Awantura w bajkach - Agnieszka Olejnik

Awantura w bajkach

0,0

Ten dzień zaczął się inaczej. Czerwonemu Kapturkowi zapodział się gdzieś kapturek, a Rybak wrócił z połowu bez Złotej Rybki. Jednak nie to było najgorsze – na spokojnej dotąd Wyspie Bajek pojawili się porywacze.

Słowem, szykuje się niezła awantura.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Tytuł

Rozdział 1

w którym wszystko jest na opak, wszyscy szukają, a nikt nie znajduje, krasnoludki ratują braciszka przed pożarciem, a parapety mają cynamonowy smak

Nad Wyspą Bajek właśnie zapadał wieczór. Baba Jaga wylazła z pieca i odetchnęła z ulgą.

– No, koniec na dziś – mruknęła, starannie wytrzepując spódnicę uczernioną od sadzy.

Potem wyjrzała przez okno i zawołała w stronę dwojga dzieci, które właśnie wchodziły do lasu:

– Małgosiu! Nie zapomnij na jutro tego przepisu od mamy.

Dziewczynka nazwana Małgosią pokiwała uspokajająco głową.

– Przypomnij mi rano, Jasiu – powiedziała do młodszego brata – że mam przynieść Babie Jadze przepis na wafle mamusi. Chyba będzie remont dachu.

Chłopiec z powagą kiwnął głową. Siostra wzięła go za rękę i dzieci poszły do domu.

Zapadła noc. Wszystko było tak, jak być powinno: wyprana spódnica Baby Jagi wisiała spokojnie na płocie, gwiazdy migotały wesoło na granatowym niebie, niemal wszyscy spali już smacznie w swoich łóżkach, dziuplach, norkach, jaskiniach i budach. Nikt – nawet Baba Jaga, choć była czarownicą – zupełnie nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że nazajutrz nic już nie będzie tak, jak być powinno.

Zaczęło się od tego, że Czerwonemu Kapturkowi zginął kapturek.

– Mamo, wyprałaś go? – pytała dziewczynka po raz nie wiadomo który. – Przypomnij sobie, może jednak wyprałaś i teraz wisi na stryszku.

– Szukałam. Nigdzie go nie ma – odpowiadała cierpliwie mama.

– No to jak mam iść do Babci? – rozpłakało się dziecko.

– Bez czapeczki.

– Nie pójdę! Co ze mnie za Kapturek bez kapturka! Nie pójdę i już!

– Nie płacz. Może zgubiłaś wczoraj w lesie… Najlepiej będzie, jeśli odwiedzisz ciocię Jagę i poprosisz, aby się trochę rozejrzała. Z góry na pewno go zobaczy.

Tak więc tego poniedziałkowego poranka wszystko było na opak. Zamiast do Babci dziewczynka pobiegła rano do Baby Jagi, która wcale się jej nie spodziewała. Poranki miała przecież wolne. Dopiero pod wieczór nadchodziły głodne dzieci – Jaś i Małgosia. Zjadały kawałek dachu i… cała historia toczyła się utartym torem. Wiadomo.

Tym razem jednak dziecko przyszło rano. W dodatku samo.

– Ha! – wrzasnęła na wszelki wypadek Baba Jaga. – Kto się zbliża do mojego zaczarowanego domu?! Zaraz cię złapię i zjem!

– Och, ciociu Jago, to ja, Czerwony Kapturek.

Baba Jaga przyjrzała się jej uważnie.

– Aaa… Rzeczywiście. Nie poznałam cię.

– Pewnie, że nie poznałaś, bo nie mam kapturka. Pomóż, ciociu Jago! Nie mogę go znaleźć. Nici z bajki. Jak mam iść do Babci?! Pomyśl tylko, Kapturek bez kapturka!

– To poważna sprawa – zatroskała się czarownica. – A nie zostawiłaś go wczoraj u Babci?

– Nieeee, wydaje mi się, że wieczorem jeszcze go miałam.

– W takim razie rzeczywiście trzeba będzie się rozejrzeć. Zaczekaj tu na mnie. Czuj się jak u siebie, skubnij sobie coś słodkiego.

I Baba Jaga wsiadła na miotłę, aby z góry popatrzeć na las. Zatoczyła jedno kółko, potem drugie. Zniżyła lot nad legowiskiem wilka i przyglądała się przez chwilę bałaganowi, jaki tam panował. Ujrzała mnóstwo butelek po napojach gazowanych, papierków po lodach i starych gazet. Ale z całą pewnością nie było tam czerwonej czapeczki.

Tymczasem dziewczynka siedziała smutna przed chatką z pierników i ciastek. Przez chwilę wpatrywała się ponuro w czubki włas­nych butów, potem jednak skierowała wzrok na dach domu.

– Ciekawe, czy te wafelki rzeczywiście są takie smaczne – szepnęła do siebie. – Jaś mówił, że dla czegoś takiego warto posiedzieć w klatce.

Podeszła i ostrożnie skubnęła kawałek. Pyszne! Ułamała więc jeszcze odrobinę, i jeszcze. Po prostu nie mogła się oprzeć.

W tym czasie, gdy nasza bohaterka siedziała na trawie, zajadając się waflami z dachu domu Baby Jagi, a sama Baba Jaga latała na miot­le nad lasem, przeglądając nawet najbardziej odludne zakamarki, w zupełnie innej części Wyspy Bajek jeden z siedmiu krasnoludków, zwany Śpioszkiem, wszedł do małego drewnianego domku. Śnieżka spała już tak długo, że nawet on – znany śpioch – zaczął się niepokoić. Nie obudziła się poprzedniego wieczoru, gdy zgodnie z rozkładem dnia siedmiu krasnali wróciło z pracy. Nakryta kołdrą aż po czubek głowy, nawet nie drgnęła, gdy wołali z udawanym oburzeniem: „Ktoś siedział na moim krzesełku!”, „Ktoś pił z mojego kubeczka!”. Dziś rano także spała kamiennym snem. Śpioszek naprawdę się zaniepokoił. W kuchni spotkał Apsika, który szykował dla braci kanapki do pracy.

– I jak? – zapytał Śpioszek. – Wciąż śpi?

Apsik kiwnął głową i kichnął siarczyście. Potem przetarł ręką załzawione oczy.

– Na zdrowie – rzekł Śpioszek i dodał: – Chyba pójdę i sprawdzę. Może jest chora.

Apsik ponownie kichnął i skinął głową. Śpioszek wyciągnął z kieszeni pomiętą chusteczkę do nosa, wręczył ją bratu, po czym zaczął wchodzić po schodach wiodących do pokoju na poddaszu.

Tymczasem Apsik wyszedł na podwórko, by wydmuchać nos. Nie zdążył jednak nawet przyłożyć chustki do twarzy, gdy z chatki wybiegł Śpioszek. Poślizgnął się, przewrócił na trawę, potem usiadł i zaczął się drzeć wniebogłosy:

– Braciszkowie! Braciszkowie!!!

Natychmiast zaroiło się przed chatką. Jeden przez drugiego, na łeb, na szyję, potykając się i padając co krok, przybiegły wszystkie krasnoludki.

– Słuchajcie, słuchajcie… – zaczął Śpioszek.

A potem nachylił się i zaczął coś szeptać z wielkim przejęciem. Oczy pozostałych sześciu malców zrobiły się tak wielkie, że omal nie wyskoczyły z krasnoludzkich twarzy. Wreszcie, po wysłuchaniu przerażającej informacji, jeden z krasnoludków – zwany Mędrkiem – wstał i oświadczył:

– Ja to sprawdzę.

Odwrócił się i odważnie skierował swe kroki w stronę chatki.

Po chwili drzwi skrzypnęły i zamknęły się za nim.

We wnętrzu chatki panował półmrok. Mędrek szedł po schodach na pięterko. Nogi dygotały mu tak, że prawie się o nie potykał. Wreszcie dotarł na górę i uchylił drzwi do pokoiku Śnieżki. Podszedł do łóżka i delikatnie odsunął róg kołdry.

– O rany! – jęknął. – Śpioszek mówił prawdę!

Skulony w kłębek na łóżku królewny spał sobie jak gdyby nigdy nic najprawdziwszy mały smok. Pomarańczowy, z łuskami na grzbiecie. Mędrek wycofał się ostrożnie. Zamierzał właśnie po cichu wyjść z pokoju i odwrócił się tylko, by się upewnić, że to wszystko nie jest jakimś zwariowanym snem, gdy nagle zastygł bez ruchu. Bo gość najwyraźniej… łypnął jednym okiem!

Krasnoludek nie należał do tchórzliwych, ale w takiej chwili – przyznacie sami – każdemu zatrzęsłyby się kolana. Tak też się stało. Mędrek wykonał coś w rodzaju rozpaczliwego tańca na ugiętych nogach, a potem, nie mogąc dłużej powstrzymać dygotania, po prostu klapnął ze strachu na podłogę.

Smok zamknął oko i znów wyglądał, jakby spał. Mędrek siedział przez chwilę bez ruchu, przyczajony, gotów w każdej chwili uciec przez uchylone drzwi. Jednak niezwykły gość najwyraźniej nie zamierzał go zaatakować. Co więcej, intuicja podpowiadała krasnalowi, że to pomarańczowe stworzenie boi się tak samo jak on.

Dla mojej ślicznej bratanicy Niny – z nadzieją, że tak jak ja pokocha książki

Redakcja: Jolanta Stecewicz

Projekt okładki: Paulina Wyrt

Projekt graficzny: Iwona Duczmal

Skład: Barbara Woźniak

Korekta: Elżbieta Pałasz

Wydawca: Wydawnictwo Adamada

al. Grunwaldzka 411, 80-309 Gdańsk

www.adamada.pl

ISBN EPUB 978-83-8118-055-9

ISBN MOBI 978-83-8118-056-6

Gdańsk 2018. Wydanie pierwsze