Baśniowy Morderca - Craig Russell

Baśniowy Morderca

0,0

Baśnie braci Grimm znają wszyscy, budzą lęk ale zawsze dobro zwycięża ze złem. Co się stanie kiedy tą alegoryczną wymowę bajek zacznie interpretować psychopatyczny morderca? Czy tym razem również dobro przezwycięży zło? Policja odnajduje zwłoki piętnastoletniej dziewczyny. Kilka dni później znajduje kolejne porzucone ciała kobiety i mężczyzny z poderżniętymi gardłami. Potem kolejne zwłoki... i kolejne... Przydzielony do sprawy nadkomisarz Jan Febel wie że ma do czynienia z maniakiem - seryjnym mordercą, który będzie mordował dopóki ktoś go nie powstrzyma. Febel będzie musiał się zagłębić w świat dobrze znanych mu baśni z dzieciństwa, by zrozumieć przesłanie jakie pozostawia mu morderca. Czasu ma jednak niewiele bowiem za każdą kolejną pozostawioną wskazówkę kolejna ofiara zapłaci życiem.
Książka ukazała się w ramach nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Buchmann - "Fabryka Kryminału".

Dodaj komentarz


To ciekawe jak wiele ludzi czerpie inspirację z baśni braci Grimm, wiele rozmaitych ich interpretacji można spotkać, a niektóre naprawdę zadziwiają. Bardzo lubię thrillery i ten również mi się spodobał, oczywiście po klimacie baśniowości nie zostało ani śladu, ale za to można czytać tę książkę z dreszczykiem emocji, aż trudno się oderwać od lektury. Fantastyczna książka, która pokazuje dzieło seryjnego mordercy i jego kunszt, naprawdę warte przeczytania.


To druga powieść autora gdzie głównym bohaterem jest nadkomisarz Fabel. Tym razem musi zmierzyć się z mordercą, który w swoim procederze wykorzystuje... baśnie. Jak dla mnie nieszablonowy i bardzo ciekawy pomysł na fabułę. Trup ściele się gęsto, a tajemnica goni tajemnicę. Trzeba przyznać, że autor się postarał o zbudowanie przekonującej atmosfery zagrożenia i napięcia. Nieco „szorstki” styl autora może nieco przeszkadzać w lekturze.


Kryminał, który z baśniowością nie ma nic wspólnego. Nie da się nazwać baśniową pewną serię morderstw. Okazuje się jednak, że baśnie mają swój udział w tej powieści. Dokładnie „Baśnie braci Grimm”. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że powieść jest jakąś mieszanką kryminału i magii. Wspomnianymi baśniami „posługuje się” morderca. Książka jest kolejną częścią przygód Jana Fabel'a. Komu spodobała się część pierwsza „Krwawy orzeł”, powinien poznać kontynuację. Nie będzie rozczarowany.


Wciągający, klimatyczny thriller z ciekawą fabuła, akcją i bohaterami. Powieść porywa już od pierwszych stron, a dalej, nie dość, iż coraz więcej trupów, to robi się coraz bardziej tajemniczo i niebezpiecznie. Razić może trochę twardy, można by rzec naprawdę męski styl pisania autora, jednak gdy już się do niego przywyknie, to nie można oderwać się od książki. Główny bohater został wykreowany w sposób wyrazisty. Polecam.


Druga z kolei książka o przygodach nadkomisarza Fabel'a. Niesamowity pomysł na stworzenie fabuły książki sprawia, ze czytelnik jest co najmniej zaskoczony. Baśniowa jest tylko "powłoczka", całość jest przerażająca i wciągająca, podszyta dreszczem emocji nie pozwala o sobie zapomnieć. Zdecydowanie trzema bardzo dobry poziom w porównaniu z poprzednią z tej serii. Zaskakujący koniec gwarantuje zadowolenie każdego czytelnika. Książka zdecydowanie poszerza też wiedzę o baśniach :)

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

no image
no image
no image
no image

Tytuł oryginału:

Brother Grimm

Copyright © 2006 Craig Russel

All rights reserved

Polish edition copyright © Buchmann Sp. z o.o., Warsaw, 2011

Copyright © for the Polish translation by

Jerzy Malinowski

Projekt okładki: Krzysztof Kiełbasiński Redakcja: Lucyna Łuczyńska

ISBN 978-83-7670-377-0

no image

www.fabrykakryminalu.pl

Wydawca:

Buchmann Sp. z o.o.

ul. Wiktorska 65/14, 02-587 Warszawa

Tel./fax 22 6310742

www.buchmann.pl

Wydanie I

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu

logo

Dedykacja

Dla Wendy

Środa, 17 marca, 9.30. Plaża Elbstrand, Blankenese, Hamburg

Pogładził delikatnie jej policzek. Bezsensowny gest, może nawet niestosowny, ale w przekonaniu Fabla potrzebny. Dłoń osłonięta rękawiczką drżała, kiedy dotknął twarzy dziewczyny. Serce mu łomotało, tak bardzo przypominała Gabi. Próbował się uśmiechnąć, ale ten grymas bardziej napinał niż rozluźniał mięśnie twarzy. Patrzyła na niego błękitnymi, nieruchomymi oczami.

Zaczynał wpadać w panikę, trawiony rosnącym niepokojem. Miał ochotę objąć ją i uspokoić, mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Nie mógł tego zrobić i wiedział, że wcale nie będzie dobrze. A ona nadal martwo się w niego wpatrywała.

Fabel poczuł za plecami obecność Marii Klee. Cofnął rękę i podniósł się.

– Ile ma lat? – zapytał, nie odrywając wzroku od dziewczyny.

– Trudno powiedzieć. Piętnaście, może szesnaście. Nie wiemy jeszcze nawet, jak się nazywa.

Poranna bryza poderwała z plaży drobiny piasku, kręcąc nimi w powietrznym wirze. Kilka ziarenek wpadło do oczu dziewczyny. Nie zamrugała. Fabel przywołał się do porządku, przestał studiować jej twarz.

Wcisnął ręce głęboko w kieszenie płaszcza i spojrzał w górę na biało-czerwone ściany latarni morskiej tylko po to, by odwrócić uwagę od widoku zamordowanej. Po chwili przeniósł spojrzenie na Marię. Miała niebieskoszare oczy, z których nigdy, choć znali się dobrze, nie potrafił nic wyczytać. Zawsze panowała nad emocjami. Odetchnął głęboko, jakby chciał wyrzucić z siebie jakiś wielki ból czy smutek.

– Wiesz, Mario, czasami się zastanawiam, czy dam radę dalej wykonywać swój zawód.

– Rozumiem cię – odparła, spoglądając na dziewczynę.

– Naprawdę mam wątpliwości. Ta praca zajęła mi połowę życia i jestem bardzo zmęczony. Chryste, spójrz, jaka ona jest podobna do Gabi...

– Zostaw to mnie. Przynajmniej w tej chwili. Biorę na siebie ekspertyzę medyczną.

Pokręcił głową. Musiał tu zostać. Musiał patrzeć. I cierpieć. Znów wpatrywał się w dziewczynę. Oczy, włosy, twarz. Zapamięta każdy szczegół. Ta twarz, zbyt młoda, by przybrać maskę śmierci, pozostanie w jego pamięci obok innych twarzy, młodych lub starych, ale zawsze martwych. Nie po raz pierwszy czuł, że jednostronna więź, która łączyła go z tymi wszystkimi ludźmi, to za mało. Wiedział, że w ciągu nadchodzących tygodni, miesięcy, pozna tę dziewczynę – będzie rozmawiał z jej rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi. Pozna nawyki, zainteresowania. Potem sięgnie głębiej – od przyjaciół dowie się o sprawach sekretnych, przeczyta pamiętnik skrzętnie ukrywany przed światem, pozna jej myśli, którymi nigdy z nikim się nie dzieliła, imiona chłopaków. Powstanie z tego obraz nadziei i marzeń, duszy i osobowości błękitnookiej martwej teraz dziewczyny.

Fabel pozna ją tak dobrze, ale ona nigdy nie pozna jego. Zaczął się nią interesować wtedy, gdy ona przestała interesować się czymkolwiek. Po jej śmierci. To była praca nadkomisarza policji, musiał poznawać martwych ludzi.

Wciąż patrzyły na niego szeroko otwarte, szkliste oczy. Miała na sobie wyciągniętą bluzę z ledwie widocznym wzorkiem na przedzie i sprane dżinsy. Znoszone, szare rzeczy.

Leżała bokiem z podkurczonymi nogami i rękami skrzyżowanymi na podołku. Wyglądało to tak, jakby klęcząc na piasku, przewróciła się i została w takiej pozycji. Ale śmierć nie nastąpiła tutaj. Fabel był tego pewny. Nie wiedział tylko, czy o układzie kończyn zdecydował przypadek, czy też ktoś umyślnie tak ułożył ciało.

Od smętnych rozważań oderwał go nadchodzący Brauner, szef zespołu specjalistów medycyny sądowej. Szedł po deskach ułożonych na cegłach, które tworzyły prowizoryczny chodnik prowadzący do miejsca, gdzie leżały zwłoki. Fabel z ponurą miną skinął głową na powitanie.

– Co mamy, Holger? – zapytał.

– Niewiele – odparł posępnie Brauner. – Piasek jest suchy, wiatr go unosi i zaciera ślady. Myślę, że nie została tutaj zamordowana, a ty, jak sądzisz?

Nadkomisarz pokiwał głową. Brauner zerknął na ciało dziewczyny. On też ma córkę. Ból na jego twarzy był widoczny. Obaj czuli to samo. Brauner wziął głęboki oddech.

– Obejrzymy wszystko dokładnie na miejscu, a potem zabierzemy ją do Möllera na autopsję.

Fabel w milczeniu przyglądał się pracy ekipy. Na podobieństwo starożytnych egipskich balsamistów owijających bandażami mumie technicy pokrywali każdy centymetr kwadratowy ciała dziewczyny specjalną taśmą samoprzylepną. Poszczególne paski taśmy miały swoje numery i po oderwaniu trafiały do pojemnika.

Kiedy skończyli, zapakowano zwłoki do zamykanego na zamek błyskawiczny worka i ułożono na wózku, który ciągnęło dwóch pracowników kostnicy. Fabel odprowadzał ich wzrokiem, a worek stawał się coraz mniejszą plamą na tle jasnego piasku, która w końcu zniknęła.

Odwrócił się, miał teraz przed oczami rozległą plażę ciągnącą się aż do strzelistej latarni morskiej; jego spojrzenie spoczęło na odległym ciemnozielonym wybrzeżu Altes Land, po czym powróciło do wypielęgnowanych zielonych tarasów Blankenese, gdzie królowały eleganckie wille.

Fabel uświadomił sobie nagle, że znalazł się pośrodku pustkowia.

Środa, 17 marca, 9.50. Szpital Mariahilf, Heimfeld, Hamburg

Przełożona pielęgniarek przyglądała się mężczyźnie, od czasu do czasu wzdychając ciężko. Siedział na krześle obok łóżka, w którym leżała stara, siwowłosa kobieta, nieświadomy tego, że jest obserwowany. Pochylony, gładził delikatnie dłonią jej czoło i włosy. Niskim, łagodnym głosem szeptał jej do ucha coś, co tylko ona mogła usłyszeć. Tuż za przełożoną stanęła jedna z sióstr. Patrzyła ze wzruszeniem na tych dwoje, zamkniętych we własnym hermetycznym świecie. Przełożona nieznacznym ruchem podbródka wskazała na mężczyznę.

– Nie opuścił ani jednego dnia. Widać, że kocha matkę. Założę się, że żadne z moich dzieci nie ruszy tyłka, aby się o mnie zatroszczyć, kiedy będę stara – dodała ze smutkiem.

Druga pielęgniarka uśmiechnęła się gorzko. Obie stały chwilę w milczeniu, obserwując tę scenę, zatopione najwyraźniej w ponurych rozmyślaniach wywołanych wizją własnej przyszłości.

– Czy ona go słyszy? – zapytała po chwili pielęgniarka.

– Wszystko wskazuje na to, że tak. Wylew spowodował paraliż i odebrał jej mowę, ale z tego, co wiem, zmysły działają prawidłowo.

– Boże! Chyba wolałabym umrzeć. Wyobraź sobie, że jesteś uwięziona we własnym ciele.

– Ma przynajmniej dobrego syna. – Przełożona pokiwała głową. - Codziennie przynosi książki i czyta jej na głos, a potem przez godzinę siedzi, gładzi ją po włosach i łagodnie do niej przemawia. Tak, ma przynajmniej dobrego syna.

Pielęgniarka westchnęła ciężko.

Matka i syn byli zupełnie nieświadomi, że ktoś ich obserwuje. Ona leżała sztywno, niezdolna poruszyć członkami, a on siedział na krześle zgarbiony, pochylony nad nią. Co chwila w kąciku ust kobiety pojawiała się kropelka śliny, którą natychmiast troskliwie wycierał chusteczką. Odgarnął spadający jej na czoło kosmyk i pochylił się niżej, tak, że ustami prawie dotykał ucha; mówił szeptem, a oddech poruszał siwymi włosami na skroniach chorej.

– Rozmawiałem dziś z lekarzem, mamo. Twój stan się ustabilizował. To dobra wiadomość, prawda, Mutti? – Nie czekał na odpowiedź, która i tak by nie padła. – Lekarz powiedział, że po dużym wylewie nastąpiło kilka mniejszych i to one spowodowały takie spustoszenie. Mówił też, że najgorsze już minęło i jeśli dopilnuję, żebyś się właściwie leczyła, nie będzie komplikacji. – Przerwał i odetchnął. – A to oznacza, że będę mógł cię zabrać do domu i zająć się tobą. Lekarz nie był, co prawda, zachwycony tym pomysłem, ale przecież nie lubisz, kiedy się tobą opiekują obcy ludzie, prawda? Doktor o tym wie. W domu, ze swoim synem, poczujesz się o wiele lepiej. Zapewniłem, że zorganizuję dla ciebie opiekę na czas, kiedy będę w pracy, a potem... będę mógł się zajmować tobą osobiście. Pielęgniarka odwiedzi nas w przytulnym, małym mieszkanku, które właśnie kupiłem. Niewykluczone, że zabiorę cię do domu pod koniec miesiąca. Czy to nie wspaniale?