Bat na koty - Jerzy Niemczuk

Bat na koty

0,0

Asia, młoda mama 3-letniej Mai, samotnie opiekuje się córką. Jej mąż uciekł, pozostawiając po sobie gorycz i… długi. Dziewczyna mieszka w biednej wsi pod Lidzbarkiem, przygarnięta przez byłych teściów, którzy jej nie lubią i w dodatku obwiniają o rozbicie małżeństwa. Brakuje jej pieniędzy, pracy, wsparcia serdecznych ludzi i nadziei na lepsze jutro. Nikt w nią nie wierzy, nawet ona sama. O miłości już chyba nawet nie marzy… Lecz gdy w życiu wyczerpuje się limit nieszczęścia, okazuje się, że może się jeszcze zdarzyć wiele, wiele dobrego…

Czy w życiu Asi także? Czy dziewczyna weźmie w końcu swój los we własne ręce, czy odważy się zaryzykować?

Prawdziwa literacka uczta dla miłośników Warmii i Mazur – piękne widoki, klimatyczne jeziora, tradycje i mazurska gwara. Jednak autor pokazuje też inne oblicze tych terenów – sąsiedzkie animozje i mentalność mieszkańców, bezrobocie i biedę popegeerowskiej Polski B. Jest też wątek kryminalny – przemytnicza afera tytoniowa, mafijne porachunki i tajni agenci. Taka mieszanka potrafi podnieść ciśnienie!

Jerzy Niemczuk, który stworzył barwny świat największego hitu TVP1 – serialu „Ranczo”, udowadnia, że potrafi opowiedzieć piękną historię bardziej na serio. Nie zabraknie w niej prawdziwych ludzkich dramatów, wzruszeń i życzliwych ludzi, a przede wszystkim wiary – w dobro i miłość. Dla miłośników urokliwych Mazur, lektura obowiązkowa.

Tego nazwiska szukaj teraz na półkach z dobrą popularną literaturą!

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Strona tytułowa

Spis treści

Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
© Copyright by Jerzy Niemczuk

© Copyright for this edition
by Wydawnictwo Literackie, 2014

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Robert Kleemann
ILUSTRACJE: © Radosław Maciejewski — Fotolia.com (jezioro) © iStock (kobieta z dzieckiem)
REDAKCJA: Agnieszka Olczyk
KOREKTA: Anna Dobosz, Dorota Trzcinka, Małgorzata Wójcik


Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.
ul. Długa 1, 31-147 Kraków
bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40
księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl
fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN: 978-83-08-05670-7

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ROZDZIAŁ I

Czerwone słońce zawieszone nad ścianą ciemnego lasu odbijało się w tafli jeziora. Asia przycupnęła na drewnianym pomoście. Przyjezdni zbudowali go zimą przed paroma laty, żeby stawiać łódki. Pomost sięgał daleko za pas trzcin, tych jednak z każdym rokiem przybywało. Deski pokryły się zielonkawym mchem, a potem zaczęły murszeć. Górny wiatr poruszał końce trzcin, jednak Asia nie czuła go na plecach. Maja przesłoniła rączką oczy i wpatrywała się w słońce na zachodzie. Od brzegu uderzył silniejszy podmuch wiatru. Dziewczynka zachwiała się. Asia przytrzymała ją za sukienkę, żeby nie wpadła do wody. Delikatnie, prawie niezauważalnie. Córeczka zwykle próbowała się wyrywać, kiedy czuła, że jest przytrzymywana.

Kroki za plecami nie tyle usłyszały, co poczuły. Deski przenosiły drgania, zanim odgłos kroków dochodził do uszu. Dziewczynka obejrzała się i zawiesiła uważny wzrok na mężczyźnie w obcisłym piankowym kombinezonie. Na ramieniu niósł zwinięty żagiel. Uśmiechnął się do niej. Maja spuściła wzrok, odwróciła się i przylgnęła do matki. Asia spojrzała przez ramię. Podobnie jak córka nie odwzajemniła uśmiechu, a na pozdrowienie odpowiedziała prawie niedosłyszalnie. Tutaj do obcych nikt się bez powodu nie odzywa, a ludzie rzadko się do siebie uśmiechają. Niech się śmieją zadowoleni z życia.

Tego mężczyznę znała z widzenia. Mieszkał od paru miesięcy w domu dyplomaty z Warszawy, co wyjechał na dwa lata pracować w Afryce.

Mężczyzna za ich plecami zsunął się do wody i brnął po ilastym dnie, wlokąc za sobą żagiel. Zanurzony po piersi, sprawnymi ruchami zaczął mocować żagiel do windsurfingowej deski. Obserwowały go ostrożnie, żeby w porę uciec wzrokiem. Asia przyglądała się jego rękom. Sprawiały wrażenie silnych, a jednak delikatnych. Równo przycięte paznokcie, długie jak u kobiety palce bez śladów odcisków. Tylko na prawej dłoni blizna z wyraźnym szwem sięgającym kostki.

Maja oswoiła się po chwili z obecnością nieznajomego, przestała zwracać na niego uwagę i znowu przyglądała się czerwonemu jak pomidor słońcu. Rano było inne, jakby urosło w ciągu dnia, zrobiło się ciężkie, a teraz zaczęło obsuwać się pomiędzy drzewa.

— Ucieka! Słoneczko ucieka! — krzyknęła poruszona.

— Niedługo zajdzie — odpowiedziała szeptem matka.

— Dlaczego?

Asia wiedziała, że zaczną się kolejne pytania, na które może jej nie starczyć odpowiedzi. Wtedy odpowiadała: tak musi być.

— Dlaczego zajdzie? — zapytała dziewczynka.

Mężczyzna zanurzony po szyję popchnął deskę na otwartą wodę, a potem zaczął płynąć uczepiony jej końca.

— Pójdzie spać i będzie ciemno.

— A dlaczego ciemno?

— Zawsze tak jest. Każdego dnia. Tak musi być.

Mężczyzna wyczekał na mocniejszy powiew wiatru, wsunął się na deskę i w rozkroku zaczął stawiać żagiel.

Maja zacisnęła wargi i zastanawiała się nad słowami matki. W końcu tupnęła nogą i wykrzyknęła z płaczem:

— Ja nie chcę, żeby tak było! Nie chcę!

Mężczyzna musiał ją usłyszeć, bo się roześmiał. Asia przyciągnęła do siebie córkę. Mała rozpłakała się rzewnie, przeżywając swój pierwszy kosmiczny dramat egzystencjalny.

Wiatr wypełnił płótno i deska zaczęła sunąć pod słońce. Dziewczynka przestała płakać i obie z matką patrzyły, jak oddala się kolorowy żagiel i ciemna, niemal czarna na tle rozświetlonego jeszcze zachodu sylwetka surfera.

Od wody pociągnęło chłodem, a trzciny ugięły się pod kolejnym podmuchem wiatru. Asia poczuła na plecach lekki dreszcz. Podniosła się i popchnęła córkę w stronę brzegu.

— Ziąb idzie. Chodźmy do domu.

Mała dreptała przodem, niepewnie. Asia osłaniała ją rękami przed upadkiem na pokrywających się szybko wieczorną rosą deskach.

Przyspieszyła kroku, żeby podlać warzywnik jeszcze za dnia. Te parę grządek to było wszystko, co do niej należało. Patrzyła z rosnącą dumą na wydobywające się spod ziemi rośliny. Zdrowszych i smaczniejszych nie było w całym Kotowie. Może gdzieś dalej były, ale dalej Asia nie jeździła. Wszystko swoje. I szczypior, i rzodkiewki, i sałata. Mniejsze niż sklepowe, ale co z tego, jak w smaku trzy razy lepsze. Za chałupą wykopała dół kompostowy, jego brzegi umocniła starymi deskami. Zrzucała tam obierki, resztki jedzenia, zeschłe liście i drzewny popiół spod kuchni, każdą warstwę przesypywała ziemią. Tyle że zimą dziki podchodziły pod dom i wyżerały obierki. Położyła więc na wierzch zardzewiałą blachę i przywaliła kamieniem. Tyle mogła dać. Dla dziecka, żeby było zdrowe.

A jeszcze mleko miała od teściów, bo dla dziecka, trzeba przyznać, nie żałowali. Ona próbowała się zrewanżować, pomagając od czasu do czasu w oborze, ale głównie to krowy wyganiała na pastwisko. Matriksa nauczyła zaganiać do stada sztuki, które się odłączały. A Stefan nie chciał wierzyć, że się to uda: pies głupi, to się nie nauczy.

Jak mleko się zsiadło, to Asia warzyła z niego twaróg, tłusty i tak pożywny, że nie trzeba było mięsa kupować. Jak się do tego dodało rzodkiewki i szczypioru, to zdrowszego jedzenia i w sklepie nie można by dostać.

Maja dreptała za mamą, podbiegając co chwila, żeby dotrzymać jej kroku.

Na podwórku Asia rozejrzała się, omijając wzrokiem okazały dom teściów. Spojrzała na nową oborę, wybudowaną przez teścia za pieniądze ze sprzedaży działek dwa lata temu. Pod szopą zalegało w balach kilka metrów drewna opałowego. Widać przywieźli, jak była nad jeziorem. Dziwne, że traktora nie słyszała. Przeważnie słychać. Pewnie z powodu tego wiatru. W inną stronę głos niosło. Asia odwinęła łańcuch, przytrzymując wyślizgany kołowrót dłonią, żeby wiadro nie uderzyło w taflę wody, i napełniła pogiętą konewkę. Mai też dała podlewać z małej, żółtej, którą znalazły po letnikach na brzegu jeziora.

Kiedy nasyciła ziemię, przyklęknęła na kawałku styropianu, żeby wyrwać parę chwastów. Maja przycupnęła obok niej.

— Dlaczego ich urywasz? — zapytała Maja. Nie po raz pierwszy. Ale Asia była cierpliwa. Do dziecka trzeba cierpliwości. Do niej nie mieli czasu ani cierpliwości i źle to pamiętała.

— Jedne roślinki są dla nas dobre, inne niedobre — wyjaśniała bez pośpiechu. — Wiesz, co to jest?

Wskazała na grządkę z pietruszką. Maja patrzyła niepewnie. Roślinka wydawała się znajoma, ale nazwy nie pamiętała. Asia urwała kawałek naci i podsunęła jej pod nos. Maja powąchała ostrożnie. Zapach też wydawał się znajomy.

— Do zupy sypiemy — podpowiadała matka. Wetknęła jej listek do buzi. Maja rozgryzła ostrożnie i podskoczyła.

— Matka pietruszki! — krzyknęła radośnie.

Asia roześmiała się głośno. Hanka wychyliła się przez okno, bo nie pamiętała śmiejącej się synowej, ale kiedy zobaczyła ją radosną, obejmującą dziecko, uspokoiła się. Asia pochyliła się nad grządką.

— Ta jest niedobra. Chciałabyś ją zjeść?

Podsunęła córce wyrwany chwast. Dziewczynka spojrzała z niechęcią na zapiaszczony korzeń i pokręciła głową.

— Może króliki ją zjedzą albo świnki.

Maja wzięła roślinę z rąk matki i oglądała ją, kiwając z powagą główką.

— Bo ty nie jesteś świnka, tylko Maja.

Dziewczynka kiwnęła głową.

— Ludzie też są jak roślinki, jedni dobrzy, drudzy do niczego.

Pomyślała o sobie. Że zła nie jest, ale z drugiej strony do niczego. Przynajmniej dla dziecka starała się być dobra.

W domu teściów błysnęło światło i w oknie ponownie pojawiła się Hanka. Energicznym gestem strzepnęła mąkę z serwetki, a potem uśmiechnęła się. Asia odpowiedziała nieśmiało tym samym, ale widać uśmiech teściowej był skierowany nie do niej, tylko do wnuczki, bo twarz Hanki na powrót przybrała surowy wyraz. Okno zatrzasnęło się po chwili. Asia otrzepała dłonie z ziemi i ruszyła w stronę starej chałupy. Mieli ją rozebrać. Był już na budulec kupiec, który chciał to przenieść i letnisko wyszykować nad jeziorem, ale wycofał się w ostatniej chwili. No i została. Na szczęście, bo teściowie pozwolili jej tam z dzieckiem zamieszkać. Byli teściowie. Bo małżeństwa już nie było. Ale miała dach nad głową. To już coś. Na razie, bo i samo życie jest na razie i nie wiadomo na jak długo. Cieszyć się z tego, co jest, a jak się nie ma z czego cieszyć, to przynajmniej się nie martwić, że nie ma.

W domu otoczył ją zapach zatęchłej spalenizny. Zapaliła świetlówkę nad stołem. Światła z niej było niewiele, ale pozwalała zaoszczędzić na prądzie. Dostała dwie w prezencie od Faryny. Ta miała ją od swoich niemieckich dzieci. Faryna nie mogła się jednak przyzwyczaić do bladego światła i do tego, że trzeba było poczekać dłuższą chwilę, żeby coś wreszcie zobaczyć. Nie miała już czasu, żeby długo czekać. I po co by miała oszczędzać? Odkąd skończyła osiemdziesiąt lat, każdego dnia spodziewała się śmierci. Śmierć pewna, nikogo nie minie, a jej było coraz bliżej. W Małym już nikogo starszego od niej nie było. Mazurzy powyjeżdżali do Reichu i zostali Niemcami. Nawet jej własne dzieci. Asia, wnuczka nieżyjącej już młodszej siostry, była jej jedyną krewną.

Asia postawiła na kuchni emaliowany gar, wlała wody z wiadra i po kilku nieudanych próbach wykrzesała płomień ze znalezionej na brzegu jeziora zapalniczki. Ogień przeniósł się na smolną szczapę i zaczął pełgać po gałązkach chrustu i korze. Asia przysiadła na rozchybotanym krześle i zapatrzyła się w ogień. Oświetlał jej zwieszone dłonie, na których ziemia z grządki pozostawiła brudne wżery. Próbowała grzebać w ziemi w rękawiczkach. Otrzymała kilka par, z workami i pomarańczową kamizelką, kiedy jesienią dostała pracę przy sprzątaniu rowów. Same kobiety sprzątały, przeważnie młode i po szkole. Żeby nie tracić prawa do zasiłku. Teść się wyśmiewał z tych rękawiczek do pielenia ogródka, że może jeszcze do tej roboty kask włoży. Wstydziła się trochę tej pracy. Ludzie jadący drogą samochodami patrzyli na nią z zaciekawieniem. Ale co myśleli? Śmieciara… Gdyby nie to, pewnie by tę pracę lubiła. Zabierała ze sobą Maję i nie musiała prosić teściowej, żeby się nią zajęła. Hanka nie odmawiała, zgadzała się, ale jakby z łaski i zawsze wzruszała ramionami, wzdychając przy tym.

Maja siedziała w kącie i układała do snu lalę. Rozpaczała kiedyś, jak oko wpadło do środka i przez szyję nie dało się tego naprawić. Asia poszła z tym do Tutejki. Krzywił się na tę robotę, jak to on, ale w końcu wyciągnął oko zagiętym drutem i jakoś podkleił od środka. Po tej operacji lalka mrugała jednym okiem.

Asia dołożyła kory, płomień przygasł, a potem buchnął na chwilę. Czekała, aż woda na mycie się podgrzeje i jak zwykle liczyła. Dwieście dziewięćdziesiąt dwa złote zostało do zasiłku. I jedenaście dni, które trzeba przeżyć. Oszczędzić się nie da, bo gaz się kończy i za prąd zaległy rachunek musi zapłacić. A dostanie trzysta alimentów i jeszcze zasiłek. W sumie prawie tysiąc.

 

*

 

Hanka wpatrywała się w mdłe światło sączące się z okna chałupy. Jaśka jak zwykle o tej porze siedziała przy kuchni pochylona, wyglądała, jakby się modliła. Jest się o co modlić. Bo co to za życie dla niej i dla dzieciaka. Jako matka dobra, powiedzieć nie można. Nie uderzy dziecka, nawet nie krzyknie. No niechby spróbowała. Niedoczekanie. Ale z drugiej strony nie udała się dziewczyna. Na nic ona. Od razu to czuła. Matka jest, żeby wychować, a żona, żeby nie zmarnować, a ona zmarnowała. Mówi się, że mąż ma rodzinę utrzymać, ale prawda jest taka, że jak kobieta w swoich rękach nie utrzyma, to nic z tego nie będzie.

Hanka odeszła od okna i zaczęła zbierać ze stołu. Stefan odsunął od siebie pusty już talerz i otarł usta wierzchem dłoni.

— Można się najeść bez kiełbasy? — powiedziała Hanka i, nie czekając na jego odpowiedź, stwierdziła, że można.

Stefan zaprotestował. Uknuła z lekarzem dietę przeciwko niemu, że ani zjeść, ani wypić. A choroba niestwierdzona, skoro nowego lekarstwa nie dał. I z czego ma chudnąć, jak przy jego tuszy to jest w sam raz?

— Je się, żeby żyć, a nie żeby chorować — powiedziała Hanka.

Stefan wzruszył ramionami.

— Miałeś w tym tygodniu na badania się zgłosić.

Znowu to samo. Kobieta to potrafi chłopa samą opieką zajeździć na śmierć. Może nawet o to chodzi, żeby z majątkiem zostać.

Kobieta mu się trafiła zajadła jak dżihad. Ani jeść, ani pić, ani nawet pooglądać. A sama ogląda seriale o lekarzach i pewnie od tego we łbie ma narobione i wszędzie choroby widzi.

— Ja zdrowa jestem — odcięła się Hanka i zaraz ich rozmowa potoczyła się jak po głębokiej koleinie, w tę samą stronę co każdego wieczora.

— Ty z tego oglądania to nawet czasu na chorowanie nie masz!

— Bo jak obejrzę, to się lepiej czuję! Nie to co ty!

Wyczekał, aż Hanka podeszła do kredensu i zapatrzyła się na fotografię ich nieudanego syna, opartego o nowy samochód, uśmiechniętego od ucha do ucha, jakby było z czego, jakby rodzinie długów nie zostawił i nie uciekł, diabli wiedzą dokąd, że nawet policja go nie może znaleźć. Może to i na szczęście, bo dość już wstydu rodzinie narobił.

Zgarnął paczkę papierosów ze stołu i ruszył do wyjścia, a Hanka natychmiast odzyskała czujność.

— A ty gdzie?

— No co? Po kolacji jednego mogę chyba.

— Lekarz ci zabronił.

— Denerwować też zabronił, a jak nie mogę palić, to się denerwuję.

— Masz na papierosach napisane, że na serce szkodzą?

Na jego paczce było tylko o raku.

— Odczekaj.

Stefan uniósł papieros do ust.

— I nie w domu. Ograniczaj się!

Machnął ręką, wetknął papierosa do paczki i rzucił ją ostentacyjnie na stół. Wcześniej czepiała się o byle co. Odkąd lekarze stwierdzili u niego cukrzycę i zagrożenie zawałem, kobieta nareszcie miała powód, żeby go codziennie gnębić ograniczeniami, niby dla jego dobra. A jemu od tego było coraz gorzej.

Hanka włączyła telewizor, bo zaraz miał się zacząć serial o lekarzach. Będzie miał trochę spokoju.

— E tam, w telewizji mówią, że koniec świata ma być… — rzucił pojednawczo.

— Znowu?

Hanka wzruszyła ramionami i zapatrzyła się w ekran telewizora.

— Przepowiednię sprawdzili — dodał Stefan.

Hanka wpatrywała się w reklamę z kobietami narzekającymi na wzdęcia. Tym razem darowała sobie wytykanie, że to on powinien wystąpić w reklamie.

— Pogodę najpierw niech sprawdzą, bo przeważnie to się nie zgadza. Głupoty oglądasz, potem się nerwowy robisz od tego i więcej palisz.

— Tego twojego gadania to więcej niż papierosów w sklepie mają.

Hanka wzruszyła ramionami i nacisnęła pilota. Szept aktorki zwierzającej się przyjaciółce ze swoich gastrycznych kłopotów zabrzmiał wyraźniej. Stefan powoli ruszył do wyjścia.

— A ty gdzie? Już nie możesz wytrzymać?

Nawet się nie obejrzała.

— Po drewno. Z tobą nie mogę wytrzymać!

Wyszedł za drzwi i po chwili wciągnął do płuc kłąb gęstego dymu. Wrażenie było silne, zakręciło mu się w głowie i musiał rozstawić nogi, żeby utrzymać równowagę. Spojrzał na okno, czy Hanka go nie śledzi, zaciągnął się po raz drugi i ruszył do szopy po drewno. Zatrzymał się po drodze, bo poczuł, że serce łomocze mu w piersiach głucho. Na moment poczuł strach i z wahaniem spojrzał na tlącego się w palcach papierosa. Po chwili przeszło. Odetchnął z ulgą i po raz kolejny się zaciągnął, tym razem ostrożnie.

 

*

 

Iza do zielonej tablicy z napisem Małe dotarła tuż po siódmej. Wyjechała z Lidzbarka wcześnie, żeby uniknąć ruchu na drogach. Prawo jazdy miała od dwóch lat, ale jeżdżenie ciągle było dla niej stresem. Przed każdym wyjazdem, dalszym niż kilkanaście kilometrów, nie mogła zasnąć. Odkąd kupiła nowy samochód, doszła obawa, że nie tylko ona może ucierpieć w wypadku. Auto kupiła za dotację z Unii, kiedy założyła jednoosobową firmę. Była z niego dumna. Stało się jej mobilną reklamą. Na tylnej szybie miała przyklejone napisy: manikiur, pedikiur, masaż upiększający na telefon. I numer telefonu. Trzy szóstki na końcu, żeby było łatwiej zapamiętać.

Najpierw chciała otworzyć gabinet, ale na kolejny w miasteczku nie było już miejsca. W tych, które funkcjonowały, ruch był niewielki. Sprawdziła to dokładnie. O nowych klientów było trudno. Pomysł okazał się trafiony. Jeździła do ludzi starych, dla których wyprawa do salonu kosmetycznego była problemem, i do tych, którym się po prostu nie chciało tracić czasu na jeżdżenie do miasta. W sezonie letnim takich klientów nie brakowało. Dokoła było sporo domków letniskowych. I często było to zajęcie na świeżym powietrzu, w cieniu liści albo pod parasolem czy dachem altany. Po paru miesiącach zarabiała tyle, że wystarczało na spłacanie kredytu i skromne życie. Dla klientek starała się być miła i sprawiać wrażenie kompetentnej. Była młoda, więc niedoświadczona, wiedziała, że patrzą jej na ręce. Starała się prezentować profesjonalnie. Pewne, szybkie ruchy, sprawne rozkładanie narzędzi robiło dobre wrażenie. Po raz pierwszy w życiu poczuła się pewnie. W odwodzie miała jeszcze jeden pomysł na usługi, jednak na razie nie odważyła się spróbować. Coś takiego w niewielkim mieście mogło się skończyć skandalem. Jeśli ona nie dojrzała, żeby podjąć tę próbę, tym bardziej Lidzbark nie był na nią gotowy. Jeszcze nie pora.

W Małym nie była od pięciu lat. Nie miała ochoty wracać po tym, co przeszła. Teraz jechała powoli wąską drogą między nowo wybudowanymi domami nad jeziorem i ledwo to miejsce poznawała. Z trudem wyłowiła dwa stare domy zapamiętane z dzieciństwa. Jeden z nich zachował fasadę, jednak na pierwszy rzut oka było widać, że przestał być mazurską chałupą i służy przybyszom z miasta. Kobieta za ogrodzeniem podniosła głowę. Napis na samochodzie wyraźnie przyciągnął jej uwagę. Iza zwolniła, uśmiechnęła się do niej i kiwnęła głową na powitanie. Kobieta przyjaźnie pomachała jej ręką. Iza pomyślała zaraz, że to może być przyszła klientka, ale szybko skalkulowała, że tak daleki dojazd może się nie opłacać. Poczuła jednak cichą satysfakcję, że napis na szybie zdaje egzamin. Wiele osób wpisywało go do telefonu na jej oczach.

Podjechała na brzeg jeziora i zaparkowała obok płotu schodzącego stromo do samej wody. Z dzieciństwa pamiętała, że pojono tu konie i krowy. W miarę jak ludzie ze wsi sprzedawali gospodarstwa i wyjeżdżali do miasta albo do Niemiec, krów było coraz mniej, a i łatwiej było spotkać wierzchowca niż konia zaprzężonego do furmanki. Ostatnio zbudowano tu przystań dla łodzi. Stłoczone obok siebie w dwóch rzędach kołysały się na lekkiej fali, cicho pobrzękując łańcuchami.

Bała się tego przyjazdu, jak powrotu złych wspomnień. Z drugiej strony marzyła o tym, że kiedyś się tu pojawi, odmieniona i pewna siebie. Tak jak teraz. Gdyby nie telefony od Karola, pewnie jeszcze by się na to nie zdecydowała. Spotkała go w Olsztynie. Poznał ją od razu i po chwili wahania ruszył w jej stronę. Za późno. Wsiadła do samochodu i odjechała. Zdążył zapisać numer telefonu, ten sam, który przysparzał jej klientek, i od tej pory dzwonił do niej raz w miesiącu, a nie odbierała, więc wysyłał esemesy. Rozmawiała z nim tylko za pierwszym razem. Krótko, oschle, odpowiedziała, że nie życzy sobie kontaktów. Jego numer zanotowała jednak w adresach. Wmawiała sobie, że po to, żeby nie odbierać, jak zadzwoni po raz kolejny, ale nie była to cała prawda. Była ciekawa, co może mieć do powiedzenia po tym wszystkim, co przez niego przeszła. Chciała spojrzeć mu w oczy i powiedzieć: nie, nigdy. A potem odejść spokojnym, lekkim krokiem kobiety spełnionej i wolnej, czując na sobie jego zawiedziony wzrok. Dlatego w końcu uległa i zdecydowała się na to spotkanie. I ostatni telefon jednak odebrała. Nie spodziewał się tego i dłuższą chwilę milczał. Powiedziała, że wybiera się na grób babki i mogą się na chwilę spotkać. I że więcej spotkań nie będzie. Zgodził się bez wahania.

Iza spojrzała w lusterko, żeby skontrolować makijaż. Był bez zarzutu, a mimo to przeciągnęła szminką po wargach. Zamknęła lusterko. Zatrzasnęła samochód i zeszła na pomost, żeby popatrzeć na jezioro, nad którym spędziła dzieciństwo. Szła ostrożnie, stawiając obcasy szpilek na deskach, omijając szpary. Pochyliła się i spojrzała w wodę. Tafla odbijała jej nową, kupioną specjalnie na tę okazję sukienkę.

Na przeciwległym brzegu, gdzie wcześniej były pola i łąki, wyrosły nowe domy, nieprzypominające wiejskich chat.

Iza usłyszała chlupot wioseł i wyraźny, przyspieszony oddech płynącego do pomostu wędkarza. Miał na sobie czarną kurtkę z napisem „ochrona”. Z łódki wystawały szczytówki wędek i podbierak. Wędkarz obejrzał się przez ramię. Jego twarz wydała się znajoma. Iza przeszukiwała pospiesznie zakamarki pamięci. Przypomniała sobie. Na imię miał Witek. Mieszkał w Kotowie, ale często przejeżdżał do Małego na ryby. Chodzili do tej samej podstawówki, był parę lat od niej starszy. Nie miała ochoty na spotkanie po latach. Odwróciła się powoli i ruszyła w stronę brzegu.

— Halo, proszę pani! — usłyszała za plecami.

Nie poznał jej. Iza poczuła lekką satysfakcję. Odwróciła się powoli. Wędkarz trzymał w ręku siatkę, w której trzepotały się dwa niewielkie leszcze.

— Może rybki trzeba świeże?

Iza uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową. Na widok palców Witka, z nieprzyciętymi paznokciami, upapranych zanętą i ziemią, z której wygrzebywał pewnie robaki, lekko wzdrygnęła się z obrzydzenia.

Nie dawał za wygraną. Patrzył na nią z życzliwym wyczekiwaniem. Spodobała mu się. Na szczęście nie wiedział, kto mu się podoba. Byłby zaskoczony. Iza zrobiła ostrożnie pół kroku do przodu, uważając, żeby obcas nie trafił między deski pomostu. Wyobraziła sobie przez chwilę, że potyka się, traci równowagę i wpada do wody w nowej sukience, z tym całym starannym makijażem. Witek pospiesznie wygramolił się z łódki i chwiejnie wskoczył na deski.

— Niedrogo wezmę. Dziesięć złotych.

Iza już spokojna, że nie została rozpoznana, uśmiechnęła się z wyższością.

— Nie potrzebuję leszcza — odpowiedziała z godnością.

— Ale mnie by się przydało! — odpowiedział wędkarz radośnie.

— Dziękuję.

— Pięć złotych za dwa! — licytował Witek za jej plecami, nie zrażając się odmową. — No to buziaka jednego chociaż! Nie podobam się pani?

— A co mi się ma podobać? Może ta kurtka?

— Dla ochrony. Przed deszczem.

Iza obróciła się powoli i pomachała mu na pożegnanie.

Oddalała się powoli. Witek pokręcił głową. Zawsze próbował szczęścia, ale szczęścia do dziewczyn nie miał. Odchodziły jedna za drugą, zanim się dały poznać.

— Miłego dnia życzę! — krzyknął, zanim jej głowę przesłoniły trzciny. Zaczął pospiesznie składać sprzęt. Za dwadzieścia minut zaczynał dyżur w supermarkecie. Dlatego na ryby włożył służbową kurtkę. Żeby się nie przebierać i nie tracić czasu. Westchnął. Laska była ładna jak modelka. Przypomniał sobie jej słowa, znała się na rybach. Mogliby razem pływać łódką. Jakby nie brały, opowiadałby jej, jakie będzie jego życie, kiedy wreszcie mu się uda. Do tej pory się nie udawało. „Nie potrzebuję leszcza”, powiedziała. Leszcz. Nagle zdał sobie sprawę, że to mogła być złośliwość. Poczuł przykre ukłucie, ale po chwili się z tym pogodził. Kobieta w zasadzie potrzebuje mężczyzny, który jej będzie bronił, ale ochroniarza to już niekoniecznie.

Iza wsiadła do samochodu i wyjechała, manewrując ostrożnie, żeby nie porysować lakieru. Do spotkania z Karolem na cmentarzu pozostało jej kilka godzin. Chciała odnaleźć dom Faryny i dowiedzieć się, co dzieje się z Asią. Przyjaźniły się prawie od urodzenia. Pierwsze siedem lat mieszkały obok siebie, potem, kiedy rodzice Izy sprzedali dom i wyprowadzili się do Kotowa, spotykały się w szkole i siedziały w jednej ławce. A kiedy wszyscy się od niej odsunęli, nawet rodzice, została przy niej tylko Asia. I tak było aż do kolejnej przeprowadzki, tym razem do Lidzbarka. Pisały do siebie przez dwa lata, potem kontakt się urwał.

Domek Faryny odnalazła nie bez trudu. Dokoła wszystko w ciągu kilku lat zmieniło się nie do poznania. Dom wydał się jej teraz dużo mniejszy, niż go zapamiętała. A może to tylko drzewa podrosły. Zaparkowała przed uchyloną bramą i weszła na podwórko. Drzwi do domu były niedomknięte. Zapukała raz i drugi, ale nikt nie odpowiadał. Uchyliła drzwi szerzej i krzyknęła do wnętrza.

— Halo, dzień dobry!

Cisza. Iza rozglądała się chwilę po zadymionej izbie. Pod kuchnią palił się ogień. Zapukała raz jeszcze, ale nie doczekała się odzewu i cofnęła się do wyjścia. Omal nie wpadła na Farynę, która pojawiła się za jej plecami. Prawie się nie zmieniła przez te pięć lat. Te same jasne, lekko zmrużone oczy i wyrozumiały uśmiech. W ręku trzymała krótki bacik i słoik po ogórkach.

— Przepraszam, pukałam, ale nikt nie odpowiadał — wyjaśniła Iza pospiesznie. — Zobaczyłam, że otwarte, i zajrzałam. I tak pani dom otwarty zostawia? Na klucz pani nie zamyka?

Faryna wzruszyła ramionami.

— A kto mi tu co ukradnie? Co ja tam mam? A jak klucz zgubię, to jak wejdę? To dopiero by było nieszczęście.

Weszły do wnętrza. Faryna ani nie pytała o cel wizyty, ani nie dała do zrozumienia, że ją poznaje.

— Ja tylko na chwilę, jeśli można — odezwała się Iza.

— Proszę, do mnie mało kto zagląda, to zawsze jakaś odmiana. Ale nie tutaj. Nadymiło się przy rozpalaniu. Wyluftować trzeba.

Wyszły przed dom. Faryna wskazała bacikiem miejsce na ławce. Przysiadły obok siebie. Dopiero teraz Faryna popatrzyła na nią z zaciekawieniem. Iza uśmiechnęła się.

— Pewnie mnie pani nie poznaje?

Jak były z Asią małe, to obie do Faryny mówiły: ciotko. Potem, jak już trochę podrosły, stało się to trochę krępujące.

— Ja to już samej siebie nie poznaję, jak do lustra patrzę.

Popatrzyła na dziewczynę.

— Ja Iza jestem.

Zapadła chwila ciszy.

Faryna szukała w pamięci z wysiłkiem, patrząc w przestrzeń nad jej głową.

— Do Asi tutaj przychodziłam. Sąsiadka.

— A, z Jasią! Iza? Teraz pamiętam. Jasi kamratka. Od Korniewiczów? I to ty jesteś?

Przyglądała się dziewczynie z rosnącym zainteresowaniem i pokręciła głową zadziwiona. Iza uśmiechnęła się skromnie.

— To ty teraz taka „pani z obrembani”.

— Słucham?

— U mnie w domu się tak mówiło. Obrąbki, frędzle, falbany. To wtedy była elegancja. I taksówkę masz służbową, widzę.

— Muszę czymś dojeżdżać. Taka robota. Nie chcę pani przeszkadzać. Dużo czasu nie zabiorę.

— Życia mi może niewiele zostało, ale czasu to mam dużo.

Faryna roześmiała się cicho, ale w tym śmiechu nie było goryczy.

— Może pani wie, gdzie się Aśka po ślubie wyprowadziła, bo nie mam z nią kontaktu?

— Po ślubie się nie wyprowadziła, ale po rozwodzie mąż się wyprowadził.

Iza, wyraźnie poruszona, nie wiedziała, co odpowiedzieć.

— Nic nie wiedziałam…

Faryna rozłożyła ręce.

— Ludzi na świecie coraz więcej, to i coraz trudniej na swojego trafić. Jak to się kiedyś u nas mówiło: jakiej kto smaki, myśli, że i drugi takiej…

Wyjaśniła, że Asia z córką dalej w Małym mieszka, u byłych teściów w chałupie. Rozmawiały jeszcze chwilę, Iza opowiadała o sobie i swoim nowym życiu w Lidzbarku, a Faryna słuchała z zaciekawieniem, ale nie zadawała żadnych pytań.

 

*

 

Asia podlała ogródek i zaniosła psu miskę zupy z rozmoczonymi kawałkami zeschniętego chleba. Widziała, że Stefan odprowadza ją niechętnym wzrokiem. Karmienie psów uważał za fanaberię. Pies po to ma zęby, żeby się sam wyżywić. Jak dobry, to i zająca potrafi do domu przynieść. Jak marny, to nie ma po co go trzymać.

Stał przed domem i grzebał w kieszeniach. Hanka zajęta w kuchni nie zwracała na niego uwagi, dobry moment, żeby zapalić po śniadaniu, w spokoju, bez babskiego gderania za plecami. Narastała w nim złość, że jej ulega.

— Zdrowia do niej nie mam — mruknął pod nosem i wetknął papierosa do ust.

Asia stała obok Matriksa i patrzyła, jak zachłannie chłepcze zupę, nisko nad ziemią wymachując ogonem.

— To ja ci szkodzę na serce?! Ja?! — głos Hanki odezwał się tuż za jego plecami. Aż podskoczył z wrażenia.

— Do siebie mówię, nie podsłuchuj! — warknął, wyjmując papierosa.

Hanka przyglądała mu się przez chwilę uważnie, po czym cofnęła się do wnętrza.

Asia odeszła od budy. Pies zaczął popiskiwać żałośnie. Przypomniała sobie, że nie spuścili go na noc, żeby pobiegał.

Stefan odczekał chwilę, a potem poszedł za róg chałupy. Nie zdążył sięgnąć do paczki, kiedy żona wychyliła się z okna.

— Widzę cię!

— Ja pierdzielę! — jęknął Stefan, z zadziwieniem pomieszanym z rozpaczą.

Asia wróciła do psa i pochyliła się, żeby odpiąć łańcuch. Stefan całą złość, jaka się w nim nagromadziła, skierował teraz przeciwko dziewczynie.

— A ty czego psa spuszczasz?!

— No, w nocy niespuszczony, niech polata trochę…

— Co trochę?! Ja mówiłem, że pies ma przy budzie siedzieć, a nie latać! Jeszcze kogo udziabie!

Maja, słysząc podniesiony głos dziadka, podbiegła do matki i przytuliła się do jej nogi. Pies uwolniony z łańcucha biegał dokoła nich.

— Dali mi jazda do budy! — wrzasnął Stefan.

Hanka podbiegła i złapała wnuczkę na ręce.

— Przestań wrzeszczeć, bo cię szlag jeszcze trafi! Dzieciaka przestraszysz!

Matriks oparł się przednimi łapami o udo Asi i podskakiwał, machając ogonem.

Stefan zamierzył się, jakby psa chciał kopnąć. Zwierzę warknęło ostrzegawczo i odskoczyło w porę. Asia z nagłą determinacją zasłoniła psa własnym ciałem. Stała z zaciśniętymi pięściami, pochylona groteskowo, z wygiętym grzbietem, jak kotka gotowa do odparcia ataku.

— Nie dam! Nie dam!

Stefan, mrugając oczami, patrzył na nią z niedowierzaniem.

— Na mnie?! Na mnie warczy?! — wykrztusił zaskoczony.

— Nie dam psa kopać! Mnie uderz! Przyzwyczajona jestem!

Stefan stał nieruchomo, zdumiony oporem, nie wiedząc, co począć.

— Ożeż, kurwa mać! — wyrzucił w powietrze, jakby w niebie szukał oparcia. — Widzisz ty, jak ona do mnie?! Widzisz?!

Hanka rozejrzała się wokół. Dostrzegła idących drogą Tutejków. Beata popychała rower obwieszony zakupami. Jej mąż szedł obok.

— Ludzie patrzą! Nie drzyj mordy i nie bluźnij, bo dziecko płacze! — syknęła Hanka, tuląc małą do siebie.

— Wzięło się, dom dało nad głową, a ta psa na mnie buntuje! Wariatka!

— Co się dało?! Umowa była! — krzyknęła Asia.

— Pieniądze za was spłacamy!

Stefan niemal zakrztusił się ze złości.

 

*

 

Za płotem Tutejkowie zatrzymali się z rozchylonymi ustami i z zaciekawieniem przyglądali się awanturze. Tutejko trącił Beatę w bok.

— Widziała? O psa się kłóco! Idzisz?

Roześmiał się prawie bezgłośnie.

— Ja mówiłem, że jeszcze coś będzie. Taka jest sytuacja. Mówiłem…

Czuł, że tak będzie, i potwierdziło się, co przewidział. Żona przytaknęła.

Hanka, tuląc wnuczkę, popychała przed sobą męża.

— Dosyć! Do domu idź! Ludzie patrzą!

— Ja tych pieniędzy nie brałam! — krzyknęła Asia łamiącym się głosem. Stefan odwrócił się.

— O, jak pyskuje jeszcze! I widzisz teraz, jak jest dobre serce okazać?! Widzisz?!

— Ty dobre serce masz? — warknęła Hanka. — Doktor niech stwierdzi, to uwierzę!

Po chwili zniknęli za progiem. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

Asia pochyliła się nad psem i przytuliła go do siebie. Jej ramiona drgały. Otarła ukradkiem łzy. Po chwili podniosła się i pospiesznym krokiem ruszyła do chałupy.

Tutejkowie stali na drodze, czekając na dalszy ciąg. Beata, jakby trochę zażenowana, ostrożnie pociągnęła męża za rękaw.

— No, chodź…

— Poczekaj, może co jeszcze będzie.

Nadstawiał ucha, ale z domu dobiegały tylko przytłumione głosy Stefana i Hanki.

— Nie ma co tak stać — szepnęła Beata.

— Zawsze przyjemnie popatrzeć się. W telewizji nie to samo, co na żywo.

Beata spojrzała na uśmiechniętego męża podejrzliwie.

— A co ty masz naprzeciwko nich teraz?

— A kto z krowy wycofał się, a kupić miał i ja jeszcze z nio trzy miesiące męczyłem się, pod domem mi waliła?

— Bo ty jemu cenę podniósł, jak z pieniądzem przyszed — przypomniała Beata.

— Taka była sytuacja, że krowa w górę akurat poszła! A co ja, głupi? Za darmo miał sprzedawać? Nie dość, że nie zapłacił, to jeszcze naubliżał na mnie przy ludziach! Najpierw z krową. Potem z ziemią mnie wykorzystał. Za ziemię moją dom postawił większy jak plebania!

— Ale ty mu tę ziemię sprzedał.

— Ja jemu za grosze sprzedał, a on im posprzedawał za eury — zasyczał Tutejko. — To wszystko dokoła na mojej ziemi stoi, a ja z tego nic nie mam! Wykorzystał mnie. I z krowo, i z ziemio, a ja gówno z tego mam! Taka jest sytuacja!

Kiedy to było z tą krową. Lata minęły. Beata nawet już nie może sobie przypomnieć, jak wyglądała. Jak z pegeeru się tu przeprowadzili, to trzymała krowę ze względu na dzieci i zarobek. Do Małego coraz więcej ludzi przyjeżdżało. I od nich brali mleko, a płacili więcej niż w sklepie, bo świeże i ze śmietaną. Chociaż śmietany to ona zawsze trochę dla siebie zebrała. A jak nie kupili, to się twaróg robiło. I było. Ale jemu przeszkadzała. Nie opłacała się jemu. Bo łąkę by trzeba dzierżawić. Nie cierpiał obrządzać. Nie do tego czuł się stworzony, żeby stworzeniu usługiwać. Kury chciała mieć, to też policzył, że kura się nie opłaca. Do tego jeszcze obejście obesra. Beata nie mogła tej całej gospodarki zrozumieć. Jak to się nie opłaca, skoro w największej biedzie na wsi zawsze się chowało. Jak do tego dokładali, skoro nie było z czego? Taka kura pieniędzy przecież nie żre, tylko to, co z ziemi wydziobie. Ale skoro on mówi, że się nie opłaca, to widać są to sprawy nie na jej głowę. Została wychowana w przeświadczeniu, że mąż ma zawsze rację.

Ruszyła powoli, popychając rower. Tutejko niechętnie poszedł za nią. Rozczarowany, że kłótnia u sąsiadów wygasła. Miał do nich złość, że ziemię od niego kupili. Ale za co ta złość? On chciał sprzedać, oni kupić. Jak sprzedał, to zrobił, co chciał. Dla niej te jego pretensje były trudne do pojęcia. Zwolniła kroku, żeby się zrównać z mężem.

— Jak nam się szopa zapaliła, to pierwsze przybiegli… — przypomniała mu ostrożnie. Złego można nie zapominać, ale i dobre trzeba pamiętać.

— Na pożar wszystkie leco popatrzeć — prychnął lekceważąco.

— …z wiadrami i łopatą — dodała Beata.

— No, z pustymi rękami nie wypada — roześmiał się mąż.

— Nie wypada — przyznała z rezygnacją.

 

*

 

Stefan nerwowo przechadzał się po kuchni, dysząc ze zdenerwowania. Hanka kroiła cebulę dużym kuchennym nożem.

— Widziałaś, jak się odnosi do mnie?! Do mnie, co ją spłacam i dach nad głową dałem!

— Syna naszego spłacamy, a nie twoją synową!

Stefan pokręcił głową z zadziwieniem. Jak ta kobieta nic pojąć nie może, to pojęcie wszelkie przechodzi.

— A ona nie podpisała, żeby kredyt dostać?! Nie podpisała?! Podpisała! A ty jej stronę bierzesz?!

— Ja jej strony nie biorę, tylko o naszą wnuczkę mi chodzi! Dziecko niewinne! Dosyć przeszło!

— To wariatka! O psa się rzuciła na mnie! O mojego!

— Psa teraz nie kopie się! Inne czasy! Ktoś zobaczy i jeszcze ci sprawę w telewizji zrobią!

Opadł na krzesło i pokiwał smętnie głową.

 

*

 

Na ławeczce obok Izy pojawiły się dzbanek z napojem, szklanka i talerz z jabłecznikiem.

— Spróbuj. Apfelkuch. Z własnych jabłek.

— Szarlotka? — domyśliła się Iza.

Nie wypadło odmawiać. Wzięła mały kawałek. Ciasto było smaczne i przypomniało jej dzieciństwo. Jabłka miały intensywny, winny posmak.

— Na starość to, co przed chwilą było — odezwała się Faryna — co parę dni temu, zapominam, a przypomina mi się nasze „mózienie”, mazurska gwara.

— Dobra. Dietetyczna, bo cukru nie za dużo — zauważyła Iza.

— Jabłka słodkie, nazwisko mam słodkie, to w jedzeniu nie przesadzam. Ja przecież Faryna po mężu, a faryna to cukier po mazursku.

— Naprawdę? — Iza zdziwiła się uprzejmie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki