodu. Ta ścianka to niewiele więcej niż trójka, najwyżej 3,2. Ty i Chiddy chodziliście po takich na spacer, zamiast tupać po ulicy. To tylko kwestia perspektywy.

Perspektywa. Spojrzał w dół, na dwanaście sążni nieskończoności. Chłopie, weź się w garść. Nie, weź w garść tę ścianę. Prawa stopa znalazła wnękę po wykruszonej zaprawie; palce wsunęły się w nią niemal bez świadomego polecenia mózgu. Mózg w tej chwili był zbyt poruszony, by poświęcać wydarzeniom więcej niż tylko przelotną uwagę.

Teppic nabrał tchu, opuścił rękę do pasa, chwycił sztylet i wbił go między cegły, zanim grawitacja zauważyła, co się dzieje. Zawisł zdyszany i czekał, aż znowu o nim zapomni. Potem przesunął ciało w bok i spróbował tego samego manewru po raz drugi.

W dole jeden z piekarzy opowiedział soczysty dowcip i strzepnął z ucha kawałek tynku. Jego koledzy wybuchnęli śmiechem. Teppic tymczasem stanął w ciemności, utrzymując równowagę na dwóch igłach klatchiańskiej stali, i ostrożnie przesunął dłonie wzdłuż ściany do okna, którego parapet zapewnił mu chwilowy ratunek.

Okno było zamknięte. Porządny cios z pewnością by je otworzył, ale równocześnie pchnąłby go w tył, w pustkę. Teppic westchnął, z delikatnością zegarmistrza wyjął z sakiewki diamentowy cyrkiel i powoli wykreślił koło na zakurzonym szkle.

1-6_jpg

– Sam go nieś – powiedział Chidder. – Takie tu są zasady. Teppic spojrzał na kufer. Pomysł wydał mu się intrygujący.

– W domu mamy do tego ludzi – wyjaśnił. – Eunuchów i tak dalej.

– Powinieneś jednego ze sobą przywieźć.

– Źle znoszą podróże.

W rzeczywistości twardo odrzucił sugestię, że powinien mu towarzyszyć niewielki orszak. Dios dąsał się przez kilka dni. Nie tak powinien wyruszać w świat członek królewskiego rodu, oznajmił. Teppic nie ustąpił. Był prawie pewien, że skrytobójcy nie powinni chodzić do pracy w towarzystwie podręcznych i trębaczy. Teraz jednak uznał, że pomysł nie był tak całkiem pozbawiony sensu. Szarpnął kuferek na próbę i udało mu się zarzucić go sobie na ramiona.

– Więc twoja rodzina jest bogata? – zapytał Chidder, idąc koło niego.

Teppic zastanowił się chwilę.

– Nie, właściwie nie. U nas hodują głównie melony, czosnek i takie różne. Poza tym stoją na ulicach i krzyczą „hurra”.

– Mówisz o swoich rodzicach? – zdziwił się Chidder.

– O nich? Nie, mój ojciec jest faraonem. Matka była chyba konkubiną.

– Myślałem, że to jakaś roślina.

– Raczej nie. Nigdy jakoś o tym nie rozmawialiśmy. Zresztą umarła, jak jeszcze byłem mały.

– To okropne – stwierdził uprzejmie Chidder.

– Poszła popływać przy świetle księżyca w czymś, co okazało się krokodylem. – Teppic starał się nie okazywać, jak uraziła go reakcja chłopca.

– Mój ojciec pracuje w handlu – powiedział Chidder, gdy przechodzili pod łukiem wejścia.

– Fascynujące – przyznał grzecznie Teppic. Przytłaczały go te wszystkie nowe doświadczenia. – Nigdy nie byłem w Handlu, ale słyszałem, że to wspaniali ludzie.

Przez kolejną godzinę czy dwie, Chidder – który kroczył przez życie spokojnie, jakbyjuż dawno je rozpracował – wprowadzał Teppica w rozmaite tajemnice internatów, klas i kanalizacji. Kanalizację, z różnych powodów, zostawił na sam koniec.

– Żadnych? – nie dowierzał.

– Mamy wiadra i inne rzeczy – odparł wymijająco Teppic. – I dużo służby.

– Trochę staromodne jest to twoje królestwo.

Teppic kiwnął głową.

– To przez piramidy – wyjaśnił. – Pochłaniają wszystkie pieniądze.

– Przypuszczam, że są kosztowne.

– Niespecjalnie. Budujemy je z kamieni. – Chłopiec westchnął.

– Mamy mnóstwo kamieni. I piasku. Kamień i piasek. W tym jesteśmy dobrzy. Gdybyś kiedyś potrzebował kamieni i piasku, jesteśmy właściwymi ludźmi. To wykończenie wnętrza jest naprawdę kosztowne. Wciąż nie spłaciliśmy rachunku za dziadkową, a przecież nie była wielka: tylko trzy komory.

Teppic odwrócił się i wyjrzał przez okno. Podczas rozmowy wrócili do wspólnej sypialni.

– Całe królestwo jest zadłużone – wyznał cicho. – Nawet nasze długi są zadłużone. Właściwie to z tego powodu przyjechałem. Ktoś z rodziny musi zarabiać jakieś pieniądze. Następca tronu nie może się już włóczyć po pałacu i udawać ornamentu. Musi wziąć się do pracy i zrobić coś pożytecznego dla społeczeństwa.

Chidder oparł dłoń o parapet.

– A nie moglibyście zdjąć z piramid trochę towaru? – zapytał.

– Nie żartuj.

– Przepraszam.

Teppic spoglądał posępnie w dół.

– Mnóstwo tu ludzi – zauważył, próbując zmienić temat. – Nie sądziłem, że szkoła będzie taka duża. – Zadrżał. – I taka zimna.

– Ludzie ciągle odpadają. Nie wytrzymują nauki. Najważniejsze, to wiedzieć, co jest co i kto jest kto. Widzisz tego tam?

Wskazał palcem grupę starszych uczniów, stojących między kolumnami przy wejściu.

– Ten wysoki? Z twarzą jak czubek buta?

– To Flimoe. Uważaj na niego. Jeśli zaprosi cię w swojej pracowni na grzankę, nie idź.

– A kim jest ten dzieciak z lokami? – zapytał Teppic.

Wskazał chłopca, którym zajmowała się wyblakła z wyglądu kobieta. Lizała chusteczkę i ścierała wyimaginowane ślady brudu z jego twarzy. Kiedy skończyła, poprawiła mu kołnierzyk.

Chidder wyciągnął szyję.

– Och, po prostu nowy dzieciak – wyjaśnił. – Arthur jakiśtam. Maminsynek, jak widzę. Nie przetrwa długo.

– Nie byłbym taki pewny. My też jesteśmy w pewnym sensie muminsynkami, a przetrwaliśmy tysiące lat.

1-6_jpg

Szklany krążek wpadł do wnętrza i brzęknął o podłogę. Przez kilka minut nie zabrzmiał żaden inny dźwięk. Potem nastąpiło cichutkie puknięcie naczynia z oliwą. Cień, leżący na okiennym parapecie, cmentarzysku much, okazał się ręką, z roślinną powolnością pełznącą w stronę haczyka.

Zgrzytnął metal i całe okno uchyliło się w trybologicznej ciszy.

Przez minutę czy dwie pełną kurzu przestrzeń wypełniała intensywna nieobecność dźwięku, wywoływana przez kogoś poruszającego się z najwyższą ostrożnością. Jeszcze raz trysnęła oliwa i szepnął metal, gdy odsunął się rygiel klapy prowadzącej na dach.

Teppic czekał, aż dogoni go własny oddech, i w tej właśnie chwili usłyszał dźwięk. Rozbrzmiewał gdzieś wśród białego szumu, na samej granicy słyszalności, ale nie było wątpliwości co do jego źródła. Ktoś czekał przy klapie i właśnie przycisnął ręką kawałek papieru, żeby nie szeleścił na wietrze.

Dłoń Teppica porzuciła rygiel. Starannie dobierając drogę, chłopiec przeszedł po brudnej podłodze i obmacując drewniane ściany, trafił na drzwi. Tym razem nie ryzykował, ale odkorkowal butelkę oliwy i odczekał, aż bezgłośna kropla spadnie na zawiasy.

W chwilę później znalazł się po drugiej stronie. Szczur, spokojnie patrolujący przewiewny korytarz, ledwie się powstrzymał od połknięcia własnego języka, gdy Teppic przepłynął obok.

Na końcu były jeszcze jedne drzwi i labirynt zakurzonych magazynów. Wreszcie znalazł schody. Ocenił, że jest o jakieś piętnaście sążni od klapy. Po drodze nie zauważył przewodów kominowych. Nic nie powinno przeszkadzać na dachu.

Przykucnął i wyjął zawiniątko z nożami – aksamitna czerń znaczyła ciemniejszy prostokąt wśród mroku. Teppic wybrał numer pięć, nóż nie dla każdego, ale skuteczny, jeśli się opanuje posługiwanie nim.

Wkrótce potem chłopiec wysunął głowę ponad krawędź dachu, z ramieniem odciągniętym w tył, lecz gotowym, by wyprostować się nagle w skomplikowanym oddziaływaniu sił, które złożą się, wysyłając kilka uncji stali w lot pośród nocy.

Mericet siedział przy klapie i spoglądał na swój notatnik. Wzrok Teppica sięgnął podłużnego pomostu, opartego równo o parapet kilka stóp dalej.

Był pewien, że nie wydał żadnego dźwięku. Mógłby przysiąc, że egzaminator usłyszał odgłos padającego na niego spojrzenia.

Starzec uniósł łysą głowę.

– Dziękuję, panie Teppic – powiedział. – Proszę kontynuować.

Teppic poczuł, że zimny pot występuje mu na skórę. Patrzył na pomost, na egzaminatora, potem na nóż.

– Tak jest, sir – wykrztusił w końcu. W tych okolicznościach nie wydało mu się to wystarczające. – Dziękuję panu, sir – dodał.

1-6_jpg

Na zawsze miał zapamiętać swoją pierwszą noc we wspólnej sypialni. Była dostatecznie obszerna, by pomieścić osiemnastu chłopców Domu Żmii, i dostatecznie pełna przeciągów, by zmieścić całe wielkie zewnętrze. Jej projektant być może pamiętał o wygodzie, ale jedynie po to, żeby unikać jej, kiedy tylko było to możliwe. W rezultacie zbudował pomieszczenie, które mogło być zimniejsze niż powietrze na zewnątrz.

– Myślałem, że każdy dostanie własny pokój – mruknął Teppic.

Chidder, który zajął najmniej widoczne łóżko w całej lodówce, skinął mu głową.

– Później – obiecał. Położył się i syknął. – Jak myślisz, ostrzą te sprężyny?

Teppic milczał. Łóżko było nawet wygodniejsze od tego, w którym sypiał w domu. Rodzice, jako szlachetnie urodzeni, akceptowali dla swoich dzieci warunki życia, jakie od ręki odrzuciłaby rodzina zubożałych komarów.

Wyciągnął się na cienkim materacu i przemyślał wydarzenia minionego dnia. Wpisano go na listę skrytobójców, no dobrze, uczniów skrytobójców, już ponad siedem godzin temu, a jak dotąd nie dali mu nawet noża do ręki. Oczywiście, jutro też jest dzień.

Chidder pochylił się nad nim.

– Gdzie jest Arthur? – zapytał.

Teppic zerknął na sąsiednie łóżko. Na jego środku leżał smętnie mały tobołek ubrań, ale nie było śladu właściciela.

– Myślisz, że uciekł? – zapytał, rozglądając się badawczo.

– To możliwe – zgodził się Chidder. – Często się zdarza. Wiesz, maminsynek, pierwsza noc poza domem.

Drzwi sali otworzyły się wolno i Arthur wkroczył tyłem, ciągnąc za sobą dużego i bardzo opornego kozła. Zwierzę opierało się gwałtownie przez całą drogę między dwoma rzędami łóżek.

Chłopcy przyglądali się w milczeniu. Arthur przywiązał kozła do łóżka, wysypał na koc zawartość tobołka, znalazł kilka czarnych świec, pęczek ziół, łańcuch czaszek i kawałek kredy. Z zaczerwienioną twarzą i miną człowieka, który uczyni to, co uważa za słuszne, choćby nie wiem co się działo, wykreślił wokół łóżka podwójny krąg, uklęknął i wypełnił przestrzeń między dwiema liniami zestawem symboli okultystycznych – najbardziej ponurym, jaki Teppic w życiu widział. Kiedy skończył, ustawił świece w strategicznych punktach i zapalił je; płonęły nierówno i wydzielały zapach sugerujący, że człowiek tak naprawdę wcale nie chce wiedzieć, z czego zostały zrobione.

Potem wyciągnął krótki nóż z czerwoną rękojeścią, zbliżył się do kozła.

Poduszka trafiła go w głowę.

– A niech go! Pobożniś się znalazł!

Arthur wypuścił nóż i zalał się łzami. Chidder usiadł na łóżku.

– To ty, Cheesewright! – powiedział. – Widziałem.

Cheesewright, chudy chłopak o rudych włosach i twarzy, która była jednym wielkim piegiem, rzucił mu gniewne spojrzenie.

– Tego już za wiele – oświadczył. – Zasnąć nie można od całej tej religii. Przecież tylko małe dzieci odmawiają paciorek przed spaniem, a my tu mamy się uczyć na skrytobójców.

– Mógłbyś uprzejmie się zamknąć, Cheesewright? – wrzasnął Chidder. – Świat byłby lepszy, gdyby więcej ludzi odmawiało pacierz. Wiem, że sam też nie modlę się tak często, jak powinienem.

Poduszka przerwała mu w pół słowa. Poderwał się z łóżka i wymachując pięściami, skoczył na rudowłosego przeciwnika.

Gdy reszta chłopców otoczyła walczącą dwójkę, Teppic wyśliznął się spod koca i podszedł do Arthura, który siedział na brzegu łóżka i szlochał.

Teppic poklepał go po ramieniu, uznając, że czynność ta powinna dodawać ludziom otuchy.

– Nie masz się o co mazać, mały – rzucił szorstko.

– Ale… Ale zamazali mi wszystkie runy. Już za późno. A to znaczy, że Wielki Orm przyjdzie tu nocą i nawinie moje wnętrzności na kij!

– Naprawdę?

– I wyssie mi oczy. Tak mówiła mama.

– O rany… – szepnął zafascynowany Teppic. – Naprawdę? – Dobrze się złożyło, że zajął łóżko naprzeciw Arthura i teraz będzie miał świetny widok. – A jaka to religia?

– Jesteśmy Ścisłymi Autoryzowanymi Ormitami – wyjaśnił Arthur. Wytarł nos. – A ty nie masz boga?

– Ależ mam – odparł z wahaniem Teppic. – Z całą pewnością.

– Ale jakoś nie chcesz z nim rozmawiać.

– Nie mogę. – Teppic pokręcił głową. – Nie tutaj. Nie usłyszałby mnie.

– Mój bóg słyszy mnie, gdziekolwiek jestem – zapewnił z przekonaniem Arthur.

– Cóż. Mój ma kłopoty, jeśli staniesz po przeciwnej stronie pokoju. To bywa krępujące.

– Nie jesteś chyba Offlianinem? – spytał Arthur. Offler był Bogiem Krokodylem i nie miał uszu.

– Nie.

– Więc jakiego boga czcisz?

– Trudno powiedzieć, że czczę – mruknął zakłopotany Teppic.

– Nie nazwałbym tego czcią. To znaczy owszem, jest w porządku. To mój ojciec, jeśli koniecznie chcesz wiedzieć.

Arthur szeroko otworzył zaczerwienione oczy.

– Jesteś synem boga? – wyszeptał.

– Tam, skąd pochodzę, wiąże się to z funkcją króla – tłumaczył pospiesznie Teppic. – Nie jest to zbyt ciężka praca. Wiesz, to właściwie kapłani kierują państwem. On tylko ma dopilnować, żeby co roku wylała rzeka, i wiesz, służy Wielkiej Krowie Niebiańskiej Kopuły. Kiedyś służył.

– Wielkiej.

– Mojej matce – wyjaśnił Teppic. – To trochę krępujące.

– Czy poraża ludzi?

– Chyba nie. Nigdy o tym nie mówił.

Arthur wskazał ramę łóżka. W całym zamieszaniu kozioł przegryzł sznurek i potruchtał za drzwi, obiecując sobie, że już na zawsze skończy z religią.

– Będę miał straszne kłopoty – wyznał Arthur. – Pewnie nie mógłbyś prosić ojca, żeby wytłumaczył wszystko Wielkiemu Ormowi?

– Może mu się uda – mruknął z powątpiewaniem Teppic. – I tak miałem jutro pisać do domu.

– Wielki Orm przebywa zwykle w jednym z Niższych Piekieł, skąd obserwuje wszystko, co robimy. A w każdym razie wszystko, co ja robię. Zostaliśmy już tylko ja i mama, a ona nie robi nic, co warto by oglądać.

– Powiem mu o tym.

– Myślisz, że Wielki Orm przyjdzie dziś w nocy?

– Raczej nie. Poproszę ojca, żeby z nim porozmawiał i powiedział, żeby nie przychodził.

Na drugim końcu sali Chidder klęczał Cheesewrightowi na plecach i rytmicznie uderzał jego głową o podłogę.

– Powtórz to – rozkazał. – No już. To nic złego.

– To nic złego, że ktoś ma dość odwagi. Niech cię demony porwą, Chidder, ty draniu.

– Nie słyszę cię, Cheesewright.

– Dość odwagi, żeby odmawiać pacierz przy wszystkich, ty zgniły- – Dobrze. I nie zapominaj o tym.

Po zgaszeniu światła, Teppic leżał w łóżku i myślał o religii. Była to z pewnością niezwykle skomplikowana kwestia.

Dolina Djel miała własnych, prywatnych bogów, nie mających nic wspólnego z zewnętrznym światem. Jej mieszkańcy zawsze byli z tego bardzo dumni. Bogowie – mądrzy i sprawiedliwi – kierowali życiem ludzi z wprawą i talentem, co do tego nie było najmniejszych wątpliwości. Istniały jednak zagadki.

Na przykład ojciec sprawiał, że słońce wschodziło, rzeka wylewała i tak dalej. To podstawa, coś, co faraonowie robili od czasów Khufta, nie można kwestionować czegoś tak oczywistego. Problem w tym, czy sprawiał, że słońce wschodziło w Dolinie, czy wszędzie na świecie? Wschód słońca w Dolinie wydawał się rozsądniejszym założeniem, w końcu ojcu lat nie ubywało; trudno jednak sobie wyobrazić, że słońce wschodzi wszędzie, tylko nie w Dolinie, co z kolei prowadziło do niepokojącego wniosku, że słońce by wzeszło, nawet gdyby ojciec o nim zapomniał, co prawdopodobnie było zgodne z rzeczywistością. Teppic musiał przyznać, że nigdy nie widział ojca zajmującego się wschodem słońca. Można by się spodziewać przynajmniej stęknięcia z wysiłku tuż przed świtem. Ojciec nigdy nie wstawał przed śniadaniem. A słońce wschodziło i tak.

Długo nie mógł zasnąć. Łóżko, cokolwiek by mówił Chidder, było za miękkie, powietrze za zimne, a co najgorsze, niebo za oknami by – ło za ciemne. W domu rozjaśniałyby je flary nekropolii, bezgłośne płomienie – niesamowite, ale też znajome i uspokajające. Jakby przodkowie spoglądali na niego ponad rzeką. Teppic nie lubił ciemności.

Następnego wieczoru kolejny chłopiec z ich sali, pochodzący gdzieś z dalekiego wybrzeża, trochę zawstydzony, próbował wsadzić jeszcze innego chłopca do wiklinowej klatki, którą zrobił na zajęciach Rzemiosła, i podłożyć ogień. W dzień później Snoxall, który miał łóżko przy drzwiach i pochodził z jakiegoś małego państewka wśród lasów, pomalował się na zielono i poprosił o ochotników, którzy by pozwolili owinąć swoje wnętrzności wokół drzewa. W czwartek wybuchła niewielka wojna między czcicielami Bogini Matki w jej aspekcie Księżyca, a jej czcicielami w aspekcie wielkiej grubej kobiety z ogromnymi pośladkami. Wtedy interweniowali nauczyciele. Wyjaśnili, że religia, choć to piękna rzecz, może doprowadzić za daleko.

1-6_jpg

Teppic podejrzewał, że niepunktualność jest niewybaczalna. Ale z pewnością Mericet musi się zjawić w wieży pierwszy, a on sam szedł najkrótszą trasą. Starzec nie mógł go przecież wyprzedzić. Nawiasem mówiąc, nie mógł też pierwszy dobiec do pomostu nad zaułkiem. Na pewno zdjął pomost przed spotkaniem, tłumaczył sobie Teppic, a potem wspiął się na dach, kiedy ja wspinałem się po ścianie.

Nie wierzył w ani jedno słowo.

Przebiegł po szczycie dachu, uważając na obluzowane dachówki i linki potykaczy. Wyobraźnia w każdym cieniu ukazywała mu przyczajone postacie.

Przed nim wyrosła dzwonnica. Teppic przystanął, żeby ją obejrzeć. Widział ją już tysiące razy i wspinał się na nią wielokrotnie, chociaż miała najwyżej 1,8, mimo interesującego przejścia przez mosiężną kopułę na szczycie. Była zwykłym elementem krajobrazu. Przez to teraz wydawała się straszniejsza; wznosiła w górę swą krępą, groźną sylwetkę, dobrze widoczną na tle szarego nieba.

Teppic zbliżał się teraz ostrożniej, ukosem po spadzistym dachu. Przyszło mu do głowy, że tam, w górze, na kopule, są jego inicjały, a obok inicjały Chiddy’ego i setek młodych skrytobójców, i że pozostaną tam, choćby nawet zginął dziś w nocy. Ta myśl dodała mu otuchy. Tyle że nie za bardzo.

Odwinął linę i bez trudu zarzucił ją na gzyms biegnący wokół wieży tuż pod kopułą. Pociągnął i usłyszał cichy brzęk, gdy kotwiczka zaczepiła o mur. Wtedy szarpnął z całej siły, opierając nogę o komin.

Nagle, bez żadnego dźwięku, część gzymsu poruszyła się i runęła w dół.

Z trzaskiem uderzyła o dach i zsunęła się po dachówkach. Kolejną chwilę ciszy przerwał odległy huk, gdy gzyms roztrzaskał się na ulicy.

Cisza zaległa nad dachami. Tam gdzie stał Teppic, jedynie bryza poruszała rozgrzanym powietrzem.

Po kilku minutach wynurzył się z cienia komina; na ustach miał dziwny, straszny uśmiech.

Nic, co mógłby wymyślić egzaminator, nie było nieuczciwe. Klienci skrytobójcy mieli zwykle dość pieniędzy, żeby opłacić rozmaite pomysłowe środki obronne, a nawet własnych skrytobójców1. Mericet nie próbował go zabić; starał się tylko skłonić go, żeby sam się zabił.

Teppic zbliżył się do podstawy wieży i znalazł rynnę. Ku jego zdumieniu, nie była pokryta maścią poślizgową, ale delikatnie badające powierzchnię palce natrafiły na zatrute igły, pomalowane na czarno i przyklejone od strony muru. Wyrwał je szczypcami i powąchał.

Destylowany nadymacz… Bardzo kosztowny i o zdumiewającym działaniu. Teppic sięgnął do pasa po szklaną fiolkę i zebrał wszystkie igły, jakie udało mu się znaleźć. Potem włożył wzmacniane rękawice i zaczął się wspinać z prędkością ślimaka.

1-6_jpg

– Może się zdarzyć, że gdy przemierzacie miasto w prawowitej misji, staniecie przeciwko kolegom z gildii, może nawet przeciwko jednemu z dżentelmenów, z którymi teraz siedzicie w jednej ławce. Jest to prawidłowe i… Co pan robi, panie Chidder? Nie, proszę nie mówić, chyba wolę nie wiedzieć, proszę się zgłosić po lekcji… właściwe. Każdy, bez żadnego wyjątku, ma prawo się bronić najlepiej, jak potrafi. Jednakże są też inni wrogowie, którzy podążają za wami, i z nimi do walki nie jesteście przygotowani. Kim oni są, panie Cheesewright?

Mericet odwrócił się od tablicy niczym sęp, który właśnie usłyszał jęk konania, i wycelował kredę w Cheesewrighta. Chłopiec wytrzeszczył oczy.

– Gildia Złodziei, sir? – wykrztusił.

– Podejdź do tablicy, chłopcze.

Wśród chłopców krążyły powtarzane szeptem historie o tym, co Mericet robił z marnymi uczniami. Historie te zawsze były niejasne, ale przerażające. Klasa się odprężyła. Mericet zajmował się zwykle tylko jedną ofiarą, więc teraz mieli tylko wyglądać na skupionych i bawić się pokazem. Zaczerwieniony po uszy Cheesewright wstał i podreptał do tablicy.

Mistrz przyjrzał mu się uważnie.

– No tak – rzekł. – Oto mamy pana Cheesewrighta G., skradającego się po skrzypiących dachach. Widzimy jego zdeterminowane uszy. Widzimy stanowcze kolana.

Klasa zachichotała posłusznie. Cheesewright uśmiechnął się idiotycznie i przewrócił oczami.

– Ale co to za złowieszcze postacie, idące za nim krok w krok? Słucham. Ponieważ tak świetnie się pan bawi, panie Teppic, może zechce pan to wyjaśnić panu Cheesewrightowi?

Teppic zamarł roześmiany.

Wzrok Mericeta wbijał się w niego. Jest jak Dios, najwyższy kapłan, myślał Teppic. Nawet ojciec boi się Diosa.

Wiedział, co powinien teraz zrobić, ale niech go porwą demony, jeśli zrobi. Powinien się przestraszyć.

– Złe przygotowanie – powiedział. – Niedbałość. Brak koncentracji. Brak troski o narzędzia. Aha, i jeszcze nadmierna pewność siebie, sir.

Jeszcze przez chwilę Mericet patrzył mu w oczy, ale Teppic ćwiczył to z pałacowymi kotami.

Wreszcie nauczyciel uśmiechnął się lekko – co nie miało nic wspólnego z humorem – podrzucił kredę, złapał ją i stwierdził:

– Pan Teppic ma rację. Zwłaszcza w kwestii nadmiernej pewności siebie.

1-6_jpg

Trafił na gzyms prowadzący do zachęcająco otwartego okna. Na gzymsie był olej i Teppic poświęcił kilka minut, by w szczeliny między kamieniami wkręcić kilka małych haków. Potem ruszył dalej.

Bez wysiłku zawisł przy oknie i odczepił od pasa kilka metalowych prętów. Były nagwintowane na końcach i po kilku sekundach szybkiej pracy otrzymał z nich jeden, długi na jakieś trzy stopy. Na końcu umocował małe lusterko.

Nie pokazało mu niczego prócz mroku. Zdjął je i ponowił próbę, tym razem wsuwając w okno swój kaptur, do którego wcisnął rękawice, żeby uzyskać efekt głowy, ostrożnie pojawiającej się na tle jaśniejszego nieba. Był przekonany, że trafi go strzałka lub bełt, ale kaptur pozostał rozsądnie nieatakowany.

Robiło się chłodno, choć noc była upalna. Czarny aksamit świetnie wygląda, ale to właściwie wszystko, co można o nim powiedzieć. Podniecenie i wysiłek oznaczały, że Teppic nosił teraz ze dwie kwarty lepkiej cieczy.

Ruszył.

Na parapecie znalazł cienką czarną linkę, a na zsuwanej części okna zębate ostrze. Wystarczyła chwila, by podeprzeć okno kolejnym prętem i przeciąć linkę. Okno opadło o ułamek cala.

Teppic uśmiechnął się w ciemności.

Machnięcie dłuższym prętem ujawniło, że za oknem jest podłoga, najwyraźniej wolna od przeszkód, a także linka na wysokości piersi. Teppic umocował na pręcie mały haczyk, zaczepił linkę i pociągnął.

Zabrzmiało tępe stuknięcie bełtu z kuszy, wbijającego się w tynk.

Bryła gliny na końcu tego samego pręta, pchnięta delikatnie po podłodze, zdradziła obecność licznych kolców. Teppic przyciągnął je i obejrzał. Były miedziane. Gdyby użył magnesu, co jest standardową techniką, na pewno by ich nie znalazł.

Zastanowił się. Miał ze sobą parę wsuwanych kapłanów. Potwornie przeszkadzały w skradaniu się po pokoju, ale włożył je mimo wszystko (kapłany to wzmacniane metalem kalosze; ratują skórę twoich butów, jak żartowali skrytobójcy). Mericet był w końcu specjalistą od trucizn. Nadymacz! Jeśli namoczył w nim kolce, Teppic rozsmarowałby się po ścianach. Nie musieliby go grzebać, wystarczyłoby malowanie5.

Zasady. Mericet musi przestrzegać zasad. Nie może po prostu zabić Teppica bez ostrzeżenia. Musi mu pozwolić zabić się samemu, przez nieuwagę lub nadmierną pewność siebie.

Zeskoczył lekko na podłogę w pokoju i poczekał, aż oczy przyzwyczają się do ciemności. Kilka badawczych machnięć prętem nie wykryło dalszych linek; coś cicho zgrzytnęło pod stopą – to kapłan zgniótł kolec.

– Kiedy tylko będzie pan gotów, panie Teppic.

Mericet stał w kącie. Coś notował – Teppic usłyszał cichy zgrzyt ołówka. Starał się zapomnieć o egzaminatorze. Starał się myśleć.

Jakiś człowiek leżał na łóżku, całkowicie zakryty kocem.

To ostatni test. W tym pokoju wszystko się wyjaśnia. O tym nie opowiadają studenci, którzy zdali. Tych, którzy nie zdali, i tak nie można zapytać.

Myśli Teppica pędziły jak oszalałe. W takich chwilach niezbędne było boskie przewodnictwo. Tato, dlaczego cię tu nie ma?

Zazdrościł kolegom, którzy wierzyli w bogów niedotykalnych, żyjących na szczycie jakiejś góry. W takich to naprawdę można uwierzyć. Ale bardzo trudno jest uwierzyć w boga, którego codziennie rano widuje się przy śniadaniu.

Zdjął z ramienia kuszę i skręcił jej dobrze naoliwione części. Nie była to najlepsza broń, ale skończyły mu się noże, a w ustach za bardzo zaschło, żeby użyć dmuchawki.

Jakiś głos dobiegł z kąta. To Mericet obojętnie stukał się ołówkiem po zębach.

Może to tylko manekin? Skąd może wiedzieć? Nie, to na pewno prawdziwy człowiek. Słyszał takie historie. Może gdyby postukał go prętem.

Potrząsnął głową, uniósł kuszę i wymierzył dokładnie.

– Kiedy tylko pan zechce, panie Teppic.

To było to.

To tutaj przekonywali się, czy człowiek potrafi zabić. To właśnie to, o czym starał się nie myśleć.

Wiedział, że nie potrafi.

1-6_jpg

W oktodniowe popołudnia mieli zajęcia ze Skuteczności Politycznej z lady T’malią, jedną z niewielu kobiet, które doszły w gildii do najwyższych godności. W krainach wokół Okrągłego Morza na ogół zgadzano się, że jednym ze sposobów na długie życie jest niespożywanie posiłków z tą damą. Biżuteria na jednej tylko ręce zawierała dość trucizny, by inhumować niewielkie miasteczko. T’malia była oszałamiająco piękna, tą wyrachowaną urodą, którą uzyskuje się dzięki zespołowi utalentowanych artystów, manikiurzystów, szminkarzy, gorseciarzy i krawców oraz trzygodzinnej ciężkiej pracy każdego ranka. Kiedy szła, słychać było cichy jęk fiszbinów poddanych niewiarygodnym naprężeniom.

Chłopcy uczyli się szybko. Gdy mówiła, nie patrzeli na jej figurę. Obserwowali jej palce.

– Zatem – powiedziała – rozważmy sytuację przed stworzeniem gildii. W tym mieście, a także w wielu innych miejscach cywilizacja utrzymuje się i rozwija dzięki dynamicznej grze interesów między licznymi wielkimi i potężnymi kartelami. W dniach przed powstaniem gildii próba zyskania przewagi wśród tych konsorcjów nieodmiennie prowadziła do pożałowania godnych kontrowersji, rozwiązywanych z tragicznymi konsekwencjami. Miało to fatalny wpływ na wspólne dobro mieszkańców miasta. Pamiętajcie, proszę, że gdzie rządzi nieład, tam upada handel. Ajednak.

Przycisnęła dłonie do łona. Coś zatrzeszczało, jakby galeon walczył ze szkwałem.

– W oczywisty sposób niezbędne były wyjątkowe, ale odpowiedzialne metody łagodzenia nierozwiązywalnych konfliktów. Wtedy to nakreślono podstawowe cele gildii. Jakimż błogosławieństwem!… – nagle uniesiony głos wyrwał kilkudziesięciu młodych ludzi z rozmarzenia – …było życie w tamtych czasach, kiedy obywatele o niezłomnych zasadach moralnych postanowili wykuć ostateczne narzędzie polityki, nie licząc wojny. Jakież szczęście macie dzisiaj, ucząc się w gildii, która tak wiele wymaga w dziedzinie manier, zachowania, postawy i sztuk ezoterycznych, a przy tym ofiaruje wam władzę, zastrzeżoną niegdyś jedynie dla bogów. Świat otwiera się przed wami niby mięczak.

W czasie przerwy, za stajnią, Chidder przełumaczył większą część wykładu.

– Wiem, co to znaczy Rozwiązywać z Tragicznymi Konsekwencjami – oznajmił z wyższością Cheesewright. – To znaczy inhumować toporem.

– Wcale nie znaczy – zaprotestował Chidder.

– A skąd wiesz?

– Moja rodzina zajmuje się handlem od lat.

– Aha – mruknął Cheesewright. – Handlem.

Chidder nie tłumaczył szczegółowo, o jaki handel mu chodzi. Miał jakiś związek z przenoszeniem obiektów w różne miejsca i zaspokajaniem potrzeb, ale jakich konkretnie obiektów i jakich potrzeb, nigdy właściwie nie wyjaśnił.

Kiedy już przyłożył Cheesewrightowi, Chidder wyjaśnił, że Rozwiązywanie z Tragicznymi Konsekwencjami wymagało nie tylko inhumacji ofiary – w możliwie dokładny sposób – ale także włączenie do procesu jej wspólników i pracowników, terenu firmy, domu oraz sporej części okolicy. Dzięki temu każdy od razu widział, że człowiek ów był bardzo nierozsądny i zyskał sobie wrogów, którzy potrafią wpaść w wielki gniew.