Muzyka duszy - Terry Pratchett

Muzyka duszy

0,0

Inne dzieci dostawały w prezencie cymbałki. Susan musiała tylko prosić dziadka, żeby zdjął kamizelkę...

Tak. Ma Śmierć w rodzinie.

Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę - zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.

A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.

Jest bezprawna. I zmienia ludzi.

Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.

Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale...

Jest... żywa.

I nie chce ucichnąć.

Błyskotliwy bajarz z poczuciem humoru równie zabawnym, co ironicznym. Jest moralistą, filozofem i humanistą... Dickens dwudziestego wieku.

„Mail on Sunday”

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

1-1_jpg
1-2_jpg
1-3__jpg

Ty­tuł ory­gi­na­łu

SOUL MU­SIC

Co­py­ri­ght © Ter­ry and Lyn Prat­chett 1994

First pu­bli­shed by Vic­tor Gol­lancz Ltd, an im­print of the Orion Pu­bli­shing Gro­up Ltd, Lon­don

Pro­jekt gra­ficz­ny se­rii

Zom­bie Sput­nik Cor­po­ra­tion

Ilu­stra­cja na okład­ce

Josh Kir­by/via Tho­mas Schlück GmbH

Re­dak­cja

Łu­cja Gru­dziń­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na

Anna Nie­po­ręc­ka

Ko­rek­ta

Ja­dwi­ga Prze­czek

Ła­ma­nie

Gra­ży­na Ja­nec­ka

ISBN 978-83-7648-036-7

Wy­daw­ca

Pró­szyń­ski Me­dia Sp z o.o.

02-651 War­sza­wa, ul. Ga­ra­żo­wa 7

www.pro­szyn­ski.pl

Wer­sja elek­tro­nicz­na

Skład: Mag­da­le­na Woj­tas

Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Wa­cła­wik

Virtualo Sp. z o.o.

1-4_jpg

HI­STO­RIA

Jest to opo­wieść o pa­mię­ci. I to na­le­ży za­pa­mię­tać…

…że Śmierć świa­ta Dys­ku, dla tyl­ko so­bie zna­nych po­wo­dów, oca­lił kie­dyś małą dziew­czyn­kę i za­brał ją do swe­go domu po­mię­dzy wy­mia­ra­mi. Po­zwo­lił jej do­ro­snąć do wie­ku szes­na­stu lat, bo wie­rzył, że z więk­szy­mi dzieć­mi ła­twiej jest so­bie ra­dzić niż z ma­ły­mi. Co po­ka­zu­je, że moż­na być nie­śmier­tel­ną an­tro­po­mor­ficz­ną per­so­ni­fi­ka­cją i wciąż ni­cze­go nie ro­zu­mieć…

…że póź­niej za­trud­nił ucznia zwa­ne­go Mor­ti­mer, a w skró­cie Mort. Mort i Ysa­bell na­tych­miast po­czu­li do sie­bie głę­bo­ką nie­chęć, a każ­dy wie, do cze­go to pro­wa­dzi na dłuż­szą metę. Jako za­stęp­ca Mrocz­ne­go Ko­sia­rza, Mort oka­zał się wy­jąt­ko­wym nie­udacz­ni­kiem. Stał się przy­czy­ną pro­ble­mów, któ­re wy­wo­ła­ły roz­chwia­nie Rze­czy­wi­sto­ści i wal­kę mię­dzy nim a Śmier­cią, któ­rą Mort prze­grał…

…i że, dla tyl­ko so­bie zna­nych po­wo­dów, Śmierć oszczę­dził go i wraz z Ysa­bell ode­słał na świat.

Nikt nie wie, dla­cze­go Śmierć za­czął prze­ja­wiać oso­bi­ste za­in­te­re­so­wa­nie isto­ta­mi ludz­ki­mi, z któ­rym pra­co­wał już od tak daw­na. Praw­do­po­dob­nie cho­dzi tu o zwy­kłą cie­ka­wość. Na­wet naj­sku­tecz­niej­szy szczu­ro­łap prę­dzej czy póź­niej za­czy­na się in­te­re­so­wać szczu­ra­mi. Może ob­ser­wo­wać, jak szczu­ry żyją i umie­ra­ją, re­je­stro­wać wszel­kie szcze­gó­ły szczu­rzej eg­zy­sten­cji – choć sam nig­dy pew­nie nie zro­zu­mie, jak to jest, kie­dy się bie­gnie przez la­bi­rynt.

Je­śli jed­nak praw­dą jest, że sam akt ob­ser­wa­cji zmie­nia obiekt, któ­ry jest ob­ser­wo­wa­ny1, tym bar­dziej praw­dą jest, że zmie­nia ob­ser­wa­to­ra.

Mort i Ysa­bell po­bra­li się.

Mie­li dziec­ko.

Jest to tak­że opo­wieść o sek­sie, pro­chach i mu­zy­ce z wy­kro­kiem.

No…

…jed­no na trzy to cał­kiem nie­zły wy­nik.

Co praw­da to za­le­d­wie trzy­dzie­ści trzy pro­cent, ale mo­gło­by być go­rzej.

1-5_jpg

Gdzie za­koń­czyć?

Ciem­na, burz­li­wa noc. Ka­re­ta, już bez koni, prze­bi­ja ra­chi­tycz­ny, bez­u­ży­tecz­ny pło­tek, i ko­zioł­ku­jąc, spa­da do wą­wo­zu. Nie za­cze­pia na­wet o wy­sta­ją­cą ska­łę i ude­rza w wy­schnię­te ko­ry­to rze­ki da­le­ko w dole. Roz­pa­da się na ka­wał­ki.

1-6_jpg

Pan­na Butts ner­wo­wo prze­rzu­ca­ła pa­pie­ry.

Oto pra­ca dziew­czyn­ki, lat sześć.

Co ro­bi­li­śmy na wa­ka­cjach: Na wa­ka­cjach ro­bi­łam to, że by­łam u dziad­ka on ma wiel­kie­go bia­łe­go Ku­nia i ogród co jest cał­kiem Czar­ny. Zje­dli­śmy jaj­ko i fryt­ki.

1-6_jpg

Po­tem za­pa­la się oli­wa w lam­pach przy ka­re­cie i na­stę­pu­je eks­plo­zja. Z ognia wy­ta­cza się – po­nie­waż pew­ne kon­wen­cje obo­wią­zu­ją na­wet w tra­ge­dii – pło­ną­ce koło.

1-6_jpg

I na­stęp­na kart­ka, ry­su­nek sied­mio­let­niej dziew­czyn­ki. Cały w czer­ni. Pan­na Butts po­cią­ga no­sem. Nie cho­dzi o to, że dziew­czę mia­ło tyl­ko jed­ną kred­kę. Po­wszech­nie wia­do­mo, że Qu­irm­ska Pen­sja dla Mło­dych Pa­nien dys­po­nu­je dość kosz­tow­ny­mi kred­ka­mi we wszyst­kich ko­lo­rach.

1-6_jpg

A kie­dy ostat­ni frag­ment do­pa­la się z trza­skiem, jest tyl­ko ci­sza.

I pa­trzą­cy.

Któ­ry od­wra­ca się i mówi do ko­goś ukry­te­go w ciem­no­ści:

TAK. MO­GŁEM COŚ ZRO­BIĆ.

Po czym od­jeż­dża.

1-6_jpg

Pan­na Butts zno­wu prze­rzu­ci­ła kart­ki. Czu­ła się nie­co roz­ko­ja­rzo­na i ner­wo­wa – uczu­cie wspól­ne wszyst­kim, któ­rzy mie­li do czy­nie­nia z tym dziew­czę­ciem. Pa­pier zwy­kle po­pra­wiał jej hu­mor. Był pew­niej­szy.

Po­tem na­stą­pi­ła spra­wa tego… wy­pad­ku.

Pan­na Butts prze­ka­zy­wa­ła już wcze­śniej tego typu złe wie­ści. To ry­zy­ko, z ja­kim na­le­ży się li­czyć, kie­dy pro­wa­dzi się dużą szko­łę z in­ter­na­tem. Ro­dzi­ce wie­lu dziew­cząt wy­jeż­dża­li za gra­ni­cę w tych czy in­nych in­te­re­sach, a owe in­te­re­sy czę­sto były ta­kie­go ro­dza­ju, że szan­sie wy­so­kich zy­sków to­wa­rzy­szy­ła szan­sa spo­tka­nia z nie­sym­pa­tycz­ny­mi ludź­mi.

Pan­na Butts wie­dzia­ła, jak za­ła­twiać ta­kie spra­wy. Roz­mo­wa była bo­le­sna, ale bie­gła swo­im to­rem. Na­stę­po­wał szok i łzy, ale w koń­cu wszyst­ko się koń­czy­ło. Lu­dzie po­tra­fi­li so­bie z tym ra­dzić. Ist­niał ro­dzaj sce­na­riu­sza, wbu­do­wa­ny w ludz­ki umysł. Ży­cie pły­nę­ło da­lej.

Ale to dziec­ko po pro­stu sie­dzia­ło nie­ru­cho­mo. Wła­śnie tą jej… grzecz­no­ścią śmier­tel­nie prze­ra­zi­ła się pan­na Butts. Nie była złą ko­bie­tą, choć przez całe ży­cie stop­nio­wo wy­su­sza­ną nad pie­cem edu­ka­cji; była jed­nak oso­bą od­po­wie­dzial­ną i prze­strze­ga­ją­cą tego, co wła­ści­we. Są­dzi­ła, że wie, jak po­win­na prze­bie­gać taka roz­mo­wa, więc nie­ja­sno ją iry­to­wa­ło, że nie prze­bie­ga.

– Hm… Gdy­byś chcia­ła zo­stać sama i po­pła­kać… – pod­po­wie­dzia­ła, sta­ra­jąc się pchnąć tę kwe­stię na wła­ści­we tory.

– Czy to po­mo­że? – spy­ta­ła Su­san.

Na pew­no mnie by po­mo­gło, po­my­śla­ła pan­na Butts…

W tej sy­tu­acji wy­krztu­si­ła tyl­ko:

– Za­sta­na­wiam się, czy aby na pew­no do­kład­nie zro­zu­mia­łaś, co po­wie­dzia­łam.

Dziec­ko spoj­rza­ło na su­fit, jak­by roz­wią­zy­wa­ło trud­ny pro­blem al­ge­bra­icz­ny.

– Spo­dzie­wam się, że zro­zu­miem.

Jak­by już wcze­śniej wie­dzia­ła i ja­koś zdą­ży­ła się z tym po­go­dzić. Pan­na Butts po­pro­si­ła na­uczy­ciel­ki, żeby uważ­nie ob­ser­wo­wa­ły Su­san. Oświad­czy­ły, że bę­dzie to trud­ne, po­nie­waż…

A te­raz ktoś de­li­kat­nie za­stu­kał w drzwi ga­bi­ne­tu – jak gdy­by tak na­praw­dę wo­lał po­zo­stać nie­do­sły­sza­ny. Pan­na Butts po­wró­ci­ła do chwi­li obec­nej.

– Pro­szę wejść.

Drzwi się otwo­rzy­ły.

Su­san nig­dy nie ro­bi­ła naj­mniej­sze­go ha­ła­su. Na­uczy­ciel­ki wspo­mi­na­ły o tym. To nie­sa­mo­wi­te, mó­wi­ły. Za­wsze znaj­do­wa­ła się przed czło­wie­kiem, kie­dy naj­mniej się tego spo­dzie­wał.

– Ach, to ty, Su­san. – Wy­mu­szo­ny uśmie­szek prze­mknął po twa­rzy pan­ny Butts niby ner­wo­wy tik po tar­czy zmar­twio­ne­go, po­psu­te­go ze­ga­ra. – Usiądź, pro­szę.

– Oczy­wi­ście, pan­no Butts.

Pan­na Butts prze­rzu­ci­ła pa­pie­ry.

– Su­san…

– Tak, pan­no Butts?

– Przy­kro mi to mó­wić, ale zda­je się, że znów by­łaś nie­obec­na na lek­cjach.

– Nie ro­zu­miem, pan­no Butts.

Dy­rek­tor­ka po­chy­li­ła gło­wę. Bu­dzi­ło to w niej nie­ja­sną iry­ta­cję na samą sie­bie, ale… było w tym dziec­ku coś, co nie da­wa­ło się ko­chać. Na­uko­wo do­sko­na­ła z przed­mio­tów, któ­re lu­bi­ła, trze­ba przy­znać… ale na tym ko­niec. Była do­sko­na­ła tak, jak dia­ment jest do­sko­na­ły: same ostre kra­wę­dzie i chłód.

– Czy zno­wu… to ro­bi­łaś? – spy­ta­ła. – Obie­ca­łaś, że skoń­czysz z tym nie­mą­drym za­cho­wa­niem.

– Pan­no Butts…

– Zno­wu… zno­wu sta­wa­łaś się nie­wi­dzial­na, tak?

Su­san za­ru­mie­ni­ła się. Po­dob­nie, choć mniej ró­żo­wo, za­ru­mie­ni­ła się pan­na Butts. Prze­cież to nie­po­waż­ne, my­śla­ła. To wbrew roz­sąd­ko­wi. To… No nie…

Od­wró­ci­ła gło­wę i za­mknę­ła oczy.

– Tak, pan­no Butts? – ode­zwa­ła się Su­san na mo­ment wcze­śniej, niż pan­na Butts zdą­ży­ła po­wie­dzieć „Su­san…”.

Pan­na Butts za­drża­ła. To ko­lej­na spra­wa, o któ­rej wspo­mi­na­ły na­uczy­ciel­ki: cza­sa­mi Su­san od­po­wia­da­ła na py­ta­nia, za­nim ktoś zdą­żył je za­dać.

Uspo­ko­iła się z wy­sił­kiem.

– Nadal tam sie­dzisz, praw­da?

– Oczy­wi­ście, pan­no Butts.

Nie­po­waż­ne…

To żad­na nie­wi­dzial­ność, tłu­ma­czy­ła so­bie. Ona po pro­stu prze­sta­je się rzu­cać w oczy. Ona… Kto…

Sku­pi­ła się. Na­pi­sa­ła do sie­bie no­tat­kę – wła­śnie na taką oka­zję. Kar­tecz­ka była przy­pię­ta do tecz­ki.

Prze­czy­ta­ła:

Roz­ma­wiasz z Su­san Sto He­lit. Nie za­po­mi­naj o tym.

– Su­san… – spró­bo­wa­ła.

– Tak, pan­no Butts?

Kie­dy pan­na Butts się kon­cen­tro­wa­ła, wi­dzia­ła Su­san sie­dzą­cą tuż przed nią. Z pew­nym wy­sił­kiem sły­sza­ła jej głos. Mu­sia­ła tyl­ko zwal­czyć upo­rczy­wą skłon­ność do wia­ry, że jest w ga­bi­ne­cie sama.

– Nie­ste­ty, pan­na Cum­ber i pan­na Greggs skar­ży­ły się na cie­bie – oznaj­mi­ła.

– Za­wsze je­stem w kla­sie, pan­no Butts.

– Do­my­ślam się, że je­steś. Pan­na Tra­itor i pan­na Stamp za­pew­nia­ją, że wi­dzą cię przez cały czas. – W po­ko­ju na­uczy­ciel­skim wy­bu­chła na­wet kłót­nia z tego po­wo­du. – To dla­te­go, że lu­bisz lo­gi­kę i ma­te­ma­ty­kę, a nie lu­bisz ję­zy­ków i hi­sto­rii?

Pan­na Butts sku­pi­ła uwa­gę. Dziec­ko w ża­den spo­sób nie mo­gło wyjść z ga­bi­ne­tu. Je­śli na­praw­dę wy­tę­ży­ła słuch, wy­chwy­ty­wa­ła su­ge­stię gło­su mó­wią­ce­go: „Nie wiem, pan­no Butts”.

– Su­san, to na­praw­dę iry­tu­ją­ce, kie­dy tak…

Prze­rwa­ła. Ro­zej­rza­ła się po ga­bi­ne­cie, a po­tem zer­k­nę­ła na kar­tecz­kę przy­pię­tą do do­ku­men­tów na biur­ku. Zda­wa­ło się, że ją czy­ta, zro­bi­ła zdzi­wio­ną minę, a na­stęp­nie zmię­ła no­tat­kę i rzu­ci­ła ją do ko­sza. Się­gnę­ła po pió­ro i – po­pa­trzyw­szy przez chwi­lę w prze­strzeń – za­ję­ła się ra­chun­ka­mi swo­jej pen­sji.

Su­san od­cze­ka­ła grzecz­nie jesz­cze chwi­lę, a po­tem wsta­ła i wy­szła ci­chut­ko.

1-6_jpg

Pew­ne rze­czy mu­szą się wy­da­rzyć przed in­ny­mi. Bo­go­wie gra­ją lo­sa­mi lu­dzi. Ale naj­pierw mu­szą usta­wić wszyst­kie pion­ki na plan­szy i po ca­łej swo­jej sie­dzi­bie po­szu­kać ko­stek. Deszcz pa­dał w nie­wiel­kiej, gó­rzy­stej kra­inie Lla­me­dos. W Lla­me­dos za­wsze pa­dał deszcz. Deszcz był głów­nym to­wa­rem eks­por­to­wym tego kra­ju. Mie­li tam na­wet ko­pal­nie desz­czu.

Bard Imp sie­dział pod cho­iną – bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż w na­dziei, że na­praw­dę znaj­dzie osło­nę. Woda ście­ka­ła mię­dzy igła­mi i two­rzy­ła stru­my­ki na ga­łę­ziach, więc drze­wo dzia­ła­ło ra­czej jak kon­cen­tra­tor desz­czu. Od cza­su do cza­su całe desz­czo­we bry­ły roz­pry­ski­wa­ły mu się na gło­wie.

Miał osiem­na­ście lat, wy­bit­ny ta­lent i – w tej chwi­li – pew­ne pro­ble­my z wła­snym ży­ciem.

Stro­ił har­fę, swo­ją cu­dow­ną nową har­fę, i pa­trzył na deszcz. Łzy spły­wa­ły mu po twa­rzy, mie­sza­ły się z kro­pla­mi.

Bo­go­wie lu­bią ta­kich lu­dzi.

Mówi się, że kogo bo­go­wie chcą znisz­czyć, temu naj­pierw od­bie­ra­ją ro­zum. W rze­czy­wi­sto­ści temu, kogo chcą znisz­czyć, bo­go­wie wrę­cza­ją od­po­wied­nik krót­kiej la­ski z sy­czą­cym lon­tem i na­pi­sem „Acme Dy­na­mi­te Com­pa­ny” na boku. Tak jest cie­ka­wiej i trwa o wie­le kró­cej.

1-6_jpg

Su­san wlo­kła się ko­ry­ta­rzem pach­ną­cym środ­ka­mi de­zyn­fek­cyj­ny­mi. Nie przej­mo­wa­ła się spe­cjal­nie, co so­bie po­my­śli pan­na Butts. Na ogół nie mar­twi­ła się tym, co my­ślą inni. Nie mia­ła po­ję­cia, cze­mu lu­dzie za­po­mi­na­ją o niej, kie­dy tyl­ko ze­chce, ale po­tem zda­wa­li się zbyt za­kło­po­ta­ni, by po­ru­szać ten te­mat.

Cza­sa­mi nie­któ­re na­uczy­ciel­ki mia­ły pro­ble­my z do­strze­że­niem jej. I do­brze. Zwy­kle za­bie­ra­ła do kla­sy książ­kę i czy­ta­ła spo­koj­nie, gdy wo­kół niej Pod­sta­wo­we Ar­ty­ku­ły Eks­por­to­we Klat­chu przy­tra­fia­ły się in­nym.

1-6_jpg

Z pew­no­ścią była to pięk­na har­fa. Bar­dzo rzad­ko twór­cy uda­je się stwo­rzyć dzie­ło tak ide­al­ne, że trud­no so­bie wy­obra­zić ja­ką­kol­wiek po­praw­kę. Przy har­fie twór­ca nie tru­dził się or­na­men­ta­mi. By­ły­by nie­mal świę­to­kradz­twem.

Była też nowa, co w Lla­me­dos zda­rza­ło się rzad­ko. Więk­szość harf była sta­ra. Co nie zna­czy, że się zu­ży­wa­ły. Cza­sem po­trze­bo­wa­ły no­wej ramy, szyj­ki czy strun – ale sama har­fa trwa­ła. Sta­rzy bar­do­wie twier­dzi­li, że z wie­kiem sta­ją się co­raz lep­sze, choć star­cy czę­sto wy­po­wia­da­ją ta­kie tezy, nie dba­jąc o co­dzien­ne ob­ser­wa­cje.

Imp szarp­nął stru­nę. Nuta za­wi­sła w po­wie­trzu i roz­pły­nę­ła się z wol­na. Har­fa była no­wiut­ka, błysz­czą­ca, a mimo to dźwięk mia­ła jak dzwon. To wręcz nie­wy­obra­żal­ne, czym może się stać za ty­siąc lat.

Oj­ciec Impa stwier­dził, że to śmieć, że przy­szłość ryje się w ka­mie­niu, nie w nu­tach. I tak roz­po­czę­ła się kłót­nia.

Po­tem po­wie­dział jesz­cze kil­ka słów, Imp po­wie­dział kil­ka słów, a świat stał się na­gle miej­scem cał­kiem no­wym i nie­przy­ja­znym, gdyż słów nie da się już cof­nąć.

Imp rzekł:

– Na ni­czym się nie znasz! Je­steś głu­pim sta­ru­chem! Ale ja po­świę­cę swo­je ży­cie mu­zy­ce! Pew­ne­go dnia, już nie­dłu­go, wszy­scy będą mó­wi­li, że je­stem naj­więk­szym mu­zy­kiem na świe­cie!

Głu­pie sło­wa. Tak jak­by do­wol­ny bard przej­mo­wał się czy­ją­kol­wiek opi­nią – z wy­jąt­kiem opi­nii in­nych bar­dów, któ­rzy przez całe ży­cie uczy­li się, jak słu­chać mu­zy­ki.

Zo­sta­ły jed­nak wy­po­wie­dzia­ne. Je­śli sło­wa wy­po­wia­da się z na­le­ży­tą pa­sją, a bo­go­wie aku­rat się nu­dzą, bywa, że cały wszech­świat prze­for­mo­wu­je się wo­kół owych słów. Sło­wa za­wsze mia­ły moc od­mie­nia­nia świa­ta.

Trze­ba uwa­żać, kie­dy wy­po­wia­da się ży­cze­nie. Nig­dy nie wia­do­mo, kto może słu­chać.

Albo co, sko­ro już o tym mowa.

Po­nie­waż zda­rza się, że coś dry­fu­je aku­rat wśród wszech­świa­tów, a kil­ka słów wy­po­wie­dzia­nych przez nie­wła­ści­wą oso­bę w od­po­wied­niej chwi­li może spra­wić, że zmie­ni nie­co kurs…

Da­le­ko od tego miej­sca, w gwar­nej me­tro­po­lii Ankh-Mor­pork iskry za­wi­ro­wa­ły przez chwi­lę w śle­pym poza tym mu­rze, a po­tem…

…był tam sklep. Sta­ry sklep z in­stru­men­ta­mi mu­zycz­ny­mi. Nikt nie za­uwa­żył jego przy­by­cia. A kie­dy już się po­ja­wił, stał w tym miej­scu od za­wsze.

1-6_jpg

Śmierć sie­dział wpa­trzo­ny w pust­kę, opie­ra­jąc bro­dę na dło­ni.

Al­bert zbli­żył się bar­dzo ostroż­nie.

W chwi­lach za­du­my – a to była wła­śnie jed­na z nich – Śmierć czę­sto zdu­mie­wał się, dla­cze­go jego słu­ga za­wsze kro­czy tą samą ścież­ką po pod­ło­dze.

BO PRZE­CIEŻ, my­ślał, ROZ­WAŻ­MY SAM ROZ­MIAR PO­KO­JU…

…któ­ry roz­cią­gał się w nie­skoń­czo­ność, a przy­najm­niej tak bli­sko nie­skoń­czo­no­ści, że róż­ni­ca nie jest istot­na. W rze­czy­wi­sto­ści miał oko­ło mili. To spo­ro jak na po­kój, pod­czas gdy nie­skoń­czo­no­ści wła­ści­wie nie wi­dać.

Śmierć tro­chę się zi­ry­to­wał, kie­dy już stwo­rzył dom. Czas i prze­strzeń to ka­te­go­rie, któ­ry­mi się ma­ni­pu­lu­je, a nie ta­kie, któ­rym na­le­ży być po­słusz­nym. Oka­za­ło się, że był nie­co roz­rzut­ny przy wy­mia­rach po­miesz­czeń, i za­po­mniał, żeby uczy­nić ze­wnę­trze więk­szym od wnę­trza. Po­dob­nie było z ogro­dem. Kie­dy za­czął się tro­chę bar­dziej in­te­re­so­wać tymi spra­wa­mi, uświa­do­mił so­bie, jaką rolę przy­pi­su­ją lu­dzie ko­lo­ro­wi w ta­kich kon­cep­cjach jak – dla przy­kła­du – róże. Śmierć stwo­rzył je czar­ne. Lu­bił czerń. Pa­so­wa­ła pra­wie do wszyst­kie­go. A prę­dzej czy póź­niej pa­so­wa­ła już do wszyst­kie­go bez wy­jąt­ku.

Ludz­kie isto­ty, któ­re po­znał – a po­znał kil­ka – re­ago­wa­ły na nie­moż­li­we roz­mia­ry po­miesz­czeń w spo­sób nie­zwy­kły: po pro­stu je igno­ro­wa­ły.

Weź­my ta­kie­go Al­ber­ta. Otwo­rzy­ły się wiel­kie drzwi, Al­bert prze­stą­pił próg, ostroż­nie ba­lan­su­jąc spodecz­kiem i fi­li­żan­ką…

…a po chwi­li był w głę­bi po­ko­ju, na skra­ju sto­sun­ko­wo ma­łe­go kwa­dra­tu dy­wa­nu ota­cza­ją­ce­go biur­ko Śmier­ci. Śmierć prze­stał się za­sta­na­wiać, jak słu­ga po­ko­nu­je prze­strzeń od drzwi do dy­wa­nu, kie­dy przy­szło mu do gło­wy, że dla Al­ber­ta nie ma tam żad­nej prze­strze­ni…

– Przy­nio­słem her­ba­tę ru­mian­ko­wą, pa­nie – oznaj­mił Al­bert.

HM?

– Pa­nie…

PRZE­PRA­SZAM. ZA­MY­ŚLI­ŁEM SIĘ. CO TA­KIE­GO PO­WIE­DZIA­ŁEŚ?

– Her­ba­ta ru­mian­ko­wa.

MY­ŚLA­ŁEM, ŻE TO RO­DZAJ MY­DŁA.

– Moż­na do­da­wać ru­mian­ku do my­dła albo to her­ba­ty, pa­nie – wy­ja­śnił Al­bert. Był zmar­twio­ny. Za­wsze się mar­twił, kie­dy Śmierć za­czy­nał roz­my­ślać o spra­wach. W do­dat­ku my­ślał o nich nie­wła­ści­wie.

BAR­DZO UŻY­TECZ­NY. OCZYSZ­CZA OD ŚROD­KA I Z WIERZ­CHU.

Śmierć wsparł bro­dę dłoń­mi i znów się za­du­mał.

– Pa­nie… – ode­zwał się po chwi­li Al­bert.

HM?

– Wy­sty­gnie, je­śli jej nie wy­pi­jesz.

AL­BER­CIE…

– Tak, pa­nie?

ZA­STA­NA­WIA­ŁEM SIĘ…

– Tak?

O CO W TYM WSZYST­KIM CHO­DZI? TAK NA­PRAW­DĘ? KIE­DY SIĘ PO­RZĄD­NIE ZA­STA­NO­WIĆ?

– Och, tego… Trud­no po­wie­dzieć, pa­nie.

NIE CHCIA­ŁEM TEGO RO­BIĆ, AL­BER­CIE. WIESZ PRZE­CIEŻ. TE­RAZ RO­ZU­MIEM, CO MIA­ŁA NA MY­ŚLI. NIE TYL­KO Z TYMI KO­LA­NA­MI.

– Kto, pa­nie?

Od­po­wie­dzi nie było.

Al­bert obej­rzał się jesz­cze, kie­dy do­tarł do drzwi. Śmierć znów wpa­try­wał się w prze­strzeń. Nikt nie po­tra­fił tak się wpa­try­wać jak on.

1-6_jpg

Nie być wi­dzia­ną nie sta­no­wi­ło pro­ble­mu. Nie­po­kój bu­dzi­ły ra­czej zja­wi­ska, któ­re wciąż wi­dy­wa­ła.

To sny. To prze­cież sny, oczy­wi­ście. Su­san zna­ła no­wo­cze­sne teo­rie mó­wią­ce, że sny to tyl­ko ob­ra­zy od­rzu­ca­ne przez mózg ka­ta­lo­gu­ją­cy wy­da­rze­nia dnia. Czu­ła­by się jed­nak pew­niej, gdy­by wy­da­rze­nia dnia kie­dy­kol­wiek obej­mo­wa­ły la­ta­ją­ce bia­łe ko­nie, ogrom­ne mrocz­ne po­ko­je i dużo cza­szek.

Ale to prze­cież sny. Wi­dy­wa­ła też inne rze­czy. Na przy­kład nig­dy ni­ko­mu nie wspo­mnia­ła o dzi­wacz­nej ko­bie­cie w sy­pial­ni, tej nocy, kie­dy Re­be­ka Snell wło­ży­ła pod po­dusz­kę ząb, któ­ry jej wy­padł. Su­san pa­trzy­ła, jak ko­bie­ta wcho­dzi przez otwar­te okno i sta­je przy łóż­ku. Przy­po­mi­na­ła tro­chę pa­ster­kę i wca­le nie bu­dzi­ła lęku, mimo że prze­cho­dzi­ła przez me­ble. Za­brzę­cza­ła sa­kiew­ka. Ran­kiem ząb znik­nął, a Re­be­ka była bo­gat­sza o 50-pen­so­wą mo­ne­tę.

Su­san nie cier­pia­ła ta­kich hi­sto­rii. Wie­dzia­ła, że lu­dzie psy­chicz­nie nie­sta­bil­ni opo­wia­da­ją dzie­ciom o Wróż­ce Zę­busz­ce, ale to jesz­cze nie po­wód, żeby ist­nia­ła. Coś ta­kie­go su­ge­ro­wa­ło męt­ne ro­zu­mo­wa­nie. Nie lu­bi­ła męt­ne­go ro­zu­mo­wa­nia, któ­re zresz­tą w re­żi­mie pan­ny Butts uwa­ża­no za po­waż­ne wy­kro­cze­nie.

Poza tym nie był to szcze­gól­nie okrut­ny re­żim. Pan­na Eu­la­lia Butts wraz ze swo­ją ko­le­żan­ką, pan­ną Del­cross, opar­ły pla­ców­kę edu­ka­cyj­ną na zdu­mie­wa­ją­cym po­my­śle, że sko­ro dziew­czę­ta i tak nie mają nic do ro­bo­ty, do­pó­ki ktoś ich nie po­ślu­bi, rów­nie do­brze mogą się za­jąć na­uką.

Na Dys­ku dzia­ła­ło mnó­stwo szkół, ale pro­wa­dzi­ły je albo roz­ma­ite Ko­ścio­ły, albo gil­die. Pan­na Butts nie ak­cep­to­wa­ła Ko­ścio­łów z przy­czyn lo­gicz­nych; ubo­le­wa­ła też, że war­tość kształ­ce­nia dziew­cząt uzna­ją je­dy­ne Gil­die Zło­dziei i Szwa­czek. Świat tym­cza­sem jest wiel­ki i nie­bez­piecz­ny; każ­de­mu dziew­czę­ciu przy­da się pod suk­nią daw­ka so­lid­nej zna­jo­mo­ści geo­me­trii i astro­no­mii. Pan­na Butts bo­wiem szcze­rze wie­rzy­ła, że nie ist­nie­ją za­sad­ni­cze róż­ni­ce mię­dzy chłop­ca­mi a dziew­czę­ta­mi.

Przy­najm­niej żad­ne god­ne wspo­mnie­nia.

A w każ­dym ra­zie nie ta­kie, o ja­kich wspo­mnia­ła­by pan­na Butts.

Wie­rzy­ła za­tem w za­chę­ca­nie po­wie­rzo­nych jej opie­ce do­ra­sta­ją­cych dziew­cząt do lo­gicz­ne­go my­śle­nia i zdro­wej cie­ka­wo­ści. Dzia­ła­nie ta­kie mą­drość każe po­rów­ny­wać do po­lo­wa­nia na ali­ga­to­ry w tek­tu­ro­wej łód­ce, w po­rze desz­czów.

Kie­dy na przy­kład pro­wa­dzi­ła po­ga­dan­kę – z drżą­cym z emo­cji, ostrym pod­bród­kiem – na te­mat za­gro­żeń cze­ka­ją­cych poza mia­stem, trzy­sta zdro­wych, ba­daw­czych umy­słów uzna­wa­ło, że 1) trze­ba je po­znać przy naj­bliż­szej oka­zji. Lo­gicz­ne my­śle­nie zaś ka­za­ło py­tać: 2) skąd wła­ści­wie pan­na Butts wie o tych za­gro­że­niach. A wy­so­kie, za­koń­czo­ne kol­ca­mi mury wo­kół te­re­nów pen­sji wy­da­wa­ły się cał­kiem ła­twe dla ko­goś ze świe­żym umy­słem wy­peł­nio­nym try­go­no­me­trią i cia­łem wy­ćwi­czo­nym przez zdro­wą szer­mier­kę, gim­na­sty­kę oraz zim­ne ką­pie­le. W opi­sach pan­ny Butts nie­bez­pie­czeń­stwa wy­da­wa­ły się na­praw­dę cie­ka­we.

W każ­dym ra­zie zda­rzył się ów in­cy­dent z noc­nym go­ściem. Po ja­kimś cza­sie Su­san uzna­ła, że wszyst­ko to jej się wy­da­wa­ło. Było to je­dy­ne lo­gicz­ne wy­tłu­ma­cze­nie, a z nimi ra­dzi­ła so­bie do­sko­na­le.

1-6_jpg

Jak to mó­wią, każ­dy cze­goś szu­ka.

Imp szu­kał miej­sca, do któ­re­go mógł­by wy­ru­szyć.

Wóz dra­bi­nia­sty, któ­ry pod­wiózł go przez ostat­ni ka­wa­łek, od­da­lał się z tur­ko­tem przez pola.

Imp spoj­rzał na dro­go­wskaz. Jed­no ra­mię wska­zy­wa­ło dro­gę do Qu­ir­mu, dru­gie do Ankh-Mor­pork. Sły­szał do­syć, by wie­dzieć, że Ankh-Mor­pork to wiel­kie mia­sto, ale zbu­do­wa­ne na iłach, a za­tem nie­zbyt in­te­re­su­ją­ce dla dru­idów z jego ro­dzi­ny. Miał przy so­bie trzy an­kh­mor­por­skie do­la­ry i tro­chę drob­nych. Praw­do­po­dob­nie w Ankh-Mor­pork nie była to duża suma.

O Qu­ir­mie nie wie­dział nic oprócz tego, że leży na wy­brze­żu. Dro­ga do Qu­ir­mu nie wy­glą­da­ła na czę­sto uczęsz­cza­ną, na dro­dze do Ankh-Mor­pork wy­ry­te były głę­bo­kie ko­le­iny.

Roz­są­dek pod­po­wia­dał, żeby wy­ru­szyć do Qu­ir­mu i za­kosz­to­wać miej­skie­go ży­cia, do­wie­dzieć się cze­goś o lu­dziach z mia­sta. Do­pie­ro po­tem moż­na po­dą­żyć do Ankh-Mor­pork, po­dob­no naj­więk­sze­go mia­sta na świe­cie. Roz­są­dek pod­po­wia­dał, żeby zna­leźć w Qu­ir­mie ja­kąś pra­cę i odło­żyć tro­chę pie­nię­dzy. Roz­są­dek mó­wił, żeby naj­pierw na­uczyć się cho­dzić, nim czło­wiek spró­bu­je bie­gać.

Zdro­wy roz­są­dek dłu­go tłu­ma­czył mu to wszyst­ko, więc Imp pew­nym kro­kiem po­ma­sze­ro­wał w stro­nę Ankh-Mor­pork.

1-6_jpg

Je­śli cho­dzi o wy­gląd, Su­san za­wsze ko­ja­rzy­ła się in­nym z dmu­chaw­cem tuż przed zdmuch­nię­ciem. Dziew­czę­ta z pen­sji ubie­ra­ły się w luź­ne, weł­nia­ne gra­na­to­we su­kien­ki się­ga­ją­ce od szyi do wy­so­ko­ści tuż po­wy­żej ko­stek – prak­tycz­ne, zdro­we i mniej wię­cej tak atrak­cyj­ne jak de­ska. Ta­lia znaj­do­wa­ła się w oko­li­cach ko­lan. Su­san za­czy­na­ła jed­nak z wol­na wy­peł­niać swo­je szkol­ne ubra­nie, zgod­nie z pra­daw­ny­mi za­sa­da­mi, o ja­kich z wa­ha­niem i nie­wy­raź­nie na­po­my­ka­ła pan­na Del­cross na lek­cjach bio­lo­gii i hi­gie­ny. Dziew­czę­ta opusz­cza­ły jej za­ję­cia z nie­ja­snym wra­że­niem, że po­win­ny po­ślu­bić (Su­san wy­szła z wra­że­niem, że tek­tu­ro­wy szkie­let wi­szą­cy w ką­cie na haku wy­glą­da ja­koś zna­jo­mo).

To jej wło­sy spra­wia­ły, że lu­dzie przy­sta­wa­li i oglą­da­li się za nią. Były cał­kiem bia­łe, z wy­jąt­kem jed­ne­go czar­ne­go pa­sem­ka. Re­gu­la­min pen­sji na­ka­zy­wał spla­tać je w dwa war­ko­cze, mia­ły jed­nak nie­na­tu­ral­ną słon­ność do roz­pla­ta­nia się i po­wra­ca­nia do pre­fe­ro­wa­nej for­my, na po­do­bień­stwo węży Me­du­zy2.

Mia­ła też zna­mię… je­śli to było zna­mię. Uka­zy­wa­ło się tyl­ko wte­dy, gdy się ru­mie­ni­ła. Trzy sła­be, bla­de li­nie po­ja­wia­ły się wte­dy na po­licz­ku i wy­glą­da­ła, jak­by ktoś ude­rzył ją w twarz. Kie­dy się zło­ści­ła – a zło­ści­ła się czę­sto z po­wo­du bez­den­nej głu­po­ty świa­ta – li­nie lśni­ły.

W teo­rii trwa­ła te­raz wo­kół niej lek­cja li­te­ra­tu­ry. Su­san nie zno­si­ła li­te­ra­tu­ry. Wo­la­ła po­czy­tać do­brą książ­kę. W tej chwi­li mia­ła na sto­li­ku otwar­tą Lo­gi­kę i pa­ra­doks Wol­da, i czy­ta­ła ją, pod­pie­ra­jąc bro­dę na dło­niach.

Jed­nym uchem na­słu­chi­wa­ła, czym się zaj­mu­je resz­ta kla­sy. Cho­dzi­ło o wiersz na te­mat żon­ki­li. Naj­wy­raź­niej po­eta bar­dzo je lu­bił.

Su­san przyj­mo­wa­ła to ze spo­ko­jem. Żyli w wol­nym kra­ju. Lu­dzie mo­gli uwiel­biać żon­ki­le, je­śli mie­li na to ocho­tę. Nie po­win­ni jed­nak – w bar­dzo sta­now­czej i prze­my­śla­nej opi­nii Su­san – zu­ży­wać wię­cej niż jed­ną stro­nę, by to po­wie­dzieć.

Ja­koś ra­dzi­ła so­bie z edu­ka­cją. Jed­nak uwa­ża­ła, że szko­ła sta­le pró­bu­je jej prze­szka­dzać.

Wo­kół niej wi­zja po­ety była roz­bie­ra­na na czę­ści z uży­ciem przy­pad­ko­wych na­rzę­dzi.

1-6_jpg

Kuch­nia mia­ła te same gar­gan­tu­icz­ne wy­mia­ry co resz­ta domu. Cała ar­mia ku­cha­rzy mo­gła­by się w niej zgu­bić. Dal­sze ścia­ny gi­nę­ły w cie­niach, a rura od pie­ca, pod­trzy­my­wa­na w spo­rych od­stę­pach czar­ny­mi od sa­dzy łań­cu­cha­mi i ka­wał­ka­mi brud­ne­go sznu­ra, zni­ka­ła w mro­ku ja­kieś ćwierć mili nad pod­ło­gą. W każ­dym ra­zie tak to wy­glą­da­ło w oczach ob­ce­go przy­by­sza.

Al­bert spę­dzał tu czas na nie­wiel­kim wy­ka­fel­ko­wa­nym ob­sza­rze, dość du­żym, by po­mie­ścić kre­dens, stół i piec. I fo­tel na bie­gu­nach.

– Kie­dy czło­wiek pyta: „O co w tym wszyst­kim cho­dzi, tak na­praw­dę, kie­dy się po­rząd­nie za­sta­no­wić?”, to nie jest z nim do­brze – stwier­dził, skrę­ca­jąc pa­pie­ro­sa. – Ale nie wiem, co to zna­czy, kie­dy on to mówi. Zno­wu ma te swo­je hu­mo­ry.

Je­dy­na poza nim oso­ba w po­miesz­cze­niu kiw­nę­ła gło­wą. Mia­ła peł­ne usta.

– Cała ta spra­wa z jego cór­ką – mó­wił Al­bert. – Zna­czy… cór­ka? A po­tem usły­szał o ter­mi­na­to­rach. Nie dał so­bie spo­ko­ju, do­pó­ki nie wy­je­chał i nie przy­jął ko­goś do ter­mi­nu. Ha! Same kło­po­ty z tego wy­szły. Ty zresz­tą też, je­śli się za­sta­no­wić… ty też je­steś jego ka­pry­sem. Bez ura­zy – do­dał szyb­ko, świa­dom, z kim roz­ma­wia. – Ty się uda­łeś. Ro­bisz do­brą ro­bo­tę.

Ko­lej­ne ski­nię­cie.

– Za­wsze coś po­krę­ci. Na tym po­le­ga pro­blem. Jak wte­dy, kie­dy usły­szał o Nocy Strze­że­nia Wiedźm. Pa­mię­tasz? Mu­sie­li­śmy wszyst­ko za­ła­twić: dę­bo­we drzew­ko w do­ni­cy, pa­pie­ro­we kieł­ba­ski, wie­przo­wa ko­la­cja, on w pa­pie­ro­wym ka­pe­lu­si­ku py­ta­ją­cy CZY TO WE­SO­ŁE? Zro­bi­łem dla nie­go taką małą ozdo­bę na biur­ko, a on po­da­ro­wał mi ce­głę.

Pa­pie­ros był fa­cho­wo skrę­co­ny. Tyl­ko eks­pert po­tra­fi zro­bić skrę­ta tak cien­kie­go, a przy tym tak wil­got­ne­go.

– Bar­dzo po­rząd­na ce­gła, mu­szę przy­znać. Mam ją gdzieś jesz­cze.

PIP, od­po­wie­dział Śmierć Szczu­rów.

– Tra­fi­łeś w sed­no. Nig­dy nie ro­zu­mie, o co do­kład­nie cho­dzi. Wi­dzisz, on nie może się z pew­ny­mi rze­cza­mi po­go­dzić. Nie po­tra­fi o ni­czym za­po­mnieć.

Al­bert ssał mo­kre­go skrę­ta, aż łzy cie­kły mu z oczu.

– „O co w tym wszyst­kim cho­dzi, tak na­praw­dę, kie­dy się po­rząd­nie za­sta­no­wić?” – Wes­tchnął cięż­ko. – Coś po­dob­ne­go…

Zer­k­nął na ku­chen­ny ze­gar – ze spe­cy­ficz­ne­go ludz­kie­go przy­zwy­cza­je­nia. Ze­gar nig­dy nie cho­dził, od dnia kie­dy Al­bert go ku­pił.

– O tej po­rze zwy­kle się już zja­wia – stwier­dził. – Le­piej przy­go­tu­ję mu tacę. Nie mam po­ję­cia, co go za­trzy­ma­ło.

1-6_jpg

Świę­ty mąż sie­dział pod świę­tym drze­wem ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi, opie­ra­jąc dło­nie na ko­la­nach. Oczy miał za­mknię­te, by le­piej skon­cen­tro­wać się na Nie­skoń­czo­nym, a ubra­ny był je­dy­nie w prze­pa­skę bio­dro­wą, by oka­zać po­gar­dę dla spraw przy­dy­sko­wych.

Przed nim sta­ła drew­nia­na mi­secz­ka.

Po dłuż­szej chwi­li zdał so­bie spra­wę, że jest ob­ser­wo­wa­ny. Otwo­rzył jed­no oko.

Kil­ka stóp przed nim sie­dzia­ła nie­wy­raź­na po­stać. Póź­niej był pe­wien, że to po­stać… ko­goś. Nie pa­mię­tał do­kład­nie jej wy­glą­du, ale mu­sia­ła ja­kiś mieć. Była mniej wię­cej… taka wy­so­ka, i tak jak­by… zde­cy­do­wa­nie…

PRZE­PRA­SZAM.

– Tak, mój synu? – Zmarsz­czył czo­ło. – Je­steś płci mę­skiej, praw­da? – do­dał.

TRUD­NO BYŁO CIĘ OD­SZU­KAĆ. ALE W SZU­KA­NIU JE­STEM DO­BRY.

– Tak?

SŁY­SZA­ŁEM, ŻE WIESZ WSZYST­KO.

Świę­ty mąż otwo­rzył dru­gie oko.

– Se­kret eg­zy­sten­cji po­le­ga na zrzu­ce­niu dys­ko­wych wię­zów, stro­nie­niu od chi­me­ry war­to­ści ma­te­rial­nych i na szu­ka­niu jed­no­ści z Nie­skoń­czo­nym – oznaj­mił. – I trzy­maj swo­je zło­dziej­skie ręce z da­le­ka od mo­jej że­bra­czej mi­secz­ki.

Wi­dok pro­szą­ce­go bu­dził w nim nie­po­kój.

WI­DZIA­ŁEM NIE­SKOŃ­CZO­NE, wy­znał przy­bysz. NIC SPE­CJAL­NE­GO.

Świę­ty mąż ro­zej­rzał się ner­wo­wo.

– Nie ga­daj głupstw – mruk­nął. – Nie mo­żesz zo­ba­czyć Nie­skoń­czo­ne­go. Bo jest nie­skoń­czo­ne.

WI­DZIA­ŁEM.

– No do­brze. A jak wy­glą­da­ło?

JEST NIE­BIE­SKIE.

Świę­ty mąż po­ru­szył się nie­spo­koj­nie. Nie tak to po­win­no prze­bie­gać. Szyb­kie ob­ja­wie­nie Nie­skoń­czo­ne­go i zna­czą­ce ski­nie­nie w stro­nę że­bra­czej mi­secz­ki – tak po­win­no.

– Jest czar­ne – wy­mam­ro­tał.

NIE, upie­rał się obcy. NIE, KIE­DY OGLĄ­DA SIĘ JE OD ZE­WNĄTRZ. NOC­NE NIE­BO JEST CZAR­NE. ALE TO TYL­KO PRZE­STRZEŃ. ZA TO NIE­SKOŃ­CZO­NOŚĆ JEST NIE­BIE­SKA.

– I pew­nie jesz­cze wiesz, jaki dźwięk wy­da­je jed­na klasz­czą­ca dłoń? – za­py­tał zło­śli­wie świę­ty mąż.

TAK. „KLA”. DRU­GA DŁOŃ ROBI „ASK”.

– Aha, tu się my­lisz – ucie­szył się świę­ty mąż, wra­ca­jąc na pew­niej­szy grunt. Mach­nął chu­dą ręką. – Wi­dzisz?

TO NIE BYŁO KLA­ŚNIĘ­CIE, TYL­KO MA­CHA­NIE.

– To było kla­śnię­cie. Tyle że nie uży­łem obu rąk. A wła­ści­wie jaki od­cień nie­bie­skie­go?

TYL­KO MACH­NĄ­ŁEŚ. MOIM ZDA­NIEM TO NIE­ZBYT FI­LO­ZO­FICZ­NE. JAK KA­CZE JAJO.

Świę­ty mąż spoj­rzał w dół zbo­cza. Zbli­ża­ło się kil­ku lu­dzi. Mie­li kwia­ty we wło­sach i nie­śli coś, co z da­le­ka wy­glą­da­ło cał­kiem jak mi­secz­ka ryżu.

ALBO MOŻE EAU-DE-NIL.

– Po­słu­chaj mnie, synu – rzekł po­spiesz­nie świę­ty mąż. – Cze­go ty wła­ści­wie chcesz? Nie mam ca­łe­go dnia.

OWSZEM, MASZ. MO­ŻESZ MI WIE­RZYĆ.

– Cze­go chcesz?

DLA­CZE­GO RZE­CZY MU­SZĄ BYĆ TA­KIE, JA­KIE SĄ?

– No…

NIE WIESZ TEGO, PRAW­DA?

– Nie do­kład­nie. To wszyst­ko po­win­no być ta­jem­ni­cą, ro­zu­miesz.

Obcy pa­trzył przez dłuż­szy czas, wzbu­dza­jąc w świę­tym mężu uczu­cie, że jego czasz­ka sta­ła się na­gle prze­zro­czy­sta.

W TA­KIM RA­ZIE ZA­DAM CI ŁA­TWIEJ­SZE PY­TA­NIE. JAK ZA­PO­MI­NA­JĄ ISTO­TY LUDZ­KIE?

– Co za­po­mi­na­ją?

CO­KOL­WIEK. WSZYST­KO.

– To… no wiesz… zda­rza się od­ru­cho­wo. – Po­ten­cjal­ni ako­li­ci mi­nę­li za­kręt na gór­skiej ścież­ce. Świę­ty mąż szyb­ko się­gnął po że­bra­czą mi­secz­kę. – Wy­obraź so­bie, że ta mi­secz­ka to two­ja pa­mięć. – Za­ko­ły­sał nią. – Może po­mie­ścić tyle i nie wię­cej. Ro­zu­miesz? Nowe rze­czy się zja­wia­ją, sta­re mu­szą się prze­lać.

NIE. JA PA­MIĘ­TAM WSZYST­KO. KLAM­KI W DRZWIACH. GRĘ ŚWIA­TŁA WE WŁO­SACH. ŚMIECH. KRO­KI. WSZYST­KIE DROB­NE SZCZE­GÓ­ŁY. JAK­BY TO BYŁO LE­D­WIE WCZO­RAJ. JAK­BY ZDA­RZY­ŁO SIĘ LE­D­WIE JU­TRO. WSZYST­KO. RO­ZU­MIESZ?

Świę­ty mąż po­dra­pał się po swej lśnią­cej ły­si­nie.

– Tra­dy­cyj­nie – rzekł – wśród spo­so­bów za­po­mi­na­nia wy­mie­nia się wstą­pie­nie do Klat­chiań­skiej Le­gii Cu­dzo­ziem­skiej, na­pi­cie się wody z ja­kiejś ma­gicz­nej rze­ki, nikt nie wie, któ­rę­dy pły­nie, oraz po­chła­nia­nie du­żych ilo­ści al­ko­ho­lu.

ACH TAK…

– Jed­nak al­ko­hol nisz­czy cia­ło i za­tru­wa du­szę.

BRZMI OBIE­CU­JĄ­CO.

– Mi­strzu…

Świę­ty mąż obej­rzał się z iry­ta­cją. Przy­by­li ako­li­ci.

– Chwi­lecz­kę. Roz­ma­wiam z…

Obcy znik­nął.

– Mi­strzu, po­ko­na­li­śmy wie­le mil po… – za­czął ako­li­ta.

– Za­mknij się na mo­ment, do­brze?

Świę­ty mąż pod­niósł rękę, uło­żył dłoń pio­no­wo i mach­nął nią kil­ka razy. Wy­mru­czał coś pod no­sem.

Ako­li­ci wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Nie tego się spo­dzie­wa­li. W koń­cu ich przy­wód­ca zna­lazł w so­bie dro­bi­nę od­wa­gi.

– Mi­strzu…

Świę­ty mąż od­wró­cił się i przy­ło­żył mu w ucho. Dźwięk, jaki za­brzmiał, był wy­raź­nie sły­szal­ny: klask!

– Aha… Zła­pa­łem! – ucie­szył się świę­ty mąż. – A te­raz, co mogę dla was…

Urwał, gdy mózg na­dą­żył wresz­cie za usza­mi.

– Co miał na my­śli, mó­wiąc: ludz­kie isto­ty?

1-6_jpg

Śmierć prze­szedł w za­du­mie po zbo­czu do miej­sca, gdzie wiel­ki bia­ły koń spo­koj­nie ob­ser­wo­wał oko­li­cę.

IDŹ SO­BIE, po­wie­dział.

Koń spoj­rzał na nie­go nie­uf­nie. Był o wie­le bar­dziej in­te­li­gent­ny od więk­szo­ści koni, choć nie jest to trud­ne do osią­gnię­cia. Zda­wał się świa­do­my, że nie wszyst­ko jest w po­rząd­ku z jego pa­nem.

TO MOŻE CHWI­LĘ PO­TRWAĆ, uprze­dził Śmierć.

I ru­szył przed sie­bie.

1-6_jpg

W Ankh-Mor­pork nie pa­dał deszcz. Impa bar­dzo to za­sko­czy­ło.

Za­sko­czy­ło go rów­nież, jak szyb­ko skoń­czy­ły się pie­nią­dze. Jak do­tąd stra­cił trzy do­la­ry i dwa­dzie­ścia sie­dem pen­sów.

Stra­cił, po­nie­waż wrzu­cił je do mi­ski, jaką usta­wił przed sobą, kie­dy grał – tak jak my­śli­wy wy­sta­wia wa­bi­ki, żeby ścią­gnąć kacz­ki. Kie­dy spoj­rzał po chwi­li, już ich nie było.

Lu­dzie przy­by­wa­li do Ankh-Mor­pork, by zdo­być for­tu­nę. Nie­ste­ty, inni lu­dzie też chcie­li ją zdo­być.

W do­dat­ku tu­tej­si miesz­kań­cy nie chcie­li chy­ba słu­chać bar­dów, na­wet ta­kich, któ­rzy zdo­by­li na­gro­dę je­mio­ły i har­fę stu­le­cia na wiel­kim Eisted­d­fod w Lla­me­dos.

Imp zna­lazł so­bie miej­sce na jed­nym z głów­nych pla­ców, na­stro­ił har­fę i za­grał. Nikt nie zwra­cał na nie­go uwa­gi, naj­wy­żej po to, żeby ode­pchnąć go z dro­gi albo też – naj­wy­raź­niej – żeby okraść jego mi­skę. W koń­cu, kie­dy wła­śnie za­czął wąt­pić, czy przy­by­wa­jąc tu­taj, pod­jął słusz­ną de­cy­zję, na­de­szło dwóch straż­ni­ków. Przez chwi­lę przy­glą­da­li się Im­po­wi.

– To jest har­fa. To coś, na czym on gra, Nob­by – stwier­dził je­den z nich.

– Cym­bał.

– Nie, prze­cież cym­bał… – Gru­by straż­nik spoj­rzał gniew­nie. – Całe ży­cie cze­ka­łeś, żeby mnie tak na­zwać, co, Nob­by? Za­ło­żę się, że uro­dzi­łeś się z na­dzie­ją, że ktoś po­wie coś o in­stru­men­tach, a ty na­zwiesz go cym­ba­łem i bę­dziesz uda­wał, że to tyl­ko dys­ku­sja! Wstydź się!

Imp prze­stał grać. W tych oko­licz­no­ściach było to nie­moż­li­we.

– To har­fa, na­tu­rall­l­nie – za­pew­nił. – Wy­gra­łem ją…

– A, je­steś z Lla­me­dos, co? – do­my­ślił się gru­by straż­nik. – Po­zna­łem po ak­cen­cie. Bar­dzo mu­zy­kal­ni lu­dzie żyją w tym Lla­me­dos.

– Dla mnie brzmi to jak bul­got ze żwi­rem – od­parł chud­szy, iden­ty­fi­ko­wa­ny jako Nob­by. – Masz li­cen­cję, ko­le­go?

– Lli­cen­cję? – zdzi­wił się Imp.

– Bar­dzo pil­nu­ją li­cen­cji ci z Gil­dii Mu­zy­kan­tów – oświad­czył Nob­by. – Przy­ła­pią cię na gra­niu mu­zy­ki bez li­cen­cji, to bio­rą twój in­stru­ment i wpy­cha­ją…

– No, no – prze­rwał mu gru­by straż­nik. – Nie strasz chło­pa­ka.

– Po­wiem tyle: nie jest to przy­jem­ne, na­wet jak grasz na fle­cie pic­co­lo.

– Alle prze­cież mu­zy­ka po­win­na być za dar­mo, jak po­wie­trze i nie­bo – prze­ko­ny­wał Imp.

– W tym mie­ście nie jest. To tyl­ko do­bra rada, ko­le­go.

– Nig­dy nie sły­sza­łem o Gill­l­dii Mu­zy­kan­tów.

– Jest przy uli­cy Bla­sza­nej Po­kryw­ki – po­in­for­mo­wał Nob­by. – Chcesz być mu­zy­kan­tem, mu­sisz wstą­pić do gil­dii.

Imp zo­stał wy­cho­wa­ny w po­sza­no­wa­niu dla pra­wa. Lla­me­do­sa­nie byli wy­jąt­ko­wo pra­wo­rząd­ni.

– Pój­dę tam na­tych­miast – obie­cał.

Straż­ni­cy spo­glą­da­li za nim.

– Ma na so­bie noc­ną ko­szu­lę – za­uwa­żył ka­pral Nobbs.

– To sza­ta bar­da, Nob­by – wy­ja­śnił sier­żant Co­lon. – Bar­dzo bar­dyj­scy lu­dzie żyją w tym Lla­me­dos.

– Ile pan mu daje, sier­żan­cie?

Co­lon po­ki­wał ręką tam i z po­wro­tem, ge­stem czło­wie­ka, któ­ry wie, o czym mówi.

– Dwa, naj­wy­żej trzy dni.

Wy­mi­nę­li gmach Nie­wi­docz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu i ru­szy­li Ty­ła­mi, za­ku­rzo­ną ulicz­ką, gdzie pra­wie nie było ru­chu. Dla­te­go wła­śnie sta­ła się po­pu­lar­na wśród straż­ni­ków – jako miej­sce, gdzie moż­na przy­cza­ić się, za­pa­lić i ba­dać głę­bie my­śli.

– Zna pan ło­so­sie, sier­żan­cie? – za­py­tał Nob­by.

– To ryba, któ­rej je­stem świa­do­my. Owszem.

– Wie pan, że te­raz sprze­da­ją ją w pla­ster­kach, za­pa­ko­wa­ną w pusz­ki…

– Tak dano mi do zro­zu­mie­nia, w isto­cie.

– Wła­śnie… Jak to się dzie­je, że wszyst­kie pusz­ki są tej sa­mej wiel­ko­ści? Prze­cież ło­soś jest cień­szy na obu koń­cach.

– Cie­ka­we spo­strze­że­nie, Nob­by. My­ślę…

Co­lon urwał na­gle, wpa­trzo­ny w coś po dru­giej stro­nie uli­cy. Ka­pral Nobbs po­dą­żył wzro­kiem za jego spoj­rze­niem.

– Ten sklep… – po­wie­dział sier­żant Co­lon. – Ten sklep, o tam… Czy był tam też wczo­raj?

Nob­by po­pa­trzył na łusz­czą­cą się far­bę, nie­wiel­kie okno wy­sta­wo­we z szy­bą ob­ro­śnię­tą bru­dem i krzy­we drzwi.

– Ja­sne – stwier­dził. – Za­wsze tam był. Jest tam już od lat.

Co­lon prze­szedł przez uli­cę i spró­bo­wał ze­trzeć brud z szy­by. We­wnątrz, w mro­ku, ry­so­wa­ły się nie­wy­raź­nie ciem­ne kształ­ty.

– Zga­dza się, pew­nie – wy­mam­ro­tał. – Ale czy był tu już od lat… wczo­raj?

– Do­brze się pan czu­je, sier­żan­cie?

– Chodź­my stąd, Nob­by. – Sier­żant ru­szył tak szyb­ko, jak tyl­ko po­tra­fił.

– Do­kąd, sier­żan­cie?

– Do­kąd­kol­wiek, byle nie tu­taj.

Po­śród ciem­nych sto­sów to­wa­ru coś wy­czu­ło ich odej­ście.

1-6_jpg

Imp po­dzi­wiał już bu­dyn­ki róż­nych gil­dii: ma­je­sta­tycz­ny fron­ton Gil­dii Skry­to­bój­ców, wspa­nia­łe ko­lum­ny Gil­dii Zło­dziei, dy­mią­cy, ale jed­nak im­po­nu­ją­cy dół w miej­scu, gdzie jesz­cze dzień wcze­śniej sta­ła Gil­dia Al­che­mi­ków. Kie­dy wresz­cie zna­lazł Gil­dię Mu­zy­kan­tów, prze­żył roz­cza­ro­wa­nie. Nie był to na­wet bu­dy­nek, tyl­ko kil­ka cia­snych po­ko­ików nad warsz­ta­tem go­li­bro­dy.

Usiadł w po­ma­lo­wa­nej na brą­zo­wo po­cze­kal­ni i cze­kał. Przed sobą na ścia­nie wi­dział ta­blicz­kę: „Dla wła­snej wy­go­dy i kom­for­tu NIE BĘ­DZIESZ PA­LIŁ”. Imp nig­dy w ży­ciu nie pa­lił. W Lla­me­dos było zbyt wil­got­no, by co­kol­wiek mo­gło się pa­lić. Ale te­raz na­gle ogar­nę­ła go chęć, by spró­bo­wać.

Oprócz nie­go w po­cze­kal­ni sie­dział troll i kra­sno­lud. Nie czuł się swo­bod­nie w ich to­wa­rzy­stwie. Sta­le mu się przy­glą­da­li.

Wresz­cie ode­zwał się kra­sno­lud:

– Nie je­steś elfi, co?

– Ja? Nie!

– Wy­glą­dasz tro­chę el­fio z tymi wło­sa­mi.

– Wcall­le nie el­l­fi, skąd! Sło­wo!

– Skąd ty? – za­in­te­re­so­wał się troll.

– Lla­me­dos – wy­ja­śnił Imp.

Przy­mknął oczy. Wie­dział, co kra­sno­lu­dy i trol­le tra­dy­cyj­nie ro­bią z ludź­mi po­dej­rza­ny­mi o by­cie el­fa­mi. Gil­dia Mu­zy­kan­tów mo­gła­by się od nich uczyć.

– Co tam czy­masz? – spy­tał troll. Miał przed ocza­mi dwa duże kwa­dra­ty ciem­ne­go szkła pod­trzy­my­wa­ne dru­cia­ny­mi ram­ka­mi za­cze­pio­ny­mi o uszy.

– To moja har­fa, ro­zu­miesz.

– Na tym grasz?

– Tak.

– To je­steś dru­idem?

– Nie!

Troll mil­czał przez chwi­lę, zbie­ra­jąc my­śli.

– Wy­glą­dasz jak dru­id w tej ko­szu­li.

Kra­sno­lud po dru­giej stro­nie Impa za­chi­cho­tał.

Trol­le nie lu­bi­ły też dru­idów. Były ga­tun­kiem, któ­ry spę­dza spo­ro cza­su w nie­ru­cho­mych, po­dob­nych do gła­zów po­zach. Uwa­ża­ły, że mają po­wód do nie­chę­ci wo­bec in­ne­go ga­tun­ku, któ­ry prze­cią­ga te gła­zy na bel­kach o sześć­dzie­siąt mil da­lej i usta­wia w krę­gi, za­ko­pu­jąc po ko­la­na w zie­mi.

– W Lla­me­dos wszy­scy się tak ubie­ra­ją, ro­zu­miesz – wy­ja­śnił Imp. – All­le ja je­stem bar­dem! Nie dru­idem! Nie zno­szę ka­mul­l­ców.

– Łoj… – rzu­cił ci­cho kra­sno­lud.

Po­wo­li i zna­czą­co troll zmie­rzył Impa wzro­kiem. Po czym rzekł bez śla­du ja­kiejś szcze­gól­nej groź­by w gło­sie:

– Ty daw­no w mie­ście?

– Do­pie­ro co przy­by­łem – od­parł Imp. Nie do­bie­gnę na­wet do drzwi, my­ślał. Za­raz roz­gnie­cie mnie na mia­zgę.

– Dam ci bez­płat­ną radę o czymś, co le­piej wie­dzieć. To bez­płat­na rada, któ­rej udzie­lam ci gra­tis za dar­mo. W tym mie­ście „ka­mu­lec” to sło­wo na trol­la. Brzyd­kie sło­wo, uży­wa­ne przez głu­pich lu­dzi. Na­zwiesz trol­la ka­mul­cem, to le­piej szy­kuj się do po­szu­ka­nia wła­snej gło­wy. A już szcze­gól­nie kie­dy wy­glą­dasz tro­chę el­fio z tymi usza­mi. To przy­ja­ciel­ska rada, bo je­steś bar­dem i ro­bisz mu­zy­kę, jak ja.

– Ja­sne! Dzię­ku­ję! Tak! – Imp aż osłabł z ulgi.

Zła­pał har­fę i za­grał kil­ka nut. To nie­co roz­luź­ni­ło at­mos­fe­rę, po­nie­waż wszy­scy wie­dzą, że elfy nig­dy nie po­tra­fi­ły grać mu­zy­ki.

– Lias Chal­kan­tyt – przed­sta­wił się troll, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie coś ma­syw­ne­go z pal­ca­mi.

– Imp y Ce­lyn – od­parł Imp. – Nic wspóll­l­ne­go z prze­su­wa­niem gła­zów. W ża­den spo­sób.

Mniej­sza, bar­dziej szorst­ka dłoń po­ja­wi­ła się przed Im­pem z dru­giej stro­ny. Wzrok bar­da po­wę­dro­wał wzdłuż umo­co­wa­ne­go do niej ra­mie­nia. Wła­ści­ciel dło­ni i ra­mie­nia, kra­sno­lud, był ni­ski, na­wet jak na kra­sno­lu­da. Na ko­la­nach trzy­mał wiel­ki róg z brą­zu.

– Buog Bu­ogs­son – po­wie­dział. – Grasz tyl­ko na har­fie?

– Na wszyst­kim, co ma stru­ny. Ale har­fa to kró­lo­wa in­stru­men­tów, ro­zu­miesz.

– Ja mogę wy­dmu­chać wszyst­ko – za­pew­nił Buog.

– Na­praw­dę? – Imp szu­kał ner­wo­wo ja­kie­goś uprzej­me­go ko­men­ta­rza. – Mu­sisz być bar­dzo po­pul­lar­ny.

Troll pod­niósł duży skó­rza­ny wo­rek.

– Na tym ja gram – oświad­czył.

Na pod­ło­gę wy­to­czy­ło się kil­ka spo­rych okrą­głych ka­mie­ni. Lias pod­niósł je­den i pstryk­nął go pal­cem. Za­brzmia­ło: bam.

– Mu­zy­ka z ka­mie­ni? – zdzi­wił się Imp. – Jak ją na­zy­wa­cie?

– Na­zy­wa­my Ggro­ohu­aga, co ozna­cza mu­zy­kę z ka­mie­ni.

Ka­mie­nie były róż­nej wiel­ko­ści, sta­ran­nie do­stro­jo­ne tu i tam przez nie­du­że na­cię­cia i wy­ry­te li­nie. Imp wy­brał mniej­szy i puk­nął pal­cem. Uzy­skał: bop. Inny, jesz­cze mniej­szy, za­brzmiał jak: bing.

– Co z nimi ro­bisz? – za­in­te­re­so­wał się.

– Walę jed­nym o dru­gi.

– A po­tem co?

– Jak to „a po­tem co”?

– Co ro­bisz, kie­dy już wal­l­niesz jed­nym o dru­gi?

– Walę jed­nym o dru­gi jesz­cze raz – wy­ja­śnił Lias, uro­dzo­ny per­ku­si­sta.

Drzwi ga­bi­ne­tu otwo­rzy­ły się i do po­cze­kal­ni zaj­rzał męż­czy­zna ze spi­cza­stym no­sem.

– Je­ste­ście ra­zem? – burk­nął.

1-6_jpg

Rze­czy­wi­ście ist­nie­je rze­ka, z któ­rej kro­pla wody – zgod­nie z le­gen­dą – po­zba­wia czło­wie­ka pa­mię­ci.

Wie­lu uzna­wa­ło, że cho­dzi tu o rze­kę Ankh, któ­rej wodę moż­na pić, a na­wet kro­ić i prze­żu­wać. Je­den łyk z Ankh praw­do­po­dob­nie po­zba­wił­by czło­wie­ka pa­mię­ci, a przy­najm­niej spo­wo­do­wał, że dzia­ły­by się z nim ta­kie rze­czy, któ­rych pod żad­nym po­zo­rem nie chciał­by pa­mię­tać.

W rze­czy­wi­sto­ści była też inna rze­ka, zdol­na tego do­ko­nać. Jest w tym, oczy­wi­ście, pe­wien ha­czyk. Nikt nie wie, któ­rę­dy ona pły­nie, gdyż ci, co do niej do­cie­ra­ją, są zwy­kle ra­czej spra­gnie­ni.

Śmierć po­sta­no­wił zba­dać inne moż­li­wo­ści.

1-6_jpg

– Sie­dem­dzie­siąt pięć dolll­la­rów? – prze­ra­ził się Imp. – Tyl­l­ko za to, żeby grać mu­zy­kę?

– To dwa­dzie­ścia pięć do­la­rów opła­ty re­je­stra­cyj­nej, za­licz­ka na dwa­dzie­ścia pro­cent do­cho­dów i pięt­na­ście do­la­rów do­bro­wol­nej obo­wiąz­ko­wej rocz­nej skład­ki na fun­dusz eme­ry­tal­ny – wy­ja­śnił pan Cle­te, se­kre­tarz Gil­dii Mu­zy­kan­tów.

– Ale my nie mamy ta­kiej sumy!

Pan Cle­te wzru­szył ra­mio­na­mi, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że choć świat w sa­mej rze­czy ma wie­le pro­ble­mów, ten aku­rat nie na­le­ży do jego oso­bi­stych.

– Alle może za­pła­ci­my, kie­dy już za­ro­bi­my tro­chę – za­pro­po­no­wał sła­bym gło­sem Imp. – Gdy­by­śmy do­stal­li, no wie pan, ty­dzień czy dwa…

– Nie mo­że­my po­zwo­lić, że­by­ście gra­li gdzie­kol­wiek, je­śli nie je­ste­ście człon­ka­mi gil­dii – oświad­czył pan Cle­te.

– Ale nie mo­że­my zo­stać człon­ka­mi gil­dii, je­śli nig­dzie nie za­gra­my – za­uwa­żył Buog.

– Zga­dza się – przy­znał uprzej­mie pan Cle­te. – Hat, hat, hat!

Był to dziw­ny śmiech, cał­kiem wy­pra­ny z we­so­ło­ści i jak­by pta­si. Pa­so­wał do swe­go wła­ści­cie­la, któ­ry przy­po­mi­nał to, co moż­na otrzy­mać, je­śli wy­eks­tra­hu­je się ma­te­riał ge­ne­tycz­ny z owa­da za­to­pio­ne­go w bursz­ty­nie, a po­tem ubie­rze się efekt w gar­ni­tur.

Lord Ve­ti­na­ri po­pie­rał roz­wój gil­dii. Były ni­czym wiel­kie koła zę­ba­te, któ­re na­pę­dza­ły me­cha­nizm do­brze wy­re­gu­lo­wa­ne­go mia­sta. Kro­pla oli­wy tu­taj… lub kij wsu­nię­ty tam, oczy­wi­ście… i ogól­nie rzecz bio­rąc, wszyst­ko dzia­ła­ło.

Zro­dzi­ły też – tak jak kom­post ro­dzi ro­ba­ki – pana Cle­te’a. Nie był on, we­dług kla­sycz­nych de­fi­ni­cji, złym czło­wie­kiem – tak samo jak roz­no­szą­cy za­ra­zę szczur nie jest, z obiek­tyw­ne­go punk­tu wi­dze­nia, złym zwie­rzę­ciem.

Pan Cle­te cięż­ko pra­co­wał dla do­bra swych bliź­nich. Temu po­świę­cił swo­je ży­cie. Wie­le jest bo­wiem na świe­cie za­jęć, któ­re wy­ko­nać trze­ba, a któ­rych lu­dzie wy­ko­ny­wać nie chcą. Wdzięcz­ni są więc panu Cle­te’owi, że to on je wy­ko­nu­je. Pi­sa­nie pro­to­ko­łów, na przy­kład. Pil­no­wa­nie, by li­sta człon­ków za­wsze była ak­tu­al­na. Re­je­stra­cja. Or­ga­ni­za­cja.

Cięż­ko pra­co­wał dla Gil­dii Zło­dziei, choć nie był zło­dzie­jem, przy­najm­niej w zwy­kłym sen­sie tego sło­wa. Po­tem zwol­ni­ło się wyż­sze sta­no­wi­sko w Gil­dii Bła­znów, choć pan Cle­te nie był bła­znem. I wresz­cie fo­tel se­kre­ta­rza w Gil­dii Mu­zy­kan­tów.

For­mal­nie rzecz bio­rąc, po­wi­nien być mu­zy­kan­tem. Ku­pił więc grze­bień i pa­pier. Po­nie­waż do owe­go dnia gil­dią kie­ro­wa­li praw­dzi­wi mu­zy­cy, li­sta człon­ków po­cho­dzi­ła sprzed lat i mało kto w ostat­nim cza­sie opła­cał skład­ki. A że w do­dat­ku or­ga­ni­za­cja win­na była kil­ka ty­się­cy do­la­rów kar­nych od­se­tek trol­lo­wi Chry­zo­pra­zo­wi, pan Cle­te nie mu­siał na­wet sta­wać do prze­słu­cha­nia.

Kie­dy otwo­rzył pierw­szą z za­nie­dba­nych ksiąg i spoj­rzał na zdez­or­ga­ni­zo­wa­ny cha­os, ogar­nę­ło go uczu­cie głę­bo­kie i cu­dow­ne. Od tej chwi­li nig­dy nie oglą­dał się za sie­bie. Za to bar­dzo czę­sto spo­glą­dał z góry. I cho­ciaż gil­dia mia­ła swo­je­go pre­ze­sa i radę, mia­ła też pana Cle­te’a, któ­ry ro­bił no­tat­ki, pil­no­wał, żeby wszyst­ko prze­bie­ga­ło bez wstrzą­sów, i dys­kret­nie uśmie­chał się do sie­bie. Dziw­nym, ale pew­nym fak­tem jest, że kie­dy lud zrzu­ca jarz­mo ty­ra­nów i chce sam sobą rzą­dzić, jak grzyb po desz­czu po­ja­wia się pan Cle­te.

Hat, hat, hat. Pan Cle­te śmiał się z czę­sto­ścią od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­ną do hu­mo­ru kon­kret­nej sy­tu­acji.

– Prze­cież to bzdu­ra!

– Wi­taj­cie w cu­dow­nym świe­cie eko­no­mii gil­dii – rzekł pan Cle­te. – Hat, hat, hat.

– A co by się sta­ło, gdy­by­śmy za­grall­li, nie nal­le­żąc do gil­l­dii? – za­py­tał Imp. – Kon­fi­sku­je­cie in­stru­men­ty?

– Na po­czą­tek – wy­ja­śnił se­kre­tarz. – A po­tem tak jak­by zwra­ca­my je z po­wro­tem. Hat, hat, hat. Przy oka­zji… Ja­kiś elfi z wy­glą­du się wy­da­jesz.

1-6_jpg

– Sie­dem­dzie­siąt pięć doll­la­rów to roz­bój – uznał Imp, gdy wle­kli się po mrocz­nych uli­cach.

– Go­rzej niż roz­bój – stwier­dził Buog. – Sły­sza­łem, że Gil­dia Zło­dziei bie­rze tyl­ko pro­cent od do­cho­dów.

– A dają za to peł­ne człon­ko­stwo gil­dii i w ogó­le – burk­nął Lias. – Na­wet eme­ry­tu­rę. I jesz­cze co roku ro­bią wy­ciecz­kę na cały dzień do Qu­ir­mu, z pik­ni­kiem.

– Mu­zy­ka po­win­na być za dar­mo – oświad­czył Imp.

– To co te­raz zro­bi­my? – do­py­ty­wał się Lias.

– Ma­cie ja­kieś pie­nią­dze? – za­py­tał Buog.

– Mam do­la­ra – od­parł Lias.

– Mam parę pen­sów – do­dał Imp.

– W ta­kim ra­zie zje­my coś po­rząd­ne­go – po­sta­no­wił Buog. – To już tu­taj. – Wska­zał szyld.

– Jama Świ­dry? – zdzi­wił się Lias. – Świ­dro? Brzmi to kra­sno­lu­dzio. We­rmin­cel­li i róż­ne ta­kie?

– Te­raz po­da­je też da­nia trol­li – uspo­ko­ił go Buog. – Po­sta­no­wił za­po­mnieć o róż­ni­cach et­nicz­nych dla spra­wy za­ra­bia­nia więk­szych pie­nię­dzy. Pięć od­mian wę­gla, sie­dem ty­pów kok­su i po­pio­łu, ska­ły osa­do­we aż ślin­ka ciek­nie. Spodo­ba ci się.

– A chl­leb kra­snoll­lu­dów? – spy­tał Imp.

– Lu­bisz chleb kra­sno­lu­dów? – zdzi­wił się Buog.

– Uwiell­l­biam.

– Zna­czy, praw­dzi­wy chleb kra­sno­lu­dów? Je­steś pe­wien?

– Tak. Jest smacz­ny i chru­pią­cy, ro­zu­miesz.

Buog wzru­szył ra­mio­na­mi.

– To za­ła­twia spra­wę – rzekł. – Ktoś, kto lubi chleb kra­sno­lu­dów, nie może być ani tro­chę elfi.

Lo­kal był pra­wie pu­sty. Kra­sno­lud w się­ga­ją­cym po pa­chy far­tu­chu ob­ser­wo­wał ich zza kon­tu­aru.

– Po­da­je­cie sma­żo­ne­go szczu­ra? – upew­nił się Buog.

– Naj­lep­sze sma­żo­ne szczu­ry w mie­ście – za­pew­nił Świ­dro.

– Do­brze. Pro­szę czte­ry sma­żo­ne szczu­ry.

– I ka­wa­łek chl­le­ba kra­snoll­lu­dów – wtrą­cił Imp.

– I tro­chę kok­su – do­dał Lias.

– Zna­czy, szczu­rze łeb­ki czy szczu­rze łap­ki?

– Nie. Czte­ry sma­żo­ne szczu­ry.

– I koks.

– Po­lać te szczu­ry ke­czu­pem?

– Nie.

– Je­steś pe­wien?

– Bez ke­czu­pu.

– I koks.

– I dwa jaj­ka na twar­do – do­rzu­cił Imp.

Po­zo­sta­li spoj­rze­li na nie­go ze zdzi­wie­niem.

– No co? Lllu­bię jaj­ka na twar­do.

– I koks.

– Sie­dem­dzie­siąt pięć do­la­rów – wes­tchnął Buog, kie­dy już usie­dli. – Ile to jest: trzy razy sie­dem­dzie­siąt pięć do­la­rów?

– Mnó­stwo do­la­rów – od­parł Lias.

– Wię­cej niż dwie­ście doll­la­rów – uzu­peł­nił Imp.

– Nie wy­da­je mi się, że­bym w ży­ciu wi­dział dwie­ście do­la­rów – stwier­dził Buog. – Przy­najm­niej nie na ja­wie.

– Za­ro­bi­my pie­nią­dze? – za­py­tał Lias.

– Nie mo­że­my za­ra­biać pie­nię­dzy jako mu­zy­kan­ci – przy­po­mniał Imp. – Ta­kie jest pra­wo gil­l­dii. Je­śl­li cię zła­pią, za­bio­rą ci in­stru­ment i we­pchną w… – Urwał. – Po­wiedz­my tyl­l­ko, że nie jest to przy­jem­ne dlla gra­ją­ce­go na flle­cie pic­coll­lo – po­wtó­rzył z pa­mię­ci.

– Przy­pusz­czam, że i trę­ba­czo­wi nie jest miło – mruk­nął Buog, po­sy­pu­jąc swe­go szczu­ra pie­przem.

– Nie mogę te­raz wró­cić do domu – wy­znał Imp. – Po­wie­dzia­łem… W każ­dym ra­zie jesz­cze nie mogę. A na­wet gdy­bym mógł, mu­siał­bym wzno­sić mo­noll­li­ty, jak moi bra­cia. Tyl­l­ko ka­mien­ne krę­gi ich in­te­re­su­ją.

– Gdy­bym ja te­raz wró­cił do domu – wes­tchnął Lias – wa­lił­bym ma­czu­gą dru­idów.

Obaj, bar­dzo ostroż­nie, od­su­nę­li się nie­co da­lej od sie­bie.

– W ta­kim ra­zie za­gra­my gdzieś, gdzie nie znaj­dzie nas Gil­dia Mu­zy­kan­tów – po­sta­no­wił Buog. – Znaj­dzie­my ja­kiś klub… A jesz­cze le­piej ele­ganc­ki pa­łac na pry­wat­ne wy­stę­py.

– Ja już mam pałę. Pry­wat­ną. Jest w niej gwóźdź.

– Tego… to może jed­nak klub. Noc­ny.

– Gwóźdź sie­dzi w niej przez całą noc, bez prze­rwy.

– Tak się skła­da – kon­ty­nu­ował Buog, po­rzu­ca­jąc ten wą­tek dys­ku­sji – że są w tym mie­ście licz­ne lo­ka­le, któ­re nie lu­bią pła­cić sta­wek gil­dii. Mo­gli­by­śmy przy­go­to­wać parę nu­me­rów i bez żad­ne­go kło­po­tu za­ro­bić tro­chę for­sy.

– My? Wszy­scy ra­zem? – zdzi­wił się Imp.

– Pew­no.

– Prze­cież gra­my kra­snoll­lu­dzią mu­zy­kę, llludz­ką mu­zy­kę i trolll­lo­wą mu­zy­kę. Nie je­stem pe­wien, czy do sie­bie pa­su­ją. Zna­czy, kra­snoll­lu­dy słu­cha­ją kra­snol­lu­dziej mu­zy­ki, llu­dzie słu­cha­ją llludz­kiej, a trolll­le trolll­lo­wej. Co bę­dzie, jak je wszyst­kie po­mie­sza­my? Wyj­dzie coś strasz­ne­go.

– Mię­dzy nami nie jest strasz­nie – za­uwa­żył Lias. Wstał i wziął z lady sol­nicz­kę.

– Je­ste­śmy mu­zy­ka­mi – przy­po­mniał mu Buod. – Z nor­mal­ny­mi ludź­mi jest in­a­czej.

– Zga­dza się – przy­znał troll.

Usiadł.

Coś trza­snę­ło.

Lias wstał.

– Łoj – po­wie­dział.

Imp wy­cią­gnął rękę. Po­wo­li i bar­dzo de­li­kat­nie pod­niósł z ławy reszt­ki swo­jej har­fy.

– Łoj – po­wtó­rzył Lias.

Stru­na zwi­nę­ła się z ci­chym brzę­kiem.

Czu­li się, jak­by pa­trzy­li na śmierć ko­cia­ka.

– Zdo­by­łem ją na Eisted­d­fod – szep­nął Imp.

– Da­ło­by się ją po­skle­jać? – za­py­tał po chwi­li Buog.

Imp po­krę­cił gło­wą.

– W Lla­me­dos nie zo­stał już nikt, kto by to po­tra­fił, ro­zu­miesz.

– Tak, ale na uli­cy Chy­trych Rze­mieśl­ni­ków…

– Na­praw­dę prze­pra­szam. Zna­czy się, na­praw­dę bar­dzo. Nie wiem, skąd się tam zna­la­zła.

– To nie two­ja wina.

Imp bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał zło­żył ra­zem parę ka­wał­ków. Ale wie­dział, że nie moż­na na­pra­wić in­stru­men­tu mu­zycz­ne­go. Pa­mię­tał, że sta­rzy bar­do­wie o tym mó­wi­li. In­stru­ment ma du­szę. Wszyst­kie in­stru­men­ty mają swo­je du­sze. Kie­dy się ła­mią, du­sze ucie­ka­ją gdzieś, od­fru­wa­ją jak pta­ki. To, co po­skła­da się z po­wro­tem, to już tyl­ko przed­miot, zwy­kła kon­struk­cja z drew­na i strun. Może grać, może na­wet zmy­lić przy­pad­ko­we­go słu­cha­cza, ale… Rów­nie do­brze moż­na ze­pchnąć ko­goś z urwi­ska, po­tem po­zszy­wać i spo­dzie­wać się, że oży­je.

– Hm… W ta­kim ra­zie może ku­pi­my ci nową? – za­pro­po­no­wał Buog. – Jest taki… taki mały skle­pik mu­zycz­ny na Ty­łach.

Urwał. Oczy­wi­ście, że jest mały skle­pik mu­zycz­ny na Ty­łach. Za­wsze tam był.

– Na Ty­łach – po­wtó­rzył dla pew­no­ści. – Mu­szą tam mieć har­fy. Na Ty­łach. Tak. Jest tam od lat.

– Nie ta­kie – od­parł Imp. – Za­nim rze­mie­śl­l­nik w ogóll­le do­tknie drew­na, musi dwa ty­go­dnie sie­dzieć owi­nię­ty ba­woll­lą skó­rą w gro­cie za wo­do­spa­dem.

– Cze­mu?

– Nie wiem. To tra­dy­cja. Musi oczy­ścić umysł z wszel­l­kich nie­po­trzeb­nych my­śl­li.

– Ale na pew­no mają tam inne rze­czy – uznał Buog. – Coś znaj­dzie­my. Nie mo­żesz być mu­zy­kiem bez in­stru­men­tu.

– Nie mam pie­nię­dzy – przy­po­mniał Imp.

Buog klep­nął go po ra­mie­niu.

– To nie­waż­ne! – za­wo­łał. – Masz za to przy­ja­ciół. Po­mo­że­my ci. Przy­najm­niej tyle mo­że­my zro­bić.

– All­le wszyst­ko wy­dal­li­śmy na je­dze­nie. Nie mamy wię­cej.

– To ne­ga­tyw­ne my­śle­nie.

– No tak. All­le na­praw­dę nie mamy, ro­zu­miesz.

– Coś wy­my­ślę – obie­cał Buog. – Je­stem kra­sno­lu­dem. Zna­my się na pie­nią­dzach. Zna­nie się na pie­nią­dzach to wła­ści­wie moje dru­gie imię.

– Masz dłu­gie dru­gie imię.

1-6_jpg

Za­pa­dał już mrok, kie­dy do­tar­li do skle­pu znaj­du­ją­ce­go się do­kład­nie na­prze­ciw­ko wy­so­kich mu­rów Nie­wi­docz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu. Wy­glą­dał na taki mu­zycz­ny skład, któ­ry dzia­ła też jako lom­bard – gdyż każ­dy mu­zyk mie­wa w ży­ciu chwi­le, kie­dy musi za­sta­wić swój in­stru­ment, je­śli chce jeść i spać pod da­chem.

– Ku­po­wa­łeś tu kie­dyś? – za­py­tał Lias.

– Nie… w każ­dym ra­zie nic so­bie nie przy­po­mi­nam – od­parł Buog.

– Za­mknię­ty – stwier­dził Lias.

Buog za­stu­kał. Po chwi­li drzwi uchy­li­ły się odro­bi­nę, aku­rat tyle, by od­sło­nić wą­ski pa­sek twa­rzy sta­rej ko­bie­ty.

– Chce­my ku­pić ja­kiś in­stru­ment, pro­szę pani – po­wie­dział Imp.

Jed­no oko zmie­rzy­ło go wzro­kiem od stóp do głów.

– Czło­wiek je­steś?

– Tak, pro­szę pani.

– No to do­brze.

Sklep oświe­tla­ło kil­ka świec. Sta­rusz­ka wró­ci­ła na bez­piecz­ną po­zy­cję za ladą, skąd ob­ser­wo­wa­ła ich czuj­nie, wy­pa­tru­jąc naj­mniej­szych oznak chę­ci za­mor­do­wa­nia jej w łóż­ku.

Cała trój­ka spa­ce­ro­wa­ła ostroż­nie mię­dzy in­stru­men­ta­mi. Wy­da­wa­ło się, że sklep przez wie­ki ma­ga­zy­no­wał swój to­war z nie­ode­bra­nych za­sta­wów. Mu­zy­kom czę­sto bra­ku­je pie­nię­dzy – to zresz­tą jed­na z de­fi­ni­cji mu­zy­ka. Były tu rogi bo­jo­we. Były lut­nie. I były bęb­ny.

– To śmie­ci – mruk­nął pod no­sem Imp.

Buog zdmuch­nął kurz z rogu sy­gna­ło­we­go, przy­tknął go do ust i uzy­skał dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy du­cha od­sma­żo­nej fa­so­li.

– Chy­ba jest tam w środ­ku zde­chła mysz – stwier­dził, za­glą­da­jąc w głę­bię in­stru­men­tu.

– Był cał­kiem do­bry, do­pó­ki w nie­go nie dmuch­ną­łeś – burk­nę­ła sta­rusz­ka.

W dru­gim ką­cie skle­pu ru­nę­ła na­gle la­wi­na ta­le­rzy.

– Prze­pra­szam! – za­wo­łał Lias.

Buog otwo­rzył po­kry­wę in­stru­men­tu cał­kiem Im­po­wi nie­zna­ne­go. Od­sło­nił rząd kla­wi­szy i prze­biegł po nich krót­ki­mi pal­ca­mi, uzy­sku­jąc se­rię smut­nych, me­ta­licz­nych nut.

– Co to? – szep­nął Imp.

– Wir­gi­nał.

– Przy­da się nam?

– Ra­czej nie.

Imp wy­pro­sto­wał się. Miał wra­że­nie, że ktoś mu się przy­glą­da. Sta­rusz­ka pa­trzy­ła na nich bez prze­rwy, ale to było coś in­ne­go…

– To na nic. Ni­cze­go tu nie ma – oświad­czył gło­śno.

– Hej, co to było? – spy­tał na­gle Buog.

– Po­wie­dzia­łem, że nie…

– Coś usły­sza­łem.

– Co?

– A te­raz zno­wu.

Za nimi roz­le­gły się trza­ski i stu­ki – to Lias uwol­nił kon­tra­bas spo­śród kłę­bo­wi­ska sto­ja­ków nu­to­wych, a te­raz pró­bo­wał dmu­chać w węż­szy ko­niec.

– Coś tak za­baw­nie dźwię­cza­ło, kie­dy mó­wi­łeś – wy­ja­śnił Buog. – Po­wiedz coś.

Imp za­wa­hał się, jak zwy­kle lu­dzie, któ­rzy uży­wa­ją ję­zy­ka przez całe ży­cie i na­gle mają „coś po­wie­dzieć”.

– Imp… – spró­bo­wał.

Usły­sze­li: UUM-Uum-um.

– To do­cho­dzi…

UUAA-Uaa-ua.

Buog od­su­nął na bok stos pra­sta­rych nut. Za nimi ukry­wał się mu­zycz­ny cmen­tarz, w tym bę­ben bez skó­ry, lan­crań­skie dudy bez pisz­cza­łek i po­je­dyn­czy ma­ra­kas, być może do wy­ko­rzy­sta­nia przez tan­cer­kę fla­men­co zen.

I jesz­cze coś.

Wy­cią­gnął to. Przy­po­mi­na­ło mniej wię­cej gi­ta­rę wy­rzeź­bio­ną tę­pym ka­mien­nym dłu­tem z ka­wał­ka sta­re­go drew­na. Cho­ciaż kra­sno­lu­dy w za­sa­dzie nie gry­wa­ją na in­stru­men­tach stru­no­wych, Buog po­tra­fił roz­po­znać gi­ta­rę. Po­win­na przy­po­mi­nać kształ­tem ko­bie­tę, ale tyl­ko wte­dy, gdy ko­bie­ta nie ma nóg, za to ma dłu­gą szy­ję i zbyt wie­le uszu.

– Imp…

– Tak?

Uau­au­aum. Dźwięk miał ostre, na­glą­ce brzmie­nie.

Do gi­ta­ry umo­co­wa­no dwa­na­ście strun, ale pu­dło wy­ko­na­no z li­te­go drew­na, wca­le nie wy­drą­żo­ne­go – słu­ży­ło wła­ści­wie tyl­ko jako for­ma przy­trzy­mu­ją­ca stru­ny.

– Re­zo­nu­je do two­je­go gło­su.

– Jak to…

Uam-ua.

Buog przy­ci­snął dło­nią stru­ny i ski­nął na dwóch po­zo­sta­łych, by po­de­szli.

– Je­ste­śmy tuż obok uni­wer­sy­te­tu – szep­nął. – Ma­gia się prze­są­cza. To po­wszech­nie zna­ny fakt. A może ja­kiś mag ją za­sta­wił. Ale da­ro­wa­ne­mu szczu­ro­wi się w zęby nie za­glą­da. Umiesz grać na gi­ta­rze?

Imp zbladł.

– Zna­czy… mu­zy­kę lllu­do­wą?

Wziął in­stru­ment. Mu­zy­ki lu­do­wej w Lla­me­dos nie apro­bo­wa­no i ry­go­ry­stycz­nie znie­chę­ca­no do jej upra­wia­nia. Uwa­ża­no, że je­śli ktoś pod­glą­dał mło­de pan­ny pew­ne­go ma­jo­we­go ran­ka, mial pra­wo pod­jąć wszel­kie kro­ki, ja­kie uznał za sto­sow­ne, jed­nak nie po­wi­nien ocze­ki­wać, że ktoś o tym na­pi­sze. Gi­ta­ry nie cie­szy­ły się uzna­niem jako, no cóż… za ła­twe.

Imp trą­cił stru­nę; wy­da­ła dźwięk nie­po­dob­ny do żad­ne­go, jaki do­tąd sły­szał. Były w nim re­zo­nan­se i nie­zwy­kle echa, któ­re zda­wa­ły się bie­gać i kryć mię­dzy in­stru­men­tal­ny­mi ru­ina­mi, od­bi­jać się i wzbu­dzać ko­lej­ne har­mo­ni­ki. Bu­dzi­ły dresz­cze. Ale nie moż­na być choć­by i naj­gor­szym mu­zy­kiem na świe­cie bez ja­kie­goś in­stru­men­tu…

– Do­brze – rzekł Buog.

Zwró­cił się do sta­rusz­ki.

– Chy­ba pani nie na­zwie tego in­stru­men­tem mu­zycz­nym, co? – za­py­tał. – Wy­star­czy spoj­rzeć. Po­ło­wy w ogó­le tu nie ma.

– Buog, nie wy­da­je mi się… – za­czął Imp. Stru­ny za­drża­ły pod jego dło­nią.

Sta­ru­cha spoj­rza­ła na gi­ta­rę.

– Dzie­sięć do­la­rów – oznaj­mi­ła.

– Dzie­sięć do­la­rów? Dzie­sięć? – obu­rzył się Buog. – Nie jest war­ta na­wet dwóch!

– Wła­śnie dzie­sięć – po­wtó­rzy­ła ko­bie­ta. Roz­pro­mie­ni­ła się, jed­nak dość zło­śli­wie, jak­by cze­ka­ła już na bi­twę, w któ­rej wszyst­kie środ­ki są do­zwo­lo­ne.

– Jest sta­ra – za­uwa­żył Buog.

– An­tycz­na.

– Wsłu­chaj się tyl­ko w dźwięk. Do ni­cze­go.

– Ak­sa­mit­ny. Dzi­siaj nie ma już ta­kich rze­mieśl­ni­ków.

– Dzię­ki temu, że zy­ska­li do­świad­cze­nie.

Imp raz jesz­cze przyj­rzał się gi­ta­rze. Stru­ny wi­bro­wa­ły same. Lśni­ły błę­ki­tem i były odro­bi­nę za­mglo­ne, jak­by nig­dy do koń­ca nie prze­sta­wa­ły drżeć.

Przy­su­nął je do ust i szep­nął:

– Imp.

Stru­ny za­bu­cza­ły.

Do­pie­ro te­raz za­uwa­żył ślad kre­dy, nie­mal cał­kiem wy­tar­ty. Nic wię­cej – jed­no po­cią­gnię­cie kre­dą…

Buog na­bie­rał roz­pę­du. Po­dob­no kra­sno­lu­dy są naj­tward­szy­mi ne­go­cja­to­ra­mi fi­nan­so­wy­mi, ustę­pu­jąc żył­ką do in­te­re­sów i tu­pe­tem je­dy­nie za­su­szo­nym sta­rusz­kom. Imp pró­bo­wał zro­zu­mieć, co się dzie­je.

– No to zgo­da – rzekł w koń­cu Buog. – Do­bi­li­śmy tar­gu.

– Do­bi­li­śmy – zgo­dzi­ła się sta­rusz­ka. – Tyl­ko nie splu­waj w dło­nie, za­nim je so­bie po­da­my, bo to nie­hi­gie­nicz­ne.

Buog od­wró­cił się do Impa.

– My­ślę, że cał­kiem nie­źle to za­ła­twi­łem – rzekł.

– Buog, po­słu­chaj… To bar­dzo…

– Masz dwa­na­ście do­la­rów?

– Co?

– Praw­dzi­wa oka­zja, moim zda­niem.

Coś za­hu­cza­ło z tyłu. Po­ja­wił się Lias, to­cząc przed sobą bar­dzo duży bę­ben. Pod pa­chą niósł dwa mie­dzia­ne ta­le­rze.

– Prze­cież mó­wi­łem, że nie mam pie­nię­dzy – szep­nął Imp.

– Tak, ale… każ­dy mówi, że nie ma pie­nię­dzy. To roz­sąd­ne. Nie mo­żesz prze­cież ła­zić po mie­ście i opo­wia­dać, że masz pie­nią­dze. Chcesz po­wie­dzieć, że na­praw­dę nie masz pie­nię­dzy?

– Nie mam!

– Na­wet dwu­na­stu do­la­rów?

– Nie!

Lias rzu­cił na ladę bę­ben, ta­le­rze i stos nut.

– Ile za wszyst­ko? – za­py­tał.

– Pięt­na­ście do­la­rów.

Lias wes­tchnął i wy­pro­sto­wał się. Przez chwi­lę stał nie­ru­cho­mo, wpa­trzo­ny w prze­strzeń, po czym ude­rzył się w szczę­kę. Się­gnął pal­cem do ust i wy­jął…

Imp wy­trzesz­czył oczy.

– Za­raz, niech po­pa­trzę… – po­wie­dział Buog. Wy­rwał przed­miot z pal­ców Lia­sa i zba­dał sta­ran­nie. – Niech mnie! Co naj­mniej pięć­dzie­siąt ka­ra­tów!

– Tego nie we­zmę – oświad­czy­ła sta­rusz­ka. – Było w gę­bie trol­la!

– Ale je pani jaj­ka, praw­da? Zresz­tą wszy­scy wie­dzą, że trol­lo­we zęby to czy­stej wody dia­men­ty.

Sta­rusz­ka wzię­ła ząb i obej­rza­ła go przy świe­cy.

– Gdy­bym go wziął do ju­bi­le­rów z uli­cy Żad­nej­ta­kiej, po­wie­dzie­li­by, że jest wart dwie­ście do­la­rów – za­pew­nił Buog.

– A ja ci mó­wię, że tu­taj jest wart pięt­na­ście do­la­rów – oświad­czy­ła sta­rusz­ka.

Dia­ment znik­nął w ma­gicz­ny spo­sób wśród jej odzie­ży. Rzu­ci­ła im ja­sny, we­so­ły uśmiech.

– Dla­cze­go nie mo­że­my go jej zwy­czaj­nie ode­brać? – za­py­tał Buog, kie­dy już wy­szli.

– Bo jest bied­ną, bez­bron­ną sta­rą ko­bie­tą – od­parł Imp.

– Otóż to! O to wła­śnie mi cho­dzi!

Kra­sno­lud spoj­rzał na Lia­sa.

– Masz usta peł­ne ta­kich ka­mie­ni?

– No.

– Bo wiesz, je­stem wi­nien swo­je­mu go­spo­da­rzo­wi za dwa mie­sią­ce i…

– Na­wet o tym nie myśl – rzekł spo­koj­nie troll.

Drzwi za nimi za­trza­snę­ły się z hu­kiem.

– Nie ma co się mar­twić – uznał Buog. – Ju­tro znaj­dę dla nas ja­kąś salę. Znam wszyst­kich w tym mie­ście. Nas trzech… to już gru­pa.

– Nie ćwi­czy­li­śmy ra­zem – przy­po­mniał Imp.

– Po­ćwi­czy­my w cza­sie wy­stę­pu. Wi­taj w świe­cie za­wo­do­wych mu­zy­ków.

1-6_jpg

Su­san nie­wie­le wie­dzia­ła o hi­sto­rii. Te­mat ten za­wsze wy­da­wał jej się wręcz nie­zwy­kle nud­ny. Ci sami nu­żą­cy lu­dzie raz za ra­zem ro­bi­li te same głu­pie rze­czy. Gdzie w tym sens? Je­den król wła­ści­wie ni­czym się nie róż­nił od dru­gie­go.

Kla­sa uczy­ła się wła­śnie o ja­kiejś re­be­lii, w któ­rej chło­pi chcie­li prze­stać być chło­pa­mi, a po­nie­waż szlach­ta zwy­cię­ży­ła, prze­sta­li być chło­pa­mi na­praw­dę szyb­ko. Gdy­by za­da­li so­bie nie­co tru­du, na­uczy­li się czy­tać i zdo­by­li parę hi­sto­rycz­nych ksią­żek, do­wie­dzie­li­by się o wąt­pli­wych za­le­tach kos i wi­deł uży­wa­nych w wal­ce prze­ciw­ko ku­szom i mie­czom.

Su­san słu­cha­ła przez chwi­lę bez za­in­te­re­so­wa­nia, aż wresz­cie ogar­nę­ła ją nuda. Wte­dy wy­ję­ła książ­kę i po­zwo­li­ła so­bie znik­nąć z pola uwa­gi świa­ta.

PIP!

Zer­k­nę­ła w bok.

Na pod­ło­dze obok jej sto­li­ka sta­ła na pod­ło­dze mała fi­gur­ka. Wy­glą­da­ła zu­peł­nie jak szczu­rzy szkie­let w czar­nej sza­cie i z bar­dzo małą kosą w ręku.

Su­san wró­ci­ła do lek­tu­ry. Ta­kie rze­czy nie ist­nia­ły – była tego zu­peł­nie pew­na.

PIP!

Zno­wu spoj­rza­ła w dół. Zja­wa nadal tam była. Wczo­raj na ko­la­cję do­sta­ły to­sty z se­rem. Czło­wiek – przy­najm­niej w książ­kach – mógł się spo­dzie­wać róż­nych rze­czy po póź­nym po­sił­ku tego ro­dza­ju.

– Nie ist­nie­jesz – oświad­czy­ła. – Je­steś tyl­ko ka­wał­kiem sera.

PIP?

Kie­dy stwo­rze­nie było pew­ne, że zwró­ci­ło na sie­bie jej uwa­gę, wy­ję­ło ma­leń­ką klep­sy­drę na srebr­nym łań­cusz­ku i wska­za­ło ją z na­ci­skiem.

Wbrew wszel­kim ra­cjo­nal­nym prze­ko­na­niom, Su­san schy­li­ła się i wy­cią­gnę­ła rękę. Stwo­rze­nie wspię­ło się na jej dłoń – łap­ki kłu­ły, jak­by były ze szpi­lek. Spoj­rza­ło wy­cze­ku­ją­co.

Su­san pod­nio­sła je do po­zio­mu oczu. No do­brze, może to i jest od­prysk jej wy­obraź­ni. Tym bar­dziej nie po­win­na tego lek­ce­wa­żyć.

– Nie za­mie­rzasz chy­ba po­wie­dzieć cze­goś w ro­dza­ju „Na moje łap­ki i wą­si­ki!”, praw­da? – spy­ta­ła ci­cho. – Je­śli spró­bu­jesz, wrzu­cę cię do wy­gód­ki.