Azyl - Jarosław Grzędowicz

Azyl

0,0

Zaginone skarby Mistrza

Wreszcie wszystkie opowiadania Grzędowicza w komplecie.

W zeszłym wieku, któryś z wielkich pismaków powiedział, że kwintesencją zawodu jest to, że pisze się artykuł zdobywając informacje w pocie i znoju, a już wieczorem po opublikowaniu, efekty twojej harówki to już bezwartościowe śmieci, które wiatr rozwiewa po ulicach.

Kiedy pytano mnie dlaczego nie wydam tych starych, zaginionych tekstów, wykręcałem się zgodnie z prawdą, mówiąc, że nie mam ich fizycznie. Przepadły.

Trzeba było okrągłej daty mojego nastoletniego debiutu oraz entuzjazmu i benedyktyńskiej pracy ludzi z wydawnictwa „Fabryka Słów”. To było jak otwarcie kapsuły czasu. Wejście do zamkniętego od trzydziestu pięciu lat pokoju.

Postanowiłem ich za bardzo nie zmieniać. Nie przerabiać, nie dodawać im powagi, ani nie ulepszać.

Są moje. Kiedyś je napisałem, a potem trafiły na listę zaginionych. Ale skoro już się znalazły, chcę dać im okładki. Ich własne. Opowiadania nie powinny ginąć. Nawet te stare. Napisałem je. Niech więc żyją dalej.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

 

Lista zaginionych

Przez lata w ogóle o nich nie myślałem. Rzadko zajmuję się liczeniem czasu, rocznicami, datami i archiwizacją przeszłości. Kiedyś, gdy pracowałem jako dziennikarz, pewien redakcyjny kolega spytał mnie, jak archiwizuję swoje artykuły. On, jako człowiek starej daty, w ogóle nie używał komputera, swoje teksty przynosił pisane na maszynie i dyktował sekretarce, a w efekcie tonął w stertach papierów zawierających jego kilkudziesięcioletni dorobek. Bo on trzymał w domu wszystko, co kiedykolwiek napisał. Odparłem, że w ogóle, co przyjął z najwyższym zdumieniem. Ot, miałem teksty na twardym dysku, a jeśli padł, to przepadały i one. Nie miałem jakiegoś wielkiego nabożeństwa do swojego dziennikarstwa. To jest twórczość ulotna. W zeszłym wieku któryś z wielkich pismaków powiedział, że kwintesencją zawodu jest to, że pisze się artykuł, zdobywając informacje w pocie i znoju, a wieczorem po opublikowaniu efekty twojej harówki to już bezwartościowe śmieci, które wiatr rozwiewa po ulicach.

Z książkami jest lepiej, bo książka to coś solidnego i namacalnego, coś, co stoi na półce. Ale kiedyś nie pisałem książek. Zaczynałem od opowiadań. Takie były czasy. Na napisanie opowiadania jeszcze mogłem znaleźć czas, choć też nie zawsze, z powieścią było gorzej. Trzeba było zarabiać na życie i miotać się od jednej fuchy do następnej. Głównie były to zajęcia związane z pisaniem – redakcje, tłumaczenia, recenzje wewnętrzne, ale robiłem też rzeczy dziwne. Raz namalowałem okładkę do książki historycznej (z takim efektem, że równie dobrze mogłem dać koncert fortepianowy), pracowałem i łopatą, sprzątałem mieszkania, w Grecji, która pod koniec lat osiemdziesiątych wydawała się oazą dobrobytu, tłukłem ziemię motyką pod Maratonem, ciąłem winogrona po całej Attyce. Miałem pisać książki? Kiedy? Zresztą w latach dziewięćdziesiątych książek Polaków praktycznie nie wydawano, ale opowiadanie dało się sprzedać. Były pisma, zdarzały się antologie. Pisałem więc opowiadania.

Rzadko, z reguły jedno, może dwa na rok. W latach dziewięćdziesiątych wydawałem własne pismo i tam trochę się wstydziłem publikować swoje opowiadania. Jakoś mi to pachniało nepotyzmem. Z kolei drugie pismo w branży było konkurencją – po co miałbym nosić im dobre teksty?

Były też te, którymi debiutowałem, jako młodzieniec jeszcze. Wychodziły w fanzinach oraz w tygodniku „Odgłosy”, w którym tajemniczym dla mnie po dziś dzień sposobem nasz klub miłośników fantastyki opanował dwie szpalty.

W każdym razie ukazywały się jako efemerydy w dawnym etapie życia. Jakoś je przechowywałem, ale kolejne burzliwe okresy pochłonęły te zżółkłe wycinki trzymane w tekturowych teczkach, te zetlałe pliki przebitkowej bibułki spięte zszywkami.

Dlatego kiedy pytano mnie, dlaczego nie wydam tych starych, zaginionych tekstów, wykręcałem się zgodnie z prawdą, mówiąc, że nie mam ich fizycznie. Przepadły.

Chodziło też o to, że uważałem je za zdezaktualizowane relikty dawnego życia. Że nie mam za wiele wspólnego z tym młodzianem w powyciąganym góralskim swetrze i flanelowej koszuli. Widziałem więcej niż on, czegoś się nauczyłem, inaczej piszę.

To wszystko prawda, ale prawdą jest też, że je napisałem, opublikowałem i dałem do czytania ludziom. Istniały. Nie wydawałbym jakichś zupełnie niedojrzałych prób, gryzmolonych przez trzynastolatka w brulionie. Ale te historie przyjęto, ogłoszono drukiem i zapłacono mi za nie.

Są naprawdę.

Tyle że znajdowały się na liście zaginionych. Więc nie myślałem o nich za wiele. Mało to rzeczy przepadło w pomroce dziejów? Trzeba było okrągłej daty mojego nastoletniego debiutu oraz entuzjazmu i benedyktyńskiej pracy ludzi z wydawnictwa Fabryka Słów. To przecież w wielu wypadkach były opowiadania z innej epoki, które nigdy nie widziały komputera. Napisano je na maszynie, a wydrukowano na ołowianych kasztach, za pomocą prasy drukarskiej.

„Gdzie wy, u diabła, znajdziecie jakieś durne »Odgłosy« z osiemdziesiątego drugiego roku?!”

„Znajdziemy”.

I co, u diabła? Znaleźli.

Aż w pierwszej chwili bałem się tam zajrzeć. To było jak otwarcie kapsuły czasu. Wejście do zamkniętego od trzydziestu pięciu lat pokoju. Kojarzycie klasyczne zdjęcia? Takie naświetlone na prostokątnej, pokrytej emulsją tekturce, nie pliki jpeg. Człowiek czegoś szuka, otwiera jakąś szufladę i natyka się na pudło takich zdjęć. Swoich. A wtedy zapomina, co miał zrobić, siada na podłodze i przegląda je z niedowierzaniem. Bo cały czas wydaje się nam, że świat wokół nas wygląda w zasadzie tak samo, a jest to szokująco złudne. Nie chodzi nawet o to, że patrzysz na dziecko, a teraz jesteś dojrzałym mężczyzną. To jest jasne. Tu chodzi o szczegóły. Elementy, na które na co dzień nie zwracamy uwagi, bo po prostu są.

Spodziewałem się wizerunku młodziana, pamiętam, że kiedyś nim byłem, ale naprawdę nosiłem takie okulary, wielkości tabletów? I naprawdę nie mogłem zrobić czegoś z tym, co miałem na głowie, odwiedzić fryzjera chociażby? Ile to, na Boga, kosztowało? A to za mną tam, z tyłu, to naprawdę samochód? Rzeczywiście były takie małe, blaszane i pokraczne? Czy tę ulicę zbudowano całkowicie po ciemku? Nikt nie umiał równo wylać asfaltu albo położyć paru betonowych płyt obok siebie, nie łamiąc ich przy tym? Tamten szyld namalował szympans?

A to tylko zdjęcie, nie opowiadanie. Opowiadanie to nie tylko wizerunek. Tam wchodzi się do głowy narratora. Patrzy jego oczami. Myśli jego słowami. Słowami, które kiedyś były moje.

Postanowiłem ich za bardzo nie zmieniać. Nie przerabiać, nie dodawać im powagi ani nie ulepszać. Usunę tylko ewidentne błędy, literówki, wygładzę najwyżej takie chropowatości, o które można się pokaleczyć.

Są moje. Kiedyś je napisałem, a potem trafiły na listę zaginionych. Ale skoro już się znalazły, chcę dać im okładki. Ich własne. Opowiadania nie powinny ginąć. Nawet te stare. Napisałem je. Niech więc żyją dalej.

Zasługują na to.

 

 

A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy

Spłyną przeze mnie dni na przestrzał
Zgasną podłogi i powietrza
Na wszystko jeszcze raz popatrzę
I pójdę nie wiem gdzie – na zawsze.

Bogdan Chorążak

 

Człowiek orkiestra.

Współtworzył grupy literackie TRUST oraz Klub Tfurcuf.

Wraz z grupą znajomych pisarzy założył w 1990 roku magazyn literacki FENIX i w latach 1993–2001 był redaktorem naczelnym czasopisma.

Z zamiłowaniem gotuje.

Debiutował w 1982 roku w tygodniku „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów.

Od tego czasu opublikował kilkadziesiąt opowiadań i wydał osiem książek.

Najszerzej znany jest czytelnikom jako autor Pana Lodowego Ogrodu, powieści w czterech tomach. To obszerne studium ludzkich namiętności nie jest jednak jedynym spektakularnym sukcesem autora. Na kolejną powieść przyszło czekać prawie pięć lat, jednak książka Hel-3 z nawiązką wynagrodziła cierpliwość czytelników i spełniła pokładane w niej nadzieje. Tym razem autor osadził swojego bohatera w nieodległej przyszłości, w świecie zdominowanym przez cenzurowane media, funkcjonującym na zasadzie reglamentacji podstawowych zasobów. Wielokrotnie nominowany i nagradzany. Najwięcej nagród, w 2006 roku, zdobyła powieść Pan Lodowego Ogrodu, tom 1 (Nagroda im. Janusza A. Zajdla za 2005 rok w kategorii Powieść, Śląkfa w kategorii Twórca Roku 2005, Sfinks w kategorii Polska Powieść Roku i nagroda redakcji „Fahrenheita” w kategorii Dzieło Roku 2005). W tym samym roku Zajdel w kategorii Opowiadanie za Wilczą zamieć również powędrował do Jarosława Grzędowicza. W 2007 roku powieść Popiół i kurz została nagrodzona Zajdlem za rok 2006.

W jubileuszowym tomie Azyl zostały zebrane opowiadania, które do tej pory nie zaistniały w Fabryce Słów. Wydawnictwo wpasowało brakujący element, a tym samym półka z twórczością Jarosława Grzędowicza jest dopełniona.

Sam autor mówi o sobie, że jego największym osiągnięciem jest, że pisze.

Jest wielkim fanem świętego spokoju, urlopów, jengi oraz filmu Władca Pierścieni.

 

W pewnej chwili, gdy Piołun już znacznie wysforował się przed grupę rydwanów, Daimon usłyszał za plecami niepokojący dźwięk. Brzmiał jak głuche mlaśnięcie, kleisty, ciągnący się, mokry odgłos wyjątkowo obrzydliwego pocałunku. Powierzchnia bagniska poruszyła się, zakolebała, wstrząśnięta nagłym dreszczem. Coś wielkiego i ciemnego, cuchnącego mułem, zamajaczyło z tyłu. Rozległy się słabe, zduszone okrzyki przerażenia. Piołun targnął odruchowo głową, Frey obrócił się błyskawicznie na siodle. I zmartwiał.

Z wody bowiem wyłaniał się właśnie monstrualny, wyszczerzony łeb, ni to smoka, ni żmija. Stwór miał pomarszczony pysk, zwieńczony potrójną koroną ostrych kościanych wypustek. Maleńkie, blaszane, rybie oczy były pozbawione wyrazu, niczym przypadkowo naszyte cekiny. Odbijały pusty błękit nieba. Paszcza, szeroka, otwarta jak brama, sunęła prosto na pierwszy rząd radośnie niebieskich łodzi, z szyderczą, groteskową gościnnością gotowa zaprosić nieszczęsnych pasażerów wprost do swego śmierdzącego padliną wnętrza.

Nim Daimon zdążył zareagować, mocarna szczęka kłapnęła tuż przed dziobem wyładowanego zapasami rydwanu, pochłaniając oba zaprzęgowe hippokampy. Trysnęła posoka, kilka rybokoni zaniosło się wysokim, przeraźliwym kwikiem przestrachu. Słabe krzyki przemieniły się w rozgłośne wrzaski. Pozbawiona siły napędowej łódź przewróciła się, pakunki posypały do wody. Woźnica natychmiast zanurkował pod powierzchnię, ratując się ucieczką, lecz dwaj tragarze, gnom oraz kobold, rozpaczliwie taplali się w wodzie, wzywając pomocy.

Wierzchowe i zaprzęgowe hippokampy zareagowały na utratę towarzyszy zbiorową histerią. Rzucały się w uprzęży, kwicząc dziko, tłukły ogonami o wodę i pośpiesznie zrywały się do panicznej ucieczki na oślep. Większość jeźdźców utrzymała się w siodłach, bo trytony zdołały jakoś opanować oszalałe wierzchowce, lecz kilka rybokoni zanurkowało, zrzucając podróżnych do wody. Dwa kolejne rydwany utonęły, wciągnięte pod powierzchnię przez przerażone hippokampy.

Paszcza kłapnęła jeszcze dwa razy, pożerając kobolda, gnoma, jednego z trytonów oraz hippokampa, który nie zdążył wyplątać się z uprzęży. Wszystko to nie trwało dłużej niż płytki oddech. Upiorny łeb wodnego węża cały czas kołysał się nad bagniskiem niczym pąk obrzydliwego kwiatu.

– Atakuj, Piołun! – krzyknął Daimon, dobywając miecza.

Koń skoczył bez wahania. Gwiazda Zagłady rozbłysła w powietrzu, jasna niczym snop światła. Rumak parasim runął na wodnego węża, potężne kopyta odbiły się od gruzłowatego karku i uderzyły ponownie. Manewr był skrajnie niebezpieczny, bo zaskoczony atakiem, rozwścieczony żmij zaczął wić się i tłuc wokoło młotem potężnego łba. Woda zakotłowała się, zwoje olbrzymiego cielska na moment wyłoniły się spod powierzchni. Frey tylko na to czekał. Zamachnął się i z całej siły ciął mieczem. Klinga wbiła się głęboko między czarne, oślizłe łuski, lecz potwór zdawał się wcale nie odczuwać ciosu. Nawet nie zaryczał, tylko skręcił potężną głowę i kłapnął monstrualną szczęką tuż przed twarzą Abaddona. Jeźdźca i konia owionął obrzydliwy smród rozkładającej się ryby. Piołun natychmiast odskoczył w bok, ale pod kopytami nie miał twardego gruntu, tylko grząskie bagnisko, więc poślizgnął się na kępie sitowia, zachwiał i o mało nie wpadł z impetem do wody. Prawa tylna noga zapadła mu się głęboko w szlam. Z potwornym wysiłkiem podźwignął znów ciało w górę i po raz kolejny skoczył.

– Na kark, bracie! Na kark! – zdołał krzyknąć Daimon.

Piołun przeleciał tuż ponad wyszczerzonym pyskiem wizgającego stwora i zdzielił go kopytami w szyję. W tym samym momencie Gwiazda Zagłady wbiła się głęboko w cielsko węża, tuż za głową. Potwór ryknął i targnął łbem. Wydawało się, że rumak i jego pan nie mają najmniejszych szans, że zostaną zmiażdżeni przez kły długie i grube jak kołki, lecz kary koń już frunął w powietrzu niby chmura niosąca deszcz. Czarna grzywa powiewała na wietrze niczym sztandar.

– To bydlę jest chyba pancerne! – wydyszał Frey, gdy na sekundę opadli na pobliską cynobrową łachę piachu. – Gdzie się coś podobnego ulęgło, do ciężkiego czorta?

– Pod wilgotnym kamieniem – parsknął koń i znów spiął się do ataku.

Tym razem zaatakowali pysk. Daimon zamachnął się i ciął potężnie przez wąskie, ukryte pod fałdą skóry nozdrza. Wodny smok tylko się wściekł. Zaryczał jak trąba pod murami Jerycha i uderzył. Straszny, zakrzywiony kieł prześlizgnął się po karku i ramieniu Abaddona, rozdzierając ubranie. Jednak Anioł Zagłady nie zamierzał się poddać. Błyskawicznie wyprowadził sztych, godząc prosto w puste jak blaszany krążek, bezrozumne oko żmija. Chybił, lecz klinga wbiła się w ciało tuż pod ślepiem. Wąż wodny skręcił się w spazmie bólu lub lęku. Rozwarłszy paszczę, zionął gęstą chmurą cuchnącej wydzieliny, gotów porazić przeciwnika trującym oddechem. Ale Daimona już tam nie było. Zawrócił Piołuna i poprowadził do kolejnej szarży, tym razem celując lekko z boku, żeby trafić w oczodół lub przynajmniej wrażliwą część pyska. Tym razem także chybił, ale tylko o włos. Klinga miecza zbroczyła się lepką, ciemną krwią wodnego węża.

Stwór wydał jękliwy, przeraźliwy syk, w którym zabrzmiały wreszcie nuty przestrachu. Poruszał się teraz sztywno, wolniej niż przedtem, niczym brzydka pacynka zrobiona ze zdechłego węgorza. Wciąż syczał i pluł smrodliwym oparem, ale jakoś bez przekonania.

– Oberwał! Porządnie oberwał! – krzyknął uradowany Daimon. – Mamy drania! Atakuj, Piołun! Niech zdycha!

Ktoś z tyłu krzyczał wysokim, ostrym, rozkazującym głosem, lecz w tej chwili Frey o to nie dbał. Rzucił się na potwora, zamachnął do śmiertelnego uderzenia mieczem, a wtedy, zupełnie niespodziewanie, zalała go fontanna mulistej, bagnistej wody. Lepkie, brudne drobiny natychmiast przylgnęły do twarzy i ubrania, oblepiły włosy, wdzierały się do oczu i ust. Piołun, wybity z rytmu, opadł ciężko na jedną z ochrowych wysepek, zapadając się niemal po kolana w błocie. Impet przymusowego lądowania wstrząsnął ciałem Abaddona. Wierzchowiec parasim potrząsał łbem i parskał wściekle, usiłując pozbyć się z nozdrzy paskudnego szlamu.

A żmij, korzystając z nagłego zamieszania, zniknął pod wodą. Umknął w głąb bagien tak samo cicho i podstępnie, jak się pojawił. Tafla znów wydawała się lustrzana, nieporuszona, jakby ohydny wodny wąż był tylko koszmarną zjawą.

– Co jest?! – wrzasnął Daimon, starając się strząsnąć z oczu lepką, ohydną maź. – Ten plugawy stwór rzygnął w nas błotem jak kałamarnica atramentem?

 Obawiam się, że ktoś tu raczej rzygał magią, Niszczycielu – warknął Piołun głosem zdławionym od gniewu. – Patrz tylko!

Frey spojrzał za siebie i ujrzał kołyszący się na wodzie rydwan o połamanych burtach, na którym stał Nesanel z dłońmi uniesionymi w geście oracji, wypowiadając właśnie ostatnie słowa skomplikowanej magicznej inwokacji.

Abaddon poczuł, jak ogarnia go rwąca, gorzka fala złości. Nie musiał nic mówić, rumak parasim sam przyskoczył do czarownika, niemal spychając go piersią do wody.

– Oszalałeś, dziadu?! – Daimon pozwolił, żeby jego wściekłość przelała się w słowa. – Chciałeś nas zabić czy jak?

Nesanel trząsł się trochę, przytłoczony dzikim, czarnym niczym bezgwiezdna noc spojrzeniem Anioła Zagłady, ale dzielnie wysunął podbródek.

– Nie, to jego nie wolno zabić! To bezcenny okaz! Bezcenny! Viperus nereus negrus! Nie ma już takich wielu na świecie. Nie mogłem dopuścić, żebyś go zgładził.

– Za jaką cenę, cholerny głupcze?! Naszego życia?! – Daimon nie chciał i nie potrafił się opanować. Wściekłość niosła go niczym zimny prąd morski. – Twój paskudny, żarłoczny, przerośnięty węgorz ma być ważniejszy niż my?!

– Przecież obaj jesteście cali i zdrowi! – zaprotestował mag.

Abaddon wskazał ręką na szczątki rozbitych rydwanów i plamy krwi, które już rozlewały się po bagnie jak wstęgi nagrobnych wieńców.

– Ale oni nie! Tu przed chwilą zginęło dwóch tragarzy i woźnica! Dla ciebie to nie ma znaczenia, bo nie byli skrzydlatymi, stetryczały, skostniały dupku, który myślisz, że jesteś lepszy od innych tylko dlatego, że całe zasrane życie szlifujesz wysadzane klejnotami bruki Królestwa?!

Nesanel zmieszał się wyraźnie.

– Wcale nie, ja tylko próbowałem chronić przedstawiciela wymierającego gatunku...

– Znaczy tego czarniawego śledzia z wielką mordą, który tylko czekał, żebyś został jego kolejną przekąską? No to gratuluję rozumu – warknął Frey.

– To nie jakiś śledź, ale Starzec Morski – rozległ się gniewny głos Seredy. – Pod żadnym pozorem nie powinieneś go atakować!

Świetlista, z rozwianymi włosami i surową twarzą, wyglądała jak galion bojowego okrętu. Przypłynęła na dygoczącym ze strachu, nerwowym hippokampie, co chwila bijącym o wodę rybim ogonem i przewracającym oczami w napadach paniki. Przewodnik, młody tryton, cały siny z przerażenia, z najwyższym trudem zmuszał go do posłuszeństwa. Na trzecim siedzisku siodła kulił się pobladły Sigil.

– Niechby się nazywał i Dziadzio Mokra Dupa! – rozeźlił się Daimon. – Zabijał naszych ludzi! Musiałem zareagować!

Wydęła wargi.

– No pewnie! Trzeba było go po prostu odstraszyć. Ale nie! Najłatwiej wrzasnąć „hurra!” i rzucać się z mieczem na każdą istotę, która wydaje się obca i groźna.

– Wydaje się? – zdumiał się Abaddon. – Ale nie jest, co? Oślizły, agresywny robal z mordą wielką jak koparka, który właśnie pożarł trzy osoby i nawet się nie oblizał, tylko wydaje się groźny? Co to za szopkę przede mną odstawiasz, pani? Zeżarł dwóch tragarzy! Podróżowali z tobą od lat. Co powiesz ich rodzinom? Wybaczcie, ale wasi mężowie i ojcowie właśnie nadziali się na bezcenny okaz, który przerobił ich na mielonkę? Ale nie martwcie się, dzięki temu powstanie śliczny obrazek w mojej następnej książce. Przyślę wam gratisowy egzemplarz z autografem, żebyście mogli zobaczyć, jak tatuś malowniczo wystaje spomiędzy zębów ginącego gatunku. A ten tryton? To był młody chłopak, miał przed sobą wiele lat i wiele planów. Uważasz, że marzeniem jego życia było zostać obiadem cuchnącego bagiennego śledzia?

Twarz Seredy ściągnęła się, oczy zabłysły gniewnie. Przypominały dwa serpentynity, w których wnętrzu ktoś rozniecił płomień.

– Nie próbuj nawet wypowiadać się na tematy, które są ci zupełnie obce, panie! Chcesz mi wmówić, że znasz się na trytonach? Nic o nich nie wiesz! Nie masz pojęcia o obyczajach i tradycjach istot, które mieszkają tu od wieków! Starzec Morski... on był starożytny. Istniał od zawsze. To Bagna Błękitu, serce Trytonii i jego niepodzielne królestwo. Był wpisany w historię i cywilizację tej ziemi! Był ich...

– Bogiem? – przerwał ostro Daimon, któremu flaki się przewracały od słuchania podobnych kocopałów. – Nie zapominasz się aby, pani? Czyżbyś nie wiedziała, że tę funkcję zawsze i wszędzie, w Królestwie, Głębi, na Ziemi, w każdym zakątku Kosmosu oraz poza nim, pełni wyłącznie Jasność? To dotyczy także Stref Poza Czasem. A może twoim zdaniem obowiązują od tej reguły jakieś specjalne wyjątki?

Nie miała zamiaru ustąpić. Trzymała się prosto na siodle, wyniosła i oschła.

– Przodkiem – warknęła. – To chciałam powiedzieć, zanim mi nieuprzejmie przerwałeś. Był ich przodkiem.

Daimon przypomniał sobie różnych przodków. Pomyślał o przedwiecznych Bestiach, eonach i starej arystokracji piekielnej. Przez chwilę, niczym upiór, mignęło mu przed oczami blade, wykrzywione nienawiścią oblicze Jaldabaota. I pusta, piękna maska, jaką była twarz Pistis Sophii. Oraz przepełnione szaleństwem, owadzie ślepia Serafiela. O tak, wszyscy szacowni antenaci skrzydlatych byli z gruntu źli, obłąkani albo przeżarci pustą pychą. Dlatego roześmiał się ostro, szyderczo.

– Oczywiście, pani. Przodkowie rządzą. Wszędzie tam, gdzie panują skostniałe, starcze obyczaje, trujące niczym wielowiekowa konserwa. Szczerze mówiąc, wszystko mi jedno, czy ten glutowaty czarny łosoś był czyimś dziadziusiem, czy wujkiem. Pozostawał przy tym potworem, a zabijanie potworów to akurat moje zadanie.

Sereda prychnęła ze złością niczym rozdrażniona kotka.

– Za to moim jest prowadzenie wyprawy badawczej, a nie objazdowej rzeźni. Nie mam czasu na jałowe sprzeczki. Muszę posprzątać powstały bałagan. A ty pamiętaj, proszę, żebyś następnym razem nie atakował nikogo i niczego bez mojego wyraźnego rozkazu.

Fosforyczne źrenice Freya rozbłysły zimną, elektryczną zielenią. Pochylił się ku Seredzie, wciąż dzierżąc miecz w dłoni. Wyglądał teraz jak demon z ostatniego kręgu Głębi.

– Nie masz najmniejszego prawa mi rozkazywać, pani. Ale od tej chwili możesz żywić całkowitą pewność, że i tak nigdy żadnego rozkazu nie usłucham. Aha, jeszcze drobna rada na koniec. Nie igraj z ogniem, którego nie umiesz okiełznać, bo wtedy bardzo łatwo spłonąć.

Uśmiechnęła się krzywo.

– Jestem zrobiona z niepalnego materiału, panie. Gdyby tak nie było, już dawno spaliliby mnie Świetliści mężowie z Królestwa.

– Zapewne jako czarownicę – warknął Abaddon i spiął Piołuna do skoku.

Po kłótni czuł tylko niesmak i znużenie, palił go skaleczony kłem żmija bark, Bagna Błękitu wydawały się parszywe i przygnębiające w swej monotonii. Pragnął jedynie jak najszybciej je opuścić i znów stanąć na stałym lądzie. Podróż przez Trytonię jawiła mu się jako pasmo niekończących się smutków i problemów. Westchnął, bo nic nie wskazywało, że potem będzie lepiej. Lepiej miało już chyba nigdy nie nadejść.

W tej chwili szczerze żałował, że przyjął propozycję Razjela i Gabriela. Powinien obu nakopać do ich dostojnych dup i zająć się własnymi sprawami.

Stosunkowo szybko dotarł do krańca mokradeł, a potem wraz z Piołunem do zmierzchu czekali na przybycie pozostałych członków ekspedycji.

Po opuszczeniu Bagien Błękitu rozbili obóz niedaleko traktu, na rozległej łące na skraju lasu, gdzie podróżniczka i kartograf zwykli się zatrzymywać podczas ekspedycji do Maru. Teren był suchy, choć dobrze zaopatrzony w wodę, bo nieopodal jak srebrny wąż wił się czysty, bystry strumień. Pas zalesienia, ciemny, zbity niczym filc, nie przypominał puszcz znanych z Królestwa. Stanowił raczej jednolitą ścianę nieprzejednanej, dzikiej dżungli i wydawał się wrogi, wręcz okrutny z samej swej natury. Drzewa, stojące w zwartym szyku, miały liście szerokie i okrągłe niczym tarcze lub wąskie, ostre jak miecze. Krzaki potrząsały buńczucznie gałęziami, pokrytymi szalonym kłębowiskiem kolców, długich i ostrych niby zęby drapieżcy. Barwne kwiaty pachniały odurzająco, za słodko i za mdło, tak jak mogłaby pachnieć trucizna. Przypominały cukierki wypełnione jadem. Macki lian chciwie czepiały się pni i konarów. Pod szczelnym dachem z liści zalegał wieczny cień, w sercu dżungli zaś tysiącem obcych oddechów i szeptów dyszał wilgotny, zielony mrok.

I właśnie z tej srogiej ciemności wyłonili się strażnicy wyprawy, tak oczekiwani przez Seredę Marutowie.

Szli wyprostowani, dumni, wysocy, wzrostem niemal dorównujący skrzydlatym. Ich złote hełmy i napierśniki błyszczały jak okruchy słońca. Za pasami nosili słynne topory bojowe, którymi rozbijali chmury, tak jakby to były skały, żeby uwolnić deszcz.

Urodzeni wojownicy i najlepsi najemnicy w Meru. Synowie wiatru i burzy, potomkowie boskiego Rudry i niebiańskiej krowy Priszni. Wierni słudzy i oddani przyjaciele Świetlistej badaczki.

Jej osobista gwardia przyboczna.

Nie można powiedzieć, żeby Daimon bardzo się ucieszył na ich widok. Słyszał wiele o ich dzikiej i niezależnej naturze. Marutowie łatwo wpadali w gniew, uważali się za prawdziwych półbogów, mieli bardzo wysokie mniemanie o własnym pochodzeniu oraz umiejętnościach, gardzili przedstawicielami innych ludów i byli tak drażliwi i butni, że ocierali się o pychę.

Z drugiej jednak strony dwudziestu siedmiu doborowych wojowników mogło bardzo się przydać wyprawie.

Jeśli tylko daliby się karnie poprowadzić. Ale już od samego początku nic na to nie wskazywało.

Marutowie szli przez obóz niczym fala przyboju, roztrącając wszystko i wszystkich po drodze.

– Stać i zameldować się! – krzyknął Aluasz, dowódca weteranów z Królestwa, przydzielonych przez Gabriela do ochrony wyprawy.

Synowie burzy nie zaszczycili go nawet spojrzeniem. Dalej parli naprzód, do serca obozu.

Dwudziestu pięciu skrzydlatych żołnierzy natychmiast chwyciło za broń i ruszyło, żeby zastąpić intruzom drogę.

Daimon uniósł uspokajająco dłoń.

– Nie! Poczekajcie. Pozwólcie im przejść.

Niechętnie, mrucząc pod nosem przekleństwa i wyzwiska, weterani cofnęli się. Twarze mieli blade lub zaczerwienione z gniewu, rysy ściągnięte. Między nimi a Marutami kwiat przyjaźni chyba nigdy nie miał już rozkwitnąć. Zwiądł smętnie, zanim zdążył uformować się w pąk.

Tymczasem z namiotu wyszła Sereda. Minę miała posępną, czoło zachmurzone. Lecz na widok wiernych synów Rudry rozpromieniła się niczym słońce w południe. Wydała radosny okrzyk i pomachała im. Frey pośpieszył ku niej i dyskretnie stanął u jej boku.

Przywódca Marutów przyśpieszył kroku i niemal biegiem przyskoczył ku ukochanej pani. Na jego smagłym, twardym obliczu malowały się wielka radość i wzruszenie. Abaddon wiedział tylko, że nazywał się Matariśwan i uchodził za niezwykle odważnego wojownika.

Wpatrywał się w Seredę jak w widmo wiecznego szczęścia, nie zwracając najmniejszej uwagi na towarzyszącego jej anioła. Zbliżywszy się, natychmiast padł na kolana.

– Maharani! – wyszeptał tylko głosem ochrypłym od emocji. – Maharani... – Wydawało się, że obraca w ustach to słowo, jakby smakowało jak słód, jak ocet, jak bardzo, bardzo cierpkie lekarstwo.

Pochylił kornie głowę i trwał tak bez ruchu, jakby czekał albo na egzekucję, albo na wniebowzięcie.

Ten dupek wielbi ją niczym boginię, zrozumiał natychmiast Daimon. Następny nawiedzony szaleniec po moim durnym przyjacielu Razjelu. Co oni widzą w tej jędzy, na Jasność?

Sereda skrzywiła się z niesmakiem.

– Och, Mata! Wstańże, proszę! Przecież wiesz, że nie znoszę tego ceremonialnego cyrku. Tak się cieszyłam na wasz widok, a ty wszystko wywracasz do góry nogami!

Matariśwan natychmiast usłuchał rozkazu. Wyglądał na zdruzgotanego. Jakby zwaliło się na niego siedem niebios Pitriloki. I szanowna mamusia, niebiańska krowa, na dodatek.

– Wybacz, pani! Serce nie usłuchało rozumu. Powinienem się lepiej pilnować, ale radość spowodowana ujrzeniem cię po tak długim czasie zamąciła mi umysł. Mogłem tylko paść na kolana!

W jego włosach, długich, kręconych, czarnych jak burza, wiły się grube srebrne pasma. Lecz nie była to siwizna, tylko znamię błyskawicy. Oczy miał ciemne, gniewne niczym zwiastun nawałnicy, płonęły w nich złote iskry zarzewia. Cerę ciemną, smagłą, brązową jak polerowane drewno. Nos wąski, usta wydatne, lecz skore do zaciskania się w gniewny łuk. Dziwne wrażenie robiły ostre jak u zwierzęcia, żelazne zęby, osobliwa cecha wszystkich Marutów. Gdy się uśmiechał, Matariśwan wyglądał, jakby dławił się taśmą ładowniczą, którą próbował połknąć.

Stał przed Świetlistą, dumny, barczysty, smukły, a potężna fala uczucia biła od niego jak poświata od gwiazdy. Nie widział nikogo prócz niej, tylko jej ofiarował swoją służbę i jedynie jej rozkazów zamierzał słuchać. Dla niego cały świat mógłby przestać istnieć, gdyby pozostała tylko Sereda, uwielbiana, jedyna, płonąca niczym łaska Jasności.

Czy ona tego nie dostrzega, czy tylko ignoruje? – zastanowił się zaskoczony Daimon.

– Pani, nawet nie wiesz, jakim szczęściem i ulgą jest znów oddać się pod twoje światłe przywództwo – oznajmił syn Rudry, znów nisko się skłaniając.

Świetlista przecząco potrząsnęła głową.

– Tym razem zgodnie z wolą regenta Królestwa to nie ja dowodzę wyprawą, mój drogi. Matariśwan, oto nominowany dowódca naszej ekspedycji – oznajmiła, wskazując Freya.

Oderwany od adoracji swojej prywatnej świętej, Maruta zerknął na anioła z niechętnym zdumieniem. Oczywiście, nie zamierzał się z nim liczyć, lecz sam fakt, że ktoś ośmielił się podważać przywództwo jego pani, lżył syna Rudry i wytrącał z równowagi.

– Skrzydlaty – przywitał się obojętnie, z nutą niejakiej pogardy w głosie.

Copyright © by Jarosław Grzędowicz
Copyright © by
Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2017

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-266-3

Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania
Eryk Górski
Robert Łakuta

Projekt okładki
Szymon Wójciak

Ilustracja na okładce
Piotr Cieśliński

Ilustracje
Vladimir Nenov

Korekta
Agnieszka Pawlikowska, Magdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej
pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa


Zamówienia hurtowe
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j.
05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91
tel./faks: 22 721 30 00
www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl


Wydawnictwo
Fabryka Słów sp. z o.o.
20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a
tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91
www.fabrykaslow.com.pl
e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
www.facebook.com/fabryka
instagram.com/fabrykaslow/

Spis treści
Karta tytułowa
Lista zaginionych
Azyl dla starych pilotów
Ruleta
Twierdza Trzech Studni
Śmierć szczurołapa
Przespać piekło
Dom na Krawędzi Światła
Enter i jesteś martwy
Rozkaz kochać!
Chwila przed deszczem
Posłowie
Jarosław Grzędowicz
Książki Jarosława Grzędowicza
Maja Lidia Kossakowska – Bramy Światłości
Karta redakcyjna
Okładka

 

Dom na Krawędzi Światła

Najpierw go wyczułem. Jako tępy ból w tyle głowy, pulsujący gdzieś pod potylicą. Skoncentrowałem się i ból odszedł, a wtedy odebrałem go naprawdę.

Całe spektrum: rozpacz, poczucie krzywdy, żal, zmęczenie i przede wszystkim strach. Całe morze przeraźliwego lęku.

Odrzuciłem głowę do tyłu i zamknąłem oczy, żeby zobaczyć. Wolę widzieć.

I zobaczyłem go. Szedł, potykając się, połykając łzy, przerażony, na mdlejących nogach. Szedł przez pustkowie nakryte czarnym niebem, wśród gorących bazaltowych skał, okruchów pumeksu i gorących źródeł bulgocących cuchnącymi oparami.

Szedł Autostradą Styksu – Drogą w Jedną Stronę. Szedł sam. Każdy idzie sam i nie dostrzega nikogo innego. Nie wiem, jak to się dzieje, bo przecież idą ich tysiące w każdej chwili, a jednak każdy idzie sam.

Może każdy ma własną Autostradę, a w rzeczywistości wszyscy podążają jedną i tą samą. Tą, która prowadzi tędy. Nie próbuję tego zrozumieć.

Ja też szedłem sam – tak jak on. Dawno, bardzo dawno temu. Może dziesiątki lat, może setki, może tysiące lat temu. To nic nie znaczy. „Rok” to puste słowo. Dawno. Kiedyś.

Też byłem sam. Szedłem Drogą i pamiętam jej gorącą, gładką nawierzchnię, palącą w podeszwy. Też byłem przerażony.

Autostrada przepalała mnie na wylot, ale nie mogłem z niej zejść, bo pustkowie pokryte ostrym jak szkło, gorącym bazaltowym tłuczniem było jeszcze gorsze. Wrzało i płonęło.

Mogłem zawrócić i iść w przeciwną stronę, ale to nie miało najmniejszego znaczenia, bo to była Autostrada Styksu. Droga w Jedną Stronę.

Próbowałem różnych rzeczy.

Próbowałem chodzić w kółko albo na przełaj. W przód, do tyłu. Wtedy zaczęła się zwężać. Ale gdyby tak nie było, to i tak wszystkie próby mogłyby okazać się daremne.

Nie próbowałem uciekać – przynajmniej tyle rozumiałem i na tym polegała moja przewaga. Chciałem się zatrzymać.

Śmieszne. Zatrzymać się na Autostradzie Styksu. Na Drodze w Jedną Stronę. Nie miałem żadnych szans. Żadnej nadziei.

Udało mi się. Zobaczyłem Dom na Krawędzi Światła. Na krawędzi mojego światła. Było jeszcze dosyć silne, dlatego wypatrzyłem dom. Był pusty. Wtedy myślałem, że nie jestem pierwszy, tylko że poprzedni Pan Domu odszedł. Teraz sądzę, że to ja go stworzyłem. Ponieważ ja nie chciałem stąd uciec. Wiedziałem, że nie mam dokąd. Chciałem mieć Dom na Krawędzi Światła. I mam go.

Otworzyłem oczy i wstałem. Wyszedłem na szczyt Czatowni, chciałem to widzieć. Lodowaty wiatr szarpnął moim kapturem i łopotał połami płaszcza.

Światło tamtego było bladożółte, z białymi pobłyskami, ale jeszcze dosyć silne. Rzucało wokół jego nóg wyraźny okrąg, ale zaczynało już pełzać. Migotało jak kaganek na wietrze. Ostatnie chwile. Przyjrzałem się uważnie, bo wydało mi się, że dostrzegam zieleń. Była. Lekkie, zielonkawe iskierki, pryskające przez jego światło od czasu do czasu. To dawało mu jakąś szansę. Zieleń to oczywiście nadzieja.

Sprawiłem, by na dole, w Sali Spokoju, zapłonęły wszystkie świece. By zapłonął ogień na kominku. Dużo własnego lśnienia posłałem tam, na dół, aby były świece i ogień na palenisku, by stało się jasno i dobrze. Potem otworzyłem drzwi. Oba skrzydła na oścież, żeby rzucić blask aż na nawierzchnię Drogi.

Bardzo chciałem mu pomóc, ale nie mogłem. Wszystko zależało od tego, czy ma dość własnego światła, by dostrzec Dom na jego krawędzi, i czy wystarczy mu tych zielonych iskierek, by do niego dojść.

Lux zaskomlał, merdając ogonem, i ziewnął ze zdenerwowania.

– Idź na dół, jeżeli chcesz – powiedziałem. – To i tak nic nie zmieni.

Szczeknął nerwowo i pobiegł, stukając pazurami na schodach.

Czekałem. Właściwie zawsze czekam, więc nie odczuwałem już niecierpliwości, tylko nadzieję. Patrzyłem, jak idzie, potykając się ze zmęczenia, a potem stanął. Ucieszyłem się, bo wiedziałem, ile bólu musi go to kosztować. A potem jego emanacja zapłonęła snopem zielonych iskier, zmieszanych z żółtymi płomieniami strachu. Skręcił z drogi i ruszył przez płonącą pustynię, wśród ostrych jak brzytwy skał. Zobaczył Dom. Czekałem.

Czekałem, nawet kiedy usłyszałem kroki na posadzce Sali Spokoju. Wiedziałem, że zwali się na fotel, niepomny na nic, prócz ulgi w poparzonych nogach, w dygocących z wysiłku mięśniach, prócz słabej nadziei. Dałem mu trochę czasu.

Tu też jest czas. Jest przedtem i potem, jest następstwo zdarzeń. Tylko nie można tego mierzyć. Zegar, który kiedyś stworzyłem, stoi teraz, ale dawno temu działał, tylko że pokazywał cyfry pozbawione znaczenia. Płoną świece, ale przecież nie są prawdziwe. To są moje świece, więc płoną, płacząc kroplami wosku, ale nie zmieniają długości. Tutaj rzeczy mają początek, ale nie mają końca. Tutaj jest trwanie.

Siedziałem przy stole i liniowałem rylcem kartę pergaminu. Powoli, dokładnie i starannie. Trzydzieści jeden linii, każda w odległości od sąsiedniej na szerokość palca wskazującego.

Pozwalałem mu odpoczywać i rozkoszować się ulgą. Potem przyjdzie czas na rozmowy i na pytania, na które nie ma odpowiedzi.

Ja miałem czas, i nie przypuszczałem też, by mój gość się gdzieś spieszył.

Poliniowałem kartę z obu stron i uznałem, że to wystarczy. Sprawiłem, by światła zapłonęły na schodach, bo nie chciałem zaplątać się po ciemku w płaszcz i stoczyć pod nogi przybysza. Zszedłem powoli i cicho, a potem pchnąłem drzwi do Sali Spokoju.

Przestraszył się oczywiście, ale mniej, niż gdybym wszedł od razu.

Patrzyliśmy na siebie. Pamiętałem, żeby zrzucić kaptur i pokazać mu od razu swoją zwyczajną twarz. Gdyby zniknęła gdzieś w cieniu, byłby przerażony. Tak jak ja na jego miejscu.

– Witaj – powiedziałem – jesteś w Domu na Krawędzi Światła.

Oddali mu ciało, ale na litość, w jakim stanie. Wychudzone, chore i nieszczęsne. Suche, pomarszczone ręce dygotały mu, nawet kiedy splótł palce. Ze strachu albo ze zmęczenia, albo z obydwu powodów. Z trudem podniósł na mnie wilgotny, przerażony wzrok.

– Kim jesteś? – Głos drżał tak samo jak jego ciało.

– Jestem człowiekiem – powiedziałem łagodnie. Nie uwierzył mi. – Jestem też panem tego Domu. Jestem przeklęty tak jak ty, ale nie poszedłem do końca Drogi. Sprzeciwiłem się i zostałem w połowie.

Napełniłem kubek, ten, który zdobiłem w goniące się gazele i liście akantu, i podałem mu.

– Napij się wody – powiedziałem – jest chłodna.

Wypił chciwie, a potem oparł czoło na stole i zaczął płakać.

– Dlaczego... – zaszlochał. – Dlaczego muszę tu być?

To jest właśnie jedno z tych pytań. Wszyscy je zadają. Ja również. Tylko że nie ma na nie odpowiedzi.

– Sam powinieneś wiedzieć – powiedziałem bardzo łagodnie.

– Ale ja żałuję – jęknął – żałuję wszystkiego, ale nie wiem, co było naprawdę złe. Nigdy nie miałem wyboru. Jeśli byłem słaby, to przecież nie moja wina... to znaczy moja, ale co mogłem zrobić... a teraz wieczność... czy nie ma nadziei?

Nie wiem. Pozwoliłem mu płakać. Nalałem jeszcze wody. Położyłem rękę na ramieniu. Wypił, dzwoniąc zębami o metal kubka, a potem zaczął się spowiadać.

Żył w jakimś złym miejscu i złym czasie. Krzywdził ludzi, żeby przeżyć, ale nie zabił nikogo. Nie mógł inaczej, próbował poprawiać swój los, ale mógł to robić tylko kosztem innych.

Całe życie szkodził i sam był nieszczęśliwy, i tak już pozostanie. Banalna historia. Było mi go żal. Było mi żal też tamtych ludzi, bo dla nich to też już straciło znaczenie albo wkrótce straci.

Wielu z nich też wędruje Autostradą Styksu, a większość nie wie dlaczego. Zagubieni i nieszczęśliwi. Kaci i ofiary.

– Nie jestem spowiednikiem – odezwałem się. – Nie musisz niczego mówić. To i tak niczego nie zmieni. Po prostu tak jest, sam nie wiem dlaczego.

– A ty... dlaczego tu jesteś? – zapytał nieśmiało.

– Zabiłem kogoś... walczył ze mną, a ja i tak go zabiłem, a potem nie żałowałem tego zbytnio. Uważałem, że zasłużył na śmierć. Spałem też z kobietami, ale do dziś nie wiem, co miałoby być w tym złego. Chyba żadnej nie skrzywdziłem świadomie. Skrzywdziłem też kogoś, kto usiłował mnie skrzywdzić. Nie byłem święty i nie byłem gorszy od innych. Nie wiem, co było przyczyną. Może coś, o czym nie wiem, a może właśnie to, że nie wiem. Pamiętam, że chciałem być dobrym człowiekiem, ale najwyraźniej mi się nie udało. Zresztą to było tak dawno i trwało tak krótko... Dokładnie już nie pamiętam. Jestem tu o wiele dłużej, niż byłem tam. O wiele, wiele dłużej.

– A czy wierzyłeś... – zaciął się i ścisnęło mu krtań, próbował przez chwilę z tym walczyć.

– Nie uda ci się tego powiedzieć – powiedziałem. – Tak już tu jest. Nie uda ci się także modlić. Możesz powiedzieć „Światło”.

– Światło?

– Tak. Jakoś sobie trzeba radzić. A ja... cóż. Wierzyłem w... Światło, ale nie byłem religijny. Zawsze stałem jakoś na pograniczu. Może dlatego tu jestem. Też na pograniczu, na krawędzi światła. Tym razem światła, nie Światła.

– Jak to możliwe, że nie poszedłeś dalej?

– Nie wiem dokładnie. Każdy człowiek ma swoją jasność. Kiedy idziesz Autostradą Styksu, ona gdzieś zmienia się, słabnie, ale dopóki jeszcze jest, możesz stawiać opór. Dlatego istnieje Droga.

– Nic nie widzę – rzekł bezradnie.

– Widzisz. Ten dom to moje światło. Tu się mogę bronić.

– Bronić?! Przed potęgą? To śmieszne.

– Dlaczego? Ten tutaj nie jest wszechmogący, tylko mu się tak wydaje. Popełnia błędy, ma swoje słabe strony. Moim zdaniem jest trochę nienormalny. Jego też mi żal.

– Jak możesz! – przeraził się. – Jeżeli go rozwścieczysz...

– Ależ jest wściekły. To jego normalny stan. I stale próbuje zgasić moje światło. Także w tej chwili.

Siedzieliśmy w milczeniu. Lux podrapał się hałaśliwie i ziewnął.

– On jest częścią domu?

– Nie. On jest żywy. Nie mogę stworzyć niczego żywego. Ja w ogóle przecież nic nie stwarzam. To tylko moje światło. Mogę mieć skórę, stopić wosk czy spalić drewno, ale to przecież iluzja. Nie mogę stworzyć zwierzęcia ani rośliny. Lux jest człowiekiem. Jedynym, który zdecydował się zostać. Jedynym, który zdobył się na odwagę. Pewnego dnia zaczął się zmieniać. Stał się psem. Nie wiem dlaczego. On też nie wiedział.

– To straszne.

– Tu wszystko jest straszne. Pamiętaj, gdzie jesteś.

– Czy jeśli ja zostanę...

– Nie wiem. Przecież nie wiem nawet, jak długo sam wytrzymam ten prywatny Armagedon. W każdym razie masz wolny wybór, możesz zaryzykować albo wstąpić na Autostradę Styksu. Zapewniam cię, że na jej końcu znajdziesz się w znacznie gorszym położeniu niż Lux tutaj.

– Skąd wiesz? – zapytał zaczepnie. – Przecież nie doszedłeś do końca?

– Czy na pewno wiesz, gdzie jesteś?

– W połowie drogi – wycedził.

Lux wstał, parsknął i otrzepał się. Traktował to jako oznakę zniecierpliwienia i politowania. Przybysz oklapł nagle i znów zaczął się bać. Wstałem.

– Przemyśl to i odpocznij – rzekłem. – Do niczego cię nie zmuszam. Sądzę tylko, że razem będziemy silniejsi. Możemy połączyć nasze światła.

Kiedy to powiedziałem, poczułem jednocześnie, że nic z niego nie będzie. Nie sprzeciwił się nigdy za życia, więc dlaczego miałby to zrobić teraz? Odejdzie... a być może moje światło słabnie? A gdyby spróbować wypić jego emanację? Jemu już nic nie pomoże, a ja bym się wzmocnił.

Podłe, oczywiście, ale kogo to może obchodzić, skoro jestem tutaj? Przecież nie tego, który mnie przeklął.

To była nowa myśl, a przy tym dość mi obca. Przynajmniej jak dotąd. Ściany jakoś przyblakły i stały się przeźroczyste, a blask świec przygasł. Zrobiło się zimno. Lux zaskomlił ostrzegawczo.

– Wiem, przyjacielu – uśmiechnąłem się do niego, a pod nosem mruknąłem: – Ten pomysł nosi twoje znaki firmowe, Koziogłowy. Każ się wypchać. To było kiepskie otwarcie.

Głośno zwróciłem się do przybysza:

– Tam, za kotarą, znajdziesz pokoje. Połóż się, odpocznij i przemyśl wszystko. Zdecydujesz się, kiedy będziesz chciał. Możesz też wziąć kąpiel. Mamy tu gorące źródła.

Ruszyłem po schodach na górę, żeby szkicować inicjał. Będzie piękny, zdobiony celtyckim motywem oplotowym i ornamentem roślinnym.

Na litość, jak chciałbym zobaczyć jakąś roślinę.

Na schodach ciosany kamień był znowu kamieniem, a kaganki wiszące co pięć stopni dawały równe, jasne światło.

Szkicowałem inicjał. To było N. Zaznaczone delikatnymi rysami rylca. Cienkie linie pionowe i mocne, skośne pociągnięcie, które będzie podstawą ornamentu.

Potem odpoczywałem, rozmyślałem, potem znowu rysowałem.

Rozmawiałem z Luxem. Patrzyłem na Autostradę. Odpierałem ataki.

W końcu zszedłem w dół.

Nie zdecydował się, ale przynajmniej zwlekał, a to już był dobry znak. Próbował się nawet uśmiechać, ale mu nie wychodziło. Usiłował naprawić zbutwiałe pogrzebowe łachmany, więc poradziłem mu, żeby posłużył się światłem. Nie udało mu się.

Przez jakiś czas trwaliśmy razem. Rozmawialiśmy, graliśmy w szachy. Grał jeszcze gorzej ode mnie.

A potem minął mu strach i przybysz zaczął się nudzić. Bałem się o niego.

Byłem na dole, kiedy to się stało, ale i tak wyczułem, że dzieje się coś złego. Stał na szczycie Czatowni i przyzywał mnie.

Pobiegłem na górę, przeskakując stopnie. Stał tam z rozpromienioną twarzą, a lodowaty wiatr rozwiewał mu włosy.

– Patrz! – krzyknął. – Patrz na drogę!

Autostrada Styksu zmieniła się. Nadal ciągnęła się przez przeraźliwe pustkowie, ale teraz była oświetlona przytulnymi latarniami, jak jakaś nadmorska promenada. Na horyzoncie świeciło miasto. Tysiące ciepłych, złotych punkcików, jak stado robaczków świętojańskich. I neony. Wielobarwne, pulsujące i piękne. Kiedy patrzyłem uważniej, obraz przybliżał się, jak w obiektywie, i widziałem oświetlone dzielnice willowe, knajpy, bary, światło, ciepło i życie. Tysiące ludzików śmiało się, piło piwo, jadło coś, tańczyło i kochało się na estradach tanecznych, w oświetlonych ogródkach i knajpkach. Prześliczne, zgrabne dziewczątka tańczyły nago w pulsujących tęczowych światłach i skakały z estrad prosto w ramiona każdego, kto tylko dał znak.

Mój towarzysz był urzeczony.

– Daj spokój – powiedziałem. – Przecież to miraż.

Spojrzał tak, jakbym go opluł.

– O czym ty mówisz?!

– O tym, co widzisz. To miraż. Propaganda. Tani pic.

– Bzdura. Co, z mojego powodu zrobili to wszystko?

– Chociażby.

– A skąd wiesz? Byłeś tam?

Nic nie odpowiedziałem. Nie, nie byłem. Natomiast wiem, gdzie jestem. Patrzył na mnie z pogardą. Tu, na szczycie baszty, mogłem widzieć jego słabą emanację. Była prawie całkiem zielona.

– Jesteś tchórzem – wycedził. – Ta droga to próba. Możesz sobie wsadzić w tyłek tę swoją ponurą dziurę i to swoje zasrane światło. Idę. Jeżeli jesteś mężczyzną, to też pójdziesz.

Odwrócił się i zszedł po schodach. Poszedłem za nim. Lux usiadł przed drzwiami i zjeżył grzbiet.

– Won, kundlu! – warknął gość.

– Puść go, Lux – powiedziałem cicho. – On wybrał.

Wilczur wstał z podkulonym smutno ogonem i odszedł na bok.

– Nie rób tego – poprosiłem – tam nie ma miasta.

– Chcesz mieć drugiego psa, co? – syknął.

Omal go nie uderzyłem. Naprawdę, bardzo chciałem i wiele mnie to kosztowało.

– Coś ci powiem – wycedziłem łamiącym się z wściekłości głosem. – Lux jest psem, ale kiedy był człowiekiem, był... była kobietą. To moja żona.

– Otwieraj drzwi! – warknął z pogardą. Otworzyłem mu drzwi i poszedł w mrok do swojego miasta. Pewnie nawet będzie je widział przez jakiś czas.

Ciężkie skrzydła zamknęły się i zrobiło się bardzo cicho. Lux uniósł łeb i zawył przeraźliwie.

– Nawet nie wiem, jak miał na imię – powiedziałem głucho. – Nie wiem, dlaczego nie zapytałem. Ale nie był zły. Był naiwny. Nie zasługiwał na to. Nikt nie zasługuje.

Samotne trwanie popłynęło swoim torem. Myślałem. Rozmawiałem z Luxem, czytałem, skończyłem szkicować N i przygotowałem pióra do narysowania konturu.

A potem przyszli sprawdzić, czy porażka mnie nie rozmiękczyła. Widziałem ze szczytu baszty, jak stoją na krawędzi światła niczym czarne cienie wśród mroku i próbują muru. Był wciąż mocny.

Nawet sam książę się pojawił, a jakże. Na tym swoim wierzchowcu, przypominającym skrzyżowanie ogiera, barana i rozkładającego się trupa. Łopocąca purpura i trupie czachy. Taka faszystowsko-psychopatyczna estetyka. Bałem się oczywiście, ale jeszcze trwałem.

Upłynęło bardzo dużo czasu. Wciąż próbowali mnie zmiękczyć, a ja wciąż trwałem. Byłem znużony. Byłem zmęczony. Potrzebowałem kobiety. Tak bardzo, aż mnie wszystko bolało. Gdybym w ogóle nie miał ciała, byłoby znacznie łatwiej.

I przyszła kobieta. Naga, zgrabna, piękna, z płomiennymi włosami. Szła do Domu jak po drucie, mimo że wcale nie otworzyłem drzwi. Jej emanacja aż płonęła miłością i pożądaniem. Błagała pod drzwiami i zaklinała mnie. Kołysała się na klęczkach z jedną dłonią wciśniętą między długie uda, a drugą ugniatającą piersi. Gryzłem ręce i wyłem jak wilk, ale nie otworzyłem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.