Ballada o kuternogach - Paweł Szlachetko

Ballada o kuternogach

0,0

Powieść sensacyjna osadzona w realiach Polski z czasów ustrojowej transformacji. Stare zderza się z nowym w każdej sferze, a wszyscy chcą skorzystać na chwilowym bałaganie. Nowi gangsterzy i starzy złodzieje, dziwne sojusze policji z przestępcami.

W ten tygiel wpada trójka podstarzałych włamywaczy po długiej odsiadce. Obywatele starego świata muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a nie jest to łatwe. Choć tym razem chcą żyć uczciwie, los pisze dla nich zupełnie inny, zaskakujący scenariusz. Wplątani w rozgrywkę między policją a międzynarodowym gangiem, próbują wyjść z matni cało, ocalić godność i życie... A może uszczknąć coś więcej?

Akcja rozgrywa się głównie na warszawskiej Pradze, która wciąż jeszcze jedną nogą tkwi w szemranej przeszłości, choć nowe próbuje zdominować brutalną siłą złodziejski honor i tradycję…

Paweł Szlachetko – autor kilkunastu słuchowisk radiowych, pisanych dla Polskiego Radia w latach 1985–1994, równolegle z powieściami sensacyjnymi pod pseudonimem Arthur Ray (m.in. „Poker morderców”). Scenarzysta filmowy i telewizyjny („Śladami złodziei aniołów”, „Zwerbowana miłość”; oba na podstawie tekstów wydanych pod własnym nazwiskiem), twórca cyklów reportaży i kilku powieści kryminalnych. W 2012 roku nominowany do literackiej Nagrody Wielkiego Kalibru za powieść „Wichrołak”.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

ballada_okl.jpg

ballada_tyt.jpg

Copyright © Paweł Szlachetko, 2013

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Jolanta Tyczyńska

ISBN 978-83-7839-882-0

Warszawa 2013

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej miłości, Ewie


Wtulony w ciemny kąt hangaru, za stertą złomu, próbował opanować ogarniające go drżenie porannego kaca. Z niedowierzaniem powtarzał w myślach niedawno usłyszane słowa: „Może być tego ponad sześć milionów dolarów”.

Matko Przenajświętsza! Cycek niemal krzyknął. Tyle szmalu! Wystarczy po niego sięgnąć!

Ciszę przerwał warkot zapuszczanych silników samochodowych. Trzask zamykanych drzwiczek. Światła reflektorów omiotły pustą halę fabryczną. Cycek skulił się jeszcze bardziej, jakby w obawie, że może zostać dostrzeżony. Gdyby tak się stało, nie wyszedłby stąd żywy.

Spojrzał na leżącą obok na posadzce pustą butelkę po winie.

A mówią, zachichotał w myślach, że alkohol prowadzi do zguby!

Przypomniał sobie minę matki, kiedy goniła go na lekcje niemieckiego. Nigdy nie sądził, że szwabsgadanie kiedykolwiek mu się przyda. A jednak... Wszystko już gdzieś, kiedyś zostało wyreżyserowane. Na szczęście nie spóźnił się na najważniejszą odsłonę sztuki, w której postanowił zagrać jedną z głównych ról. Cokolwiek by powiedzieć, miał fart! Stertę! Górę fartu! Mont Everest szczęścia!

Jeszcze przed godziną próbował się oszukiwać, że zdoła się podnieść, że jest silniejszy od gorzały, że jakby tylko zechciał, to… Przechylił wówczas flaszkę taniego wina. Im bliżej był dna, tym większe ogarniało go przerażenie. Co dalej? W końcu dzień dopiero się zaczyna. Nie ma co sprawdzać w kieszeniach. Na drugiego szampana na ogryzkach go nie stać.

Wszystko zmieniło się w momencie, gdy uwagę Cycka zwrócił pisk opon hamujących za stertą hutniczego złomu. Gdy usłyszał o milionach, przerwał łapczywe opróżnianie butelki. Omal się nie zakrztusił z wrażenia. Bezskutecznie próbował powstrzymać gwałtowny napad kaszlu. W końcu okręcił głowę ortalionową kurtką, ze wszelkich sił powstrzymując narastający spazm. Gdyby został odkryty, rura, w której miał legowisko, stałaby się jego trumną.

Samochody odjechały. Odczekał jeszcze i upewnił się, że jest sam. Potem ostrożnie wydostał się spomiędzy zardzewiałych i pogiętych blach, rur i stalowych płyt. Prostując plecy, chwycił się za obolałą głowę. To te wczorajsze alpagi… Jak można produkować takie świństwo?

Kiedy stanął na nogi, świat przez jakiś czas niebezpiecznie kołował, jakby i on łyknął wiadro ogryzkowej delirki. Cycek wziął kilka głębszych oddechów i przetarł oczy. Dotąd zawsze pomagało.

Dostrzegł swe odbicie w nie do końca wybitej szybie wielkiego okna fabrycznej hali. Marynarka z niemal oderwanym rękawem. Rozpięte spodnie. Sięgnął do rozporka, lecz nie znalazł guzików. Trafił za to dłonią na końce sznurka, którym był przewiązany w pasie. Zawsze coś. Ściągnął mocniej.

Ostrożnie przekroczył próg, obawiając się najgorszego. Miał rację. Świecące słońce skoczyło mu do oczu i oślepiło na kilka sekund. Jednocześnie przyłożyło mu w czachę gorącym prawym sierpowym.

Wyszedł na pustą betonową płytę. Pośrodku mieniła się kałuża. Skąd się wzięła? Czyżby w nocy padało? W mętnej wodzie powtórnie dostrzegł swe odbicie. Nie wyglądał najlepiej. Przejechał dłonią po zarośniętych policzkach. Sucha szczecina zakłuła w palce. Kiedy się ostatnio golił?

Chryste, ależ tu gorąco! Żeby choć trafić na kran z wodą… Cycek spróbował poruszyć językiem w wyschniętych ustach. Czas najwyższy skończyć z piciem. Wykąpać się, przebrać w świeże ciuchy. Może w domu jeszcze go pamiętają? Ostatnio ślubna groziła rozwodem. Ostatnio? Odkąd się pobrali, stale o tym gadała. Jęczała. Szlochała. Pieprzyć ją! Jakie ma to teraz znaczenie? Będzie bogaty!

– Ponad sześć milionów dolarów – wyszeptał. – Prawdziwa góra szmalu…

Mógłby za to kupić browar i codziennie kąpać się w piwie. Stop! Lepiej nie zapuszczać się myślami w rejony pachnące chmielem. Stamtąd już tylko krok do pragnienia skręcającego każdą komórkę ciała.

Wsunął dłoń do kieszeni, trafił na drobniaki. Zacisnął na nich palce i uśmiechnął się do siebie.

– Jeśli przepuścisz taką okazję… – Oblizał wyschnięte wargi, patrząc na swoje odbicie w kałuży. – To pij do lusterka, bo na moje towarzystwo nie masz co liczyć.

MĘŻCZYZNA STOJĄCY na wzgórzu, ukryty w gęstych zaroślach, patrzył przez lornetkę na pustą szutrową drogę. Dwie limuzyny dawno już znikły; za cztery godziny jadący nimi mężczyźni przekroczą Odrę.

Jeszcze przez jakiś czas nad traktem unosił się szary kurz, by wreszcie zniknąć, rozwiany leniwymi podmuchami wiatru. Mężczyzna sięgnął po okulary przeciwsłoneczne. Piękny dzień. Wciągnął głęboko w płuca nagrzane słońcem powietrze.

Nie śpiesząc się, przetarł szkła. Jego zadanie, jako zabezpieczającego spotkanie, dobiegło końca. Skąd przyjechali uczestnicy? Kilku było Polakami, pozostali bez wątpienia przybyli z Niemiec. Biorąc pod uwagę ich akcent, zapewne z Saksonii. Jakie mogli mieć w Polsce interesy? Wzruszył ramionami. Nie jego sprawa. O niektórych rzeczach lepiej nie wiedzieć.

Lustrując okolicę przez lornetkę, Haini kilka razy zatrzymał się na przybyłych. Przypominali szacownych biznesmenów, doskonale ubranych, o nienagannych manierach, którzy godzinę wcześniej mogli jeść lunch z ministrem lub premierem. Kiedy jednak wysiadali z luksusowych aut i rozglądali się wokół, na ich twarzach nie było dezaprobaty, ale zadowolenie, zupełnie niepasujące do śmietnikowego otoczenia. Doskonałe miejsce na poufne rozmowy.

Haini wsparł kolbę karabinu snajperskiego na biodrze. Nic tu po nim. Może złożyć sprzęt i jechać na kolację z tą małą. Gdyby był wierzący, ostatniej nocy okrzyknąłby ją cudotwórczynią…

Rozejrzał się po okolicy. Kilkaset metrów dalej, za olbrzymim nasypem stała kolejka ciężarówek. Obdrapana koparka leniwie unosiła ramię i napełniała żwirem wielką stalową łychę. Potem, równie wolno, wysięgnik powracał nad pakę i nowy tuman pyłu leciał w powietrze.

Ruszył do samochodu. Otworzył bagażnik i przysunął do siebie podłużny neseser. Otworzył chromowane zatrzaski i wziął się do rozkładania karabinu. Zwolnił rygle okularu celownika, z komory nabojowej wyjął lśniący pocisk, który wsunął w specjalne zagłębienie futerału. Odjął lufę od drewnianego łoża. Rozmontował kolbę, wszystko starannie układając w walizce. Raz jeszcze obrzucił wzrokiem wielki betonowy plac z rozpadającą się halą. Cisza, spokój.

Głupiego robota, żachnął się w myślach, ale w końcu nie płacono mu za filozofowanie. Mógł być z siebie zadowolony. To on zaproponował spotkanie w zapomnianym przez Boga i ludzi składowisku betonowych prefabrykatów i złomu. To również on gwarantował, że w zebraniu nie weźmie udziału nikt niepowołany. Niezła forsa za banalną robotę.

Schował neseser do bagażnika samochodu i narzucił nań pled. Sięgnął po komórkę, by powiadomić Margot, że za dwa dni wróci do Monachium. Pojadą na wieś do rodziców. Wybrał numer, przyłożył słuchawkę do ucha i zamarł w bezruchu.

Nieprawdopodobne!

Telefon omal nie wypadł mu z dłoni! A jednak! Haini delikatnie rozgarnął gałęzie rozłożystego jaśminu. Z niedowierzaniem patrzył na obdartusa, który wyszedł przez wyłamane wrota.

Odrzucił pled. Otworzył neseser. Zmontowanie karabinu zajęło mu kilkanaście sekund.

Ponownie odsunął gałęzie. Spojrzał przez okular celownika. Ile tamten może mieć lat? Czterdzieści? Pięćdziesiąt? Niechlujny wygląd, kilkudniowy zarost, niepewny krok wskazywał na pijaczka, który walczy z wczorajszym kacem. Oberwaniec rozejrzał się podejrzliwie na boki, najwyraźniej w obawie, że może zostać zauważony. A to oznaczało tylko jedno – był świadkiem spotkania, o którym jak najszybciej powinien zapomnieć. Gdyby jego uczestnicy dowiedzieli się o tym lumpie… Haini byłby martwy.

Poprawił ostrość i położył palec na spuście. Mierzył w głowę. Od celu dzieliło go czterysta metrów; z tej odległości nie można chybić. Już miał strzelić, gdy kątem oka dostrzegł radiowóz wyjeżdżający zza rogu budynku. Zdjął palec z cyngla.

Siedzący w aucie policjanci najwidoczniej dostrzegli pijaczka, bo skierowali się w jego stronę.

Obdartus próbował uciekać, ale po krótkiej gonitwie został złapany. Ponieważ się szarpał, jeden z mundurowych wymierzył mu kilka kopniaków na uspokojenie i zatrzymany wylądował na tylnym siedzeniu.

Rozdział 1

Strażnik wsunął klucz w zamek. Szczęknęły zapadki. Więzień poderwał się ze stołka. Zgodnie z regulaminem przyjął postawę zasadniczą, oczekując na wydanie polecenia. W pierwszym momencie rzucała się w oczy jego tyczkowata postać, na której więzienny uniform zwisał jak na drucianym wieszaku. Z obu rękawów wystawały wielkie, czerwone dłonie, sprawiające wrażenie odmrożonych. To one przykuwały wzrok patrzącego, zwłaszcza palce. Te bez ustanku zaplatały się jeden na drugim, wzajemnie pocierały, jak u szalonego pianisty rozgrywały na niewidocznej klawiaturze symfonię dla nadpobudliwych ruchowo.

Na głowie więźnia sterczały na boki siwe kosmyki włosów, które chyba nigdy nie zawarły znajomości z grzebieniem. Na jego twarzy, jak zwykle, gościł pobłażliwy uśmiech, który można było wziąć za wyrozumiałe pogodzenie się z nieuchronnością nadchodzących wydarzeń albo za jawną drwinę ze wszystkiego i wszystkich.

Klawisz obrzucił pomieszczenie uważnym spojrzeniem. Łóżko prawidłowo zasłane, z kocem ułożonym w nogach w regulaminową kostkę. Aluminiowe talerze i sztućce na okiennym parapecie. Nie musiał zaglądać za przepierzenie. Kibel z pewnością lśnił tego poranka jak nigdy dotąd.

– Bajerant, wysiadka! – rzucił ostro mundurowy dla dodania sobie animuszu.

Tolo przez całe więzienne życie miał gdzieś regulaminy, przepisy, zalecenia i dobre rady. Tym razem jednak nie zaryzykował zatargu. Funkcjonariusz w progu patrzył zdezorientowany, a więźniowi przyszło do głowy, że facet cierpi na permanentne rozwolnienie, zaś jego zapiekła mina i kreska zamiast ust sugerują, że gość ma spięte na maksa poślady i ze wszystkich sił stara się nie popuścić w spodnie.

Jak zwykle po wzrokowej wymianie zdań w spojrzeniu strażnika pojawił się wyraz drwiącej wyższości, który mówił jednoznacznie: „Tylko mi teraz podskocz, to z tobą zatańczę!”.

Tolo doskonale znał ten typ. Tacy przez życie przemykają chyłkiem, z obawą na twarzy, że przez kogoś zostali zauważeni, a przez to narazili się niepotrzebnie. Kiedy jednak są pewni przewagi… Lepiej z nimi nie zadzierać, bo dadzą solidnie w kość.

– Zbieraj się! – Strażnik wskazał na korytarz.

– Tak jest!

Osadzony sięgnął po złożony w kostkę koc, po miskę i sztućce. Postąpił kilka kroków, przeszedł przez próg i na korytarzu ponownie stanął na baczność. Powiódł wzrokiem po piętrze.

Ściany niedawno pomalowano na miodowo, co miało uczynić naturę ludzką bardziej pogodną. Bo w takim miejscu optymizm jest towarem deficytowym.

Więzień nie miał zamiaru tu wracać. Był na to za stary i po długich latach odsiadki za mądry. Za murem znajdzie sobie posadę. Kiedyś marzył o pracy w cyrku; nocami śniły mu się występy na arenie, oklaski widzów. A teraz?

Nie musi dużo zarabiać. Małą łyżką też można się najeść…

Powrócił pamięcią do twarzy przyjaciół. Czy nadal mógł ich za takich uważać?

– Gdzie się gapisz? Nie słyszałeś, co mówiłem? – Klawisz trącił go w ramię. Kazał iść za sobą.

– Bajerant! Trzym się, brachu! – krzyknął ktoś z pierwszego piętra.

Podniósł głowę, jakby chciał dojrzeć twarz między gęstymi oczkami rozdzielającej poziomy siatki, i wpadł na strażnika, który akurat odchylał skrzypiące skrzydło kraty. Wykorzystując jego nieuwagę, Tolo na sekundę zagłębił dłoń w kieszeni klawisza.

– Co jest? – Potrącony poprawił przekrzywioną czapkę.

– Nic, nic… – bąknął więzień z udanym zaaferowaniem. – Niewielka kolizja. Już włączam wsteczny bieg i wycofuję gablotę na przepisową odległość.

Tolo dał krok do tyłu. Przyjął postawę zasadniczą z miną daleką jednak od powagi.

– Czy wy kiedyś zmądrzejecie?

Strażnik zmierzył złym wzrokiem tyczkowatą postać sześćdziesięciolatka o zmierzwionej siwej czuprynie. Miał już dość tego pajaca. Piętnaście lat temu, gdy zaczął tu pracę, prowadził go do celi. Dobre stare czasy… Jeszcze wtedy wierzył, że życie ma dla niego szczęśliwy kupon totolotka, ale wkrótce mu przeszło. Teściowa, na szczęście, długo nie siedziała im na karku. Odziedziczyli po niej kawalerkę. A za rok wreszcie dostanie przydział na mieszkanie służbowe, przynajmniej tak usłyszał w kadrach. Niech ich szlag! Podobnie mówili po roku służby, po pięciu i dziesięciu latach. Identyczny kit wcisnęli mu dwa dni temu. A on dziś wróci do domu i znowu dostanie ochrzan od żony, która, gdyby mogła, już dawno puściłaby go w trąbę. Tylko kto połaszczy się na fiołkowe oczy oprawione w sto dziesięć kilo żywej wagi?

Może dlatego właśnie z dnia na dzień i z miesiąca na miesiąc coraz bardziej denerwowała go gęba idącego z tyłu więźnia? Czuł się tak, jakby odsiadka dotyczyła jego samego. Z biegiem lat klawisz znalazł sposób na utemperowanie każdego z podlegających mu osadzonych. Każdego, tylko nie tego błazna.

Podczas kilku ostatnich nocy wykombinował taką układankę, że i ten pajac musiałby pęknąć. Wreszcie Tolo zostałby pognębiony, a on wygrałby toczony od lat pojedynek. W domu miał przesrane, sąsiedzi mieli go za nic. Nawet dzieciaki na ulicy spluwały za jego plecami. Tylko za murami więzienia był kimś. Chciał to udowodnić i sobie, i temu dryblasowi podrygującemu teraz za jego plecami.

Pieprzony magik, zaklął w duchu. A gdyby jeszcze trochę posiedział, dobrałbym mu się do dupy!

Więzień uśmiechnął się do mundurowego szeroko. Kiedy wychodzili z celi, zobaczył w jego oczach rezygnację, jakby tamten wreszcie uświadomił sobie, że przegrał.

– Przez tyle lat próbowałeś przytrzasnąć mi jaja… – prychnął Tolo pogardliwie. – Ale jesteś cienki Bolek. I sam o tym dobrze wiesz, kieszonkowy onanisto.

– Mówiłeś coś? – Strażnik się obejrzał.

– Ja?

– A kto? Duch Święty?

– Przecież nie było polecenia.

Klawisz zacisnął zęby w bezsilnej złości.

Reszta w pełnej wersji

Rozdział 2

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 3

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 4

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 5

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 6

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 7

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 8

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 9

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 10

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 11

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 12

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 13

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 14

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 15

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 16

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 17

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 18

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 19

Dostępne w pełnej wersji