Na glinianych nogach - Terry Pratchett

Na glinianych nogach

0,0

Książka otrzymała tytuł ASA EMPiKu 2004.

Kryminalna zagadka w świecie Dysku. Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą - ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego. Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy - zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek? W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.

„Na glinianych nogach” jest 21. wydaną w Polsce powieścią z cyklu o Świecie Dysku. Świecie zaludnionym przez ludzi, krasnoludy, trolle, wilkołaki, nieumarłych, magów i czarownice. „Na glinianych nogach” jest kryminałem. Nie brakuje w nim ani tajemniczych zbrodni, ani fałszywych tropów, ani zaskakujących zwrotów akcji. Jak w każdej powieści ze Świata Dysku pełno jest odniesień do znanej nam współczesności - czasem zabawnych, czasem dających do myślenia. „Na glinianych nogach” ucieszy i usatysfakcjonuje fanów Pratchetta. Dla tych, którzy jeszcze nie znają jego powieści, to dobra książka na początek. Jeśli im się spodoba - wpadli. Będą musieli przeczytać pozostałych 20. Maja Staniszewska Metro

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

tytulowka.jpg

Tytuł oryginału

FEET OF CLAY

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 1996

First published by Victor Gollancz Ltd,

an imprint of the Orion Publishing Group Ltd, London

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

© Josh Kirby/via Thomas Schlück GmbH

Rysunki herbów Stephen Briggs

Redakcja

Łucja Grudzińska

Korekta

Mariola Będkowska

ISBN 978-83-7648-874-5

Warszawa 2013

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Tego samego autora polecamy:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUTLUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

*

NIUCH

herby.jpg

Reprodukcje za uprzejmym zezwoleniem Królewskiego Kolegium Heraldycznego, ul. Mokocia, Ankh-Morpork

SLONIE.TIF

Była ciepła, wiosenna noc, kiedy jakaś pięść huknęła o drzwi tak mocno, że wygięły się zawiasy.

Mężczyzna otworzył i wyjrzał na ulicę. Znad rzeki unosiła się mgła, a noc była chmurna. Równie dobrze mógłby starać się zobaczyć coś przez biały aksamit.

Ale potem miał wrażenie, że dostrzega jakieś kształty tuż poza granicą wylewającego się na ulicę światła. Wiele kształtów, obserwujących go uważnie. Zdawało mu się, że była tam nawet sugestia bardzo słabych świetlnych punkcików...

Nie mógł się jednak mylić co do kształtu wyrastającego tuż przed nim. Był wielki, ciemnoczerwony i przypominał ulepioną przez dziecko figurkę człowieka z gliny. Oczy miał jak dwie jarzące się głownie.

– Tak? Czego tu szukasz o tej porze?

Golem wręczył mu tabliczkę, na której było napisane:

SŁYSZELIŚMY, ŻE POTRZEBUJESZ GOLEMA.

Oczywiście, golemy przecież nie mówią, prawda?

– Ha! Potrzebuję, tak. Ale żeby mnie było stać, to już nie bardzo. Rozglądałem się trochę, ale zabójcze ceny ostatnio za was biorą...

Golem starł litery z tabliczki i napisał:

JAK DLA CIEBIE, STO DOLARÓW.

– Jesteś na sprzedaż?

NIE.

Golem odsunął się ciężko. W krąg światła wkroczył inny.

To także był golem – mężczyzna nie miał wątpliwości. Ale nie przypominał tych niezgrabnych brył gliny, jakie czasem widywał. Lśnił jak świeżo wypolerowany posąg, wyrzeźbiony perfekcyjnie, aż po szczegóły odzieży. Podobny był trochę do któregoś z królów miasta ze starego portretu, z wyniosłą postawą i władczą fryzurą. Miał nawet wąską koronę uformowaną na głowie.

– Sto dolarów? – zapytał podejrzliwie mężczyzna. – A co z nim jest nie w porządku? Kto go sprzedaje?

WSZYSTKO JEST W PORZĄDKU. DOSKONAŁY W KAŻDYM SZCZEGÓLE. DZIEWIĘĆDZIESIĄT DOLARÓW.

– Wygląda na to, że ktoś chce się go szybko pozbyć...

GOLEM MUSI PRACOWAĆ. GOLEM MUSI MIEĆ WŁAŚCICIELA.

– No tak, zgadza się. Ale słyszy się różne historie... Jak popadają w szaleństwo, pracują za dużo i takie tam.

NIE JEST SZALONY. OSIEMDZIESIĄT DOLARÓW.

– Wygląda... na nowego. – Mężczyzna stuknął w błyszczącą pierś. – Ale nikt przecież nie robi już golemów i właśnie przez to cena przekracza możliwości rodzinnej firmy... – Przerwał nagle. – Czyżby ktoś znowu je produkował?

OSIEMDZIESIĄT DOLARÓW.

– Słyszałem, że kapłani już wiele lat temu zakazali produkcji golemów. Można się wpakować w bardzo poważne kłopoty.

SIEDEMDZIESIĄT DOLARÓW.

– Kto go zrobił?

SZEŚĆDZIESIĄT DOLARÓW.

– Czy sprzedaje je Albertsonowi? Albo Spadgerowi i Williamsowi? I tak ciężko jest z nimi konkurować, mają pieniądze, żeby zainwestować w nową wytwórnię...

PIĘĆDZIESIĄT DOLARÓW.

Mężczyzna obszedł golema dookoła.

– I człowiek potem widzi, jak jego firma się sypie z powodu nieuczciwego zaniżania cen, chciałem powiedzieć...

CZTERDZIEŚCI DOLARÓW.

– Religia owszem, świetna sprawa, ale co prorocy mogą wiedzieć o profitach? Hm... – Spojrzał na skrytego w cieniu bezkształtnego golema. – Zdaje się, że napisałeś właśnie „trzydzieści dolarów”?

TAK.

– Zawsze lubiłem hurtowe zakupy. Zaczekaj chwilę. – Zniknął w głębi domu i po chwili wrócił z garścią monet. – Będziecie je sprzedawać tamtym draniom?

NIE.

– Doskonale. Powiedz swojemu szefowi, że robienie z nim interesów to prawdziwa przyjemność. No, wchodź do środka, słoneczko.

Biały golem wszedł do fabryki. Mężczyzna rozejrzał się nerwowo i podreptał za nim. Zamknął drzwi.

Głębsze cienie poruszyły się w mroku. Zabrzmiał cichy syk. Po chwili, kołysząc się lekko na boki, wielkie i ciężkie kształty odeszły.

Niedługo potem, za rogiem, jakiś żebrak z nadzieją wyciągnął rękę po jałmużnę i ze zdumieniem odkrył, że nagle stał się bogatszy o całe trzydzieści dolarów1.

SLONIE_male

Świat Dysku obracał się na tle migoczącego tła kosmicznej przestrzeni; wirował delikatnie na grzbietach czterech ogromnych słoni stojących na skorupie Wielkiego A’Tuina, gwiezdnego żółwia. Kontynenty dryfowały powoli, okryte układami pogodowymi, które same kręciły się powoli przeciwko nurtowi, jak tańczący walca, którzy wirują w kierunku przeciwnym do kierunku tańca. Miliardy ton geografii przetaczały się po niebie.

Ludzie patrzą z góry na takie rzeczy jak geografia czy meteorologia nie tylko dlatego, że stoją na jednej i są moczeni przez drugą. Obie nie wyglądają na prawdziwe nauki2. Ale geografia to tylko fizyka, spowolniona i z kilkoma wetkniętymi w nią drzewami, a meteorologia pełna jest oszałamiająco modnego chaosu i złożoności. Natomiast lato nie jest tylko czasem. Jest również miejscem. Lato jest ruchliwą istotą, która na zimę lubi przenosić się na południe.

Nawet na świecie Dysku z jego maleńkim, orbitującym słońcem, przemykającym ponad wirującym światem, pory roku przemieszczały się z wolna. W Ankh-Morpork, największym z miast świata, lato odpychało wiosnę, a samo było szturchane w plecy przez jesień.

Geograficznie rzecz biorąc, w granicach samego miasta różnice nie były wielkie, choć późnym latem brudna piana na rzece często miała piękny szmaragdowy kolor. Wiosenne mgiełki stały się mgłami jesiennymi, które – zmieszane z oparami i dymami z dzielnicy magicznej i z warsztatów alchemików – zdawały się zyskiwać własne, duszące i gęste życie.

A czas płynął.

SLONIE_male

Jesienna mgła lgnęła do czarnych o północy szyb.

Strużka krwi ciekła po stronicach rozerwanego na połowy tomu esejów religijnych.

Nie trzeba było tego robić, pomyślał ojciec Tubelcek.

Kolejna myśl sugerowała, że i jego nie trzeba było uderzać. Ale ojciec Tubelcek nigdy nie przejmował się zbytnio takimi sprawami. W końcu człowiek może wyzdrowieć, książka nie. Wyciągnął drżącą dłoń, próbując zebrać kartki, ale znów opadł nieruchomo.

Pokój wirował wokół niego.

Otworzyły się drzwi i zabrzmiały kroki ciężkich stóp na podłodze. A przynajmniej kroki jednej ciężkiej stopy i szuranie.

Krok. Szur. Krok. Szur.

Ojciec Tubelcek z wysiłkiem skupił wzrok.

– Ty? – wychrypiał.

Przytaknięcie.

– Zbierz... te... książki.

Stary kapłan przyglądał się, jak tomy zostały zebrane i ułożone w stosy – palcami całkiem nieodpowiednimi do tego zadania.

Przybysz znalazł wśród rozrzuconych rzeczy gęsie pióro, starannie napisał coś na skrawku papieru, potem zwinął go i delikatnie umieścił między wargami ojca Tubelceka.

Umierający kapłan spróbował się uśmiechnąć.

– My tak nie działamy – wymamrotał; niewielki zwitek kołysał się niczym ostatni papieros. – My... tworzymy... własne... s...

Pochylona postać przyglądała mu się jeszcze chwilę, a potem bardzo ostrożnie pochyliła się wolno i zamknęła mu oczy.

SLONIE_male

Komendant Straży Miejskej Ankh-Morpork, sir Samuel Vimes, marszcząc brwi, przyjrzał się swemu odbiciu w lustrze i rozpoczął golenie.

Brzytwa była dla niego mieczem wolności. Golenie – aktem buntu.

W ostatnich czasach ktoś przygotowywał mu kąpiel (codziennie! – trudno uwierzyć, że ludzka skóra to wytrzymuje). Ktoś szykował mu ubranie (i to jakie ubranie!). I ktoś gotował mu posiłki (i to jakie posiłki! – przybierał na wadze, zdawał sobie z tego sprawę). I nawet ktoś czyścił mu buty (takie buty! – nie jakieś byle co z tekturowymi podeszwami, ale solidne, dobrze dopasowane buty z prawdziwej błyszczącej skóry). Był ktoś, kto robił za niego prawie wszystko, ale pewne rzeczy mężczyzna powinien załatwiać sam, a jedną z nich było golenie.

Wiedział, że lady Sybil tego nie aprobuje. Jej ojciec nigdy w życiu sam się nie ogolił. Miał do tego odpowiedniego człowieka. Vimes protestował, że zbyt wiele lat patrolował nocą ulice, by pozwalać komukolwiek operować ostrzem w pobliżu własnego gardła. Jednak prawdziwym powodem, powodem niewypowiedzianym, było to, że nienawidził samej idei świata podzielonego na golących i golonych. Albo tych, co noszą błyszczące buty, i tych, co zdrapują z nich błoto. Za każdym razem, kiedy widział, jak Willikins składa jego ubranie, musiał tłumić przemożny odruch, by kopnąć w błyszczący tyłek kamerdynera jako obrazy dla godności człowieka.

Brzytwa sunęła płynnie po nocnej szczecinie.

Wczoraj byli na jakimś oficjalnym przyjęciu. Nie przypominał sobie, o co chodziło. Miał wrażenie, że całe życie spędza na takich imprezach. Figlarnie rozchichotane kobiety i hałaśliwi młodzi ludzie, którzy chyba stali na końcu kolejki, kiedy wydawano podbródki, i dla nich zabrakło. Jak zwykle, wracał przez mgliste ulice w paskudnym nastroju.

Zauważył światło pod kuchennymi drzwiami, usłyszał rozmowy i śmiechy, więc wszedł. Był tam Willikins, a także staruszek, który palił w piecu, i główny ogrodnik, i jeszcze chłopak, który czyścił łyżki i rozpalał w kominkach. Grali w karty. Na stole stały butelki piwa.

Przysunął sobie krzesło, rzucił kilka żartów i poprosił, żeby jemu też rozdać. Byli... serdeczni. W pewnym sensie. Ale w miarę postępów gry uświadamiał sobie, jak świat krystalizuje się wokół niego. Całkiem jakby stał się kółkiem zębatym w szklanym zegarze. Nikt się nie śmiał. Zwracali się do niego „proszę pana” i stale odchrząkiwali. Wszystko stało się bardzo... ostrożne.

Wreszcie wymamrotał jakieś przeprosiny i wyszedł. W połowie korytarza zdawało mu się, że usłyszał komentarz, a po nim... cóż, może tylko śmiech. Ale mógł to być ironiczny chichot.

Brzytwą ostrożnie manewrował wokół nosa.

Ha... Jeszcze parę lat temu ktoś taki jak Willikins z trudem by go tolerował w kuchni. I kazałby mu przed wejściem zdjąć buty.

Więc takie teraz jest twoje życie, komendancie sir Samuelu, myślał Vimes. Dla jaśniepaństwa – były gliniarz, który wżenił się w arystokrację, ale jaśnie pan dla całej reszty...

Zmarszczył brwi, patrząc na swe odbicie w lustrze.

Zaczął w rynsztoku, to prawda. A teraz doszedł do trzech posiłków dziennie, dobrych butów, ciepłego łóżka nocą i – jeśli już o tym mowa – także żony. Dobra stara Sybil... Chociaż ostatnio zaczyna rozmowy o zasłonach, ale sierżant Colon mówił, że to się żonom zdarza, chodzi o coś biologicznego i jest absolutnie normalne.

Prawdę mówiąc, był dość przywiązany do swoich starych, tanich butów. Podeszwy miał w nich tak cienkie, że mógł przez nie odczytać ulicę. Potrafił nawet w ciemności poznać, gdzie się znalazł. Co tam...

Lustro do golenia Sama Vimesa było trochę nietypowe – lekko wypukłe, przez co odbijało więcej niż płaskie lustra. I dawało doskonały widok na przybudówki i ogrody za oknem.

Hm... przerzedzają się u góry... – myślał. Wyraźnie wyższe czoło. Mniej włosów do czesania, ale z drugiej strony więcej twarzy do mycia...

Coś mignęło w lustrze.

Vimes odsunął się w bok i pochylił.

Lustro rozpadło się na kawałki.

Gdzieś za wybitym oknem rozległ się tupot biegnących stóp, potem trzask i krzyk.

Vimes wyprostował się. Wyłowił z miski największy odłamek lustra i oparł go o czarne drzewce wbitego w ścianę bełtu.

Skończył się golić.

Potem zadzwonił na kamerdynera. Willikins zmaterializował się prawie natychmiast.

– Proszę pana...

Vimes wypłukał brzytwę.

– Poślij chłopaka do szklarza, dobrze?

Wzrok kamerdynera przemknął do okna, a potem do strzaskanego lustra.

– Oczywiście, proszę pana. A rachunek znowu odesłać do Gildii Skrytobójców?

– Z pozdrowieniami ode mnie. A skoro już pójdzie, niech zajrzy na skwer Piątaka i Siódmaka, i kupi mi nowe lustro. Ten krasnolud wie, jakie lubię.

– Tak, proszę pana. Przyniosę miotłę i szufelkę, proszę pana, i sprzątnę tu natychmiast. Czy mam poinformować jaśnie panią o zajściu?

– Nie. Zawsze twierdzi, że to moja wina, bo ich zachęcam.

– Oczywiście, proszę pana – zgodził się Willikins.

I się zdematerializował.

Sam Vimes osuszył twarz ręcznikiem i zszedł na dół, do pokoju porannego. Z szafki wyjął nową kuszę, którą Sybil podarowała mu w prezencie ślubnym. Był przyzwyczajony do typowych strażniczych kusz, w krytycznych sytuacjach mających paskudny zwyczaj strzelania do tyłu, ale ta była z warsztatu Burleigh i Wręcemocny, robiona na miarę, z gładką orzechową kolbą. Podobno nie istniała lepsza broń.

Następnie wybrał cienkie cygaro i wyszedł do ogrodu.

Jakieś hałasy dochodziły z szopy dla smoków. Vimes wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Oparł o nie kuszę.

Skamlania i piski zabrzmiały głośniej. Niewielkie strużki ognia wznosiły się nad grubymi ścianami zagród lęgowych.

Vimes pochylił się nad najbliższą. Podniósł świeżo wyklutą dragonetkę i połaskotał ją w gardło. Kiedy w podnieceniu zionęła ogniem, zapalił cygaro i zaciągnął się z satysfakcją. Wydmuchnął pierścień dymu w stronę postaci wiszącej pod sklepieniem.

– Dzień dobry – powiedział.

Człowiek wyginał się gorączkowo. Dzięki zadziwiającej sprawności zdołał zahaczyć stopą o belkę, ale nie potrafił się podciągnąć. O spadaniu lepiej było nie myśleć – kilkanaście małych smoczków zebrało się pod nim, podskakiwało nerwowo i wypuszczało płomienie.

– Eee... Dzień dobry – odpowiedział wiszący człowiek.

– Znów mamy piękną pogodę – zauważył Vimes, podnosząc wiadro z węglem. – Choć podejrzewam, że po południu podniesie się mgła.

Rzucił smokom niewielki węgielek. Przepychały się, by go zdobyć.

Wybrał kolejny. Młody smok, który połknął węgielek, miał teraz wyraźnie dłuższy i gorętszy płomień.

– Przypuszczam – odezwał się młody człowiek – że nie zdołam pana przekonać, by pozwolił mi pan zejść?

Następny smok połknął trochę węgla i odbiło mu się kulą ognistą. Młody człowiek wygiął się rozpaczliwie, by jej uniknąć.

– Zgaduj – zaproponował Vimes.

– Po rozważeniu sytuacji mam wrażenie, że wybór dachu nie był mądrym posunięciem – stwierdził skrytobójca.

– Prawdopodobnie – zgodził się Vimes.

Kilka tygodni temu spędził dobre parę godzin, podpiłowując belki i starannie układając dachówki.

– Powinienem zeskoczyć z muru i wykorzystać krzaki pod murem.

– Być może – przyznał Vimes.

W krzakach założył pułapkę na niedźwiedzie.

Chwycił garść węgla.

– Pewnie mi nie zdradzisz, kto cię wynajął?

– Obawiam się, że to zupełnie niemożliwe, proszę pana. Zna pan zasady.

Vimes posępnie skinął głową.

– W zeszłym tygodniu doprowadziliśmy przed Patrycjusza syna lady Selachii. Tak, ten chłopak musi się jeszcze nauczyć, że „nie” nie oznacza „tak, bardzo proszę”.

– Możliwe, proszę pana.

– Potem była ta sprawa z synem lorda Rusta. Nie można strzelać do służących za to, że postawili buty na odwrót. To nieeleganckie. Będzie musiał nauczyć się odróżniać prawo od lewa, tak jak my wszyscy. I prawo od bezprawia także.

– Słucham uważnie, proszę pana.

– Wydaje się, że osiągnęliśmy impas.

– W samej rzeczy, proszę pana.

Vimes wymierzył bryłą węgla w zielonobrązowego smoka, który pochwycił ją zręcznie w powietrzu. Robiło się coraz goręcej.

– Nie rozumiem tylko, dlaczego wszyscy próbujecie albo tutaj, albo w moim biurze. Przecież dużo chodzę po mieście, prawda? Moglibyście mnie chyba zastrzelić na ulicy.

– Co? Jak pospolici mordercy?

Vimes pokiwał głową. Skrytobójcy mieli swój honor, choć czarny i wypaczony.

– Ile byłem wart?

– Dwadzieścia tysięcy, proszę pana.

– Powinno być więcej.

– Zgadzam się.

Jeśli skrytobójca zdoła powrócić do gildii, będzie więcej, pomyślał Vimes. Własne życie cenią bowiem całkiem wysoko.

– Zastanówmy się. – Vimes obejrzał koniec cygara. – Gildia bierze pięćdziesiąt procent. Zostaje dziesięć tysięcy.

Skrytobójca przez chwilę rozważał jego słowa, potem sięgnął do pasa i niezbyt zgrabnie cisnął w stronę Vimesa sakiewkę. Vimes chwycił ją, po czym sięgnął po kuszę.

– Wydaje mi się – stwierdził – że gdyby człowiek miał teraz spaść między smoki, zdołałby pewnie dotrzeć do drzwi z powierzchownymi tylko oparzeniami. Gdyby był szybki. Jesteś szybki?

Nie doczekał się odpowiedzi.

– Oczywiście, musiałby nie mieć innego wyjścia – ciągnął komendant. Umocował kuszę na stole do karmienia i wyciągnął z kieszeni sznurek. Jeden koniec przywiązał do gwoździa, drugi do cięciwy. Potem odsunął się i zwolnił spust.

Cięciwa drgnęła lekko.

Skrytobójca, wisząc głową w dół, wstrzymał oddech.

Vimes zaciągnął się kilka razy cygarem, aż jego koniec stał się prawdziwym piekłem. Wyjął je z ust i oparł o sznurek, tak że musiało się wypalić jeszcze tylko o ułamek cala dalej, by sznurek się zatlił.

– Drzwi zostawiam otwarte – oznajmił. – Nigdy nie byłem człowiekiem nierozsądnym. Z zaciekawieniem będę obserwował twoją karierę.

Rzucił smokom resztę węgla i wyszedł.

Zapowiadał się kolejny, pełen wydarzeń dzień w Ankh-Morpork. A przecież dopiero się zaczął.

Kiedy Vimes dotarł do domu, usłyszał świst, stuk i tupot kogoś biegnącego bardzo szybko w stronę dekoracyjnego stawu. Uśmiechnął się.

Willikins czekał już z jego płaszczem.

– Proszę pamiętać, że o jedenastej ma pan spotkanie z jego lordowską mością, sir Samuelu.

– Tak, tak – potwierdził Vimes.

– A o dziesiątej ma pan zajrzeć do heroldów. Jaśnie pani wyraźnie to przypomniała. Dokładniej, proszę pana, użyła sformułowania „Powiedz mu, żeby nie próbował znowu się wykręcać”.

– Dobrze, dobrze...

– Jaśnie pani także bardzo prosiła, proszę pana, żeby spróbował pan nikogo nie zirytować.

– Przekaż jej, że spróbuję.

– A pańska lektyka czeka przed drzwiami, proszę pana.

Vimes westchnął.

– Dziękuję. W ogrodowej sadzawce siedzi człowiek. Wyłów go i poczęstuj herbatą. Wydaje się, że to obiecujący młodzieniec.

– Oczywiście, proszę pana.

Lektyka... No tak, lektyka. Prezent ślubny od Patrycjusza. Vetinari wiedział przecież, że Vimes kocha chodzić po ulicach miasta. Jakie to dla niego typowe, że dał w prezencie coś, co na chodzenie nie pozwala.

Czekała przed wyjściem. Obaj nosiciele wyprostowali się na jego widok.

Sir Samuel Vimes, komendant Straży Miejskiej, znów się zbuntował. Może naprawdę musi korzystać z tego draństwa, ale...

Spojrzał na przedniego nosiciela i kciukiem wskazał mu drzwiczki lektyki.

– Wsiadaj – polecił.

– Ależ proszę pana...

– Mamy pogodny ranek. – Vimes zdjął płaszcz. – Sam będę prowadził.

Najdrośsi mamo i tato...

Kapitan Marchewa ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork miał dziś dzień wolny. Spędzał go rutynowo. Najpierw jadł śniadanie w jakimś dogodnym barze. Potem pisał list do domu. Listy do domu zawsze sprawiały mu trochę problemów. Listy od rodziców zawsze były ciekawe, pełne statystyk wydobycia i ekscytujących informacji o nowych sztolniach i obiecujących żyłach minerałów. On za to musiał im pisać o morderstwach i innych podobnych sprawach.

Przez chwilę gryzł koniec ołówka.

Miniony tydzień znowu był ciekawy [napisał]. Kręcę się ciągle niby mucha z niebieskim tyłem, Nie Ma Co! Otwieramy nowy komisariat na Flaku, co jest dogodne dla Mroków, więc teraz mamy już nie mniej niż 4 licząc na Sióstr Dolly i przy Długim Murze, a ja jestem jedynym Kapitanem więc bez przerwy, jestem na nogach. Osobiście tęsknię za czasami, kiedy byliśmy tylko ja, Nobby i sierżant Colon ale mamy w końcu Wiek Nietoperza. Sierżant Colon odchodzi na emeryturę pod koniec miesiąca, mówi że pani Colon chce żeby, kupił farmę i mówi jeszcze, że nie może się doczekać wiejskiego spokoju i Bycia Blisko Natury. Jestem pewien że życzylibyście, mu szczęścia. Mój przyjaciel Nobby ciągle jest Nobbym tylko bardziej niż przedtem.

Marchewa z roztargnieniem wziął z talerza niedojedzony barani kotlet i wsunął go pod stół. Rozległo się mlaśnięcie.

Zresztą wracając do rzeczy, jestem też pewien że wspominałem wam, o Chłopakach z Kablowej, chociaż dalej stacjonują przy Pseudopolis Yard, ludzie nie lubią kiedy strażnicy nie noszą mundurów ale, komendant Vimes mówi że przestępcy, też nie noszą mundurów, więc niech ich l*cho porwie.

Przerwał. Wiele mówił na temat kapitana Marchewy fakt, że po prawie dwóch latach spędzonych w Ankh-Morpork wciąż czuł się niepewnie, używając takich słów jak l*cho.

Komendant Vimes twierdzi, że musimy mieć tajnych policjantów, skoro popełniane są tajne przestępstwa...

Znowu przerwał. Kochał swój mundur. Nie miał innego ubrania. Sam pomysł strażnika w przebraniu był... no, był nie do pomyślenia. Kojarzył się z piratami żeglującymi pod fałszywą banderą. Albo ze szpiegami.

Po chwili znów zaczął pilnie stawiać litery.

...a komendant Vimes wie o czym mówi, jestem pewien. Uważa że to nie jest ta staroświcka policyjna robota kiedy się, łapało tych biednych ofermów za gupich żeby uciec!! W każdym razie to oznacza dużo więcej pracy i nowe twarze w straży.

Czekając, aż w myślach uformuje się nowe zdanie, Marchewa wziął z talerza kiełbaskę i opuścił ją poniżej kolan.

Znowu coś mlasnęło.

Kelner zakrzątnął się przy nim.

– Może jeszcze dokładkę, panie Marchewa? Na koszt firmy.

Każda restauracja i jadłodajnia w Ankh-Morpork proponowała Marchewie darmowe posiłki, z pełną satysfakcji świadomością, że zawsze będzie nalegał, by zapłacić.

– Nie, doprawdy... Było bardzo dobre. Tutaj proszę... dwadzieścia pensów i reszty nie trzeba.

– A jak tam ta młoda dama? Nie widziałem jej dzisiaj.

– Angua? Och, jest... kręci się tu i tam, wie pan. Na pewno jej powtórzę, że pan o nią pytał.

Krasnolud z zadowoleniem pokiwał głową i odszedł.

Marchewa starannie dopisał jeszcze kilka linijek, po czym zapytał bardzo cicho:

– Czy ten wózek z koniem wciąż stoi przed piekarnią Staloskórki?

Coś pod stołem zaskomlało.

– Naprawdę? To dziwne. Wszystkie dostawy skończyły się już przed godziną, a mąkę i żwir przywożą dopiero po południu. Woźnica siedzi na koźle?

Ciche szczeknięcie.

– I koń jest trochę za dobry jak na wózek dostawczy. No i wiesz, normalnie woźnica chyba założyłby mu worek z obrokiem. Poza tym mamy ostatni czwartek miesiąca, czyli u Staloskórki dzień wypłat. – Marchewa odłożył ołówek i grzecznie pomachał ręką, by zwrócić uwagę kelnera. – Można prosić o kubek kawy żołędnej, panie Świdro? Na wynos.

Ciąg dalszy dostępny w pełnej, płatnej wersji

1 Wskutek czego upił się do nieprzytomności i został porwany na pokład kupieckiego statku. Popłynął w dalekie strony, gdzie spotkał wiele młodych dam, nienoszących zbyt wiele odzieży. W końcu zmarł w rezultacie nadepnięcia na tygrysa. Jak widać, skutki dobrego uczynku sięgają bardzo daleko.

2 To znaczy, powiedzmy, na takie, z których korzystając, można dodać czemuś trzy dodatkowe nogi, a potem całkiem to coś rozsadzić.