Atlantydzka zaraza - A. G. Riddle

Atlantydzka zaraza

0,0

"„Atlantydzka zaraza” to druga, po „Genie Atlantydzkim”, część trylogii „Zagadka pochodzenia”.

Tajemnicza epidemia szerzy się w zastraszającym tempie; ludzkość czeka zagłada lub drastyczna metamorfoza – gdyż zaraza jest w rzeczywistości narzędziem monstrualnej manipulacji genetycznej. Swoistej przemianie ulega też doktor Kate; zyskuje dostęp do wspomnień sprzed tysięcy lat. Czy dzięki tajemnej wiedzy Atlantów i pomocy Davida, superżołnierza intelektualisty, zdoła pokrzyżować plany zniewolenia ludzkości?"

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tyt.jpg

Tytuł oryginału: The Atlantis Plague

Redakcja: Justyna Czerwieniec

Korekta: Elżbieta Śmigielska

Skład i łamanie: Ekart

Projekt okładki: KS Agency

Copyright © 2013 A.G. Riddle

All rights reserved.

Jacket design © KS Agency

Polish language translation copyright © 2016 by Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ISBN 978-83-7686-510-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Powieść ta jest fikcją – poza fragmentami, w których nią nie jest.

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

konwersja.virtualo.pl

Dedykuję nieustraszonym czytelnikom,
którzy podejmują ryzyko zapoznawania się
z książkami nieznanych autorów.

Prolog

70 000 lat temu

w pobliżu obecnej Somalii

Otworzyła oczy i potrząsnęła głową, próbując rozjaśnić umysł. Statek przyspieszył proces jej wybudzania. Dlaczego? Zazwyczaj odbywał się on bardziej stopniowo, chyba że… Gęsta mgła w jej tubusie rozproszyła się nieco i dostrzegła na ścianie migające czerwone światło – sygnał alarmowy.

Tubus otworzył się. Otoczyło ją zimne powietrze, poczuła mrowienie na skórze, chwilę później rozwiały się ostatnie obłoczki białej mgły. Wyszła na lodowatą metalową podłogę i niepewnym krokiem zbliżyła się do panelu kontrolnego, z którego wytrysnęły iskrzące fale zielonego i białego światła, wypełniając jej dłoń fontanną wielobarwnych świetlików. Poruszyła palcami, co sprawiło, że ożywił się umieszczony na ścianie wyświetlacz. Teraz już była pewna – hibernacja, która w założeniu miała trwać dziesięć tysięcy lat, skończyła się o pięćset lat za wcześnie. Spojrzała na dwa puste tubusy z tyłu, potem na jeszcze jeden, w którym znajdował się jej towarzysz. To urządzenie również rozpoczęło już proces wybudzania. Jej palce wykonały kilka szybkich ruchów. Miała nadzieję, że zdoła powstrzymać akcję, ale było już za późno.

Jego tubus otworzył się z sykiem.

– Co się stało?

– Nie jestem pewna.

Wyświetliła mapę świata wraz z danymi statystycznymi.

– Mamy alarm populacyjny. Być może chodzi nawet o wymarcie gatunku.

– Źródło?

Przesunęła mapę do niewielkiej wysepki otoczonej potężnym tumanem czarnego dymu.

– To superwulkan w pobliżu zwrotnika. Temperatura na planecie gwałtownie spadła.

– Jakich podgatunków to dotyczy? – spytał jej towarzysz. Wyszedł z tubusu, po czym podszedł do stacji kontrolnej.

– Tylko jednego. Osiem-cztery-siedem-dwa. Na centralnym kontynencie.

– To spore rozczarowanie – stwierdził. – Bardzo dobrze się zapowiadali.

– To prawda. – Już nie opierała się o konsolę. Odrętwienie minęło na tyle, że mogła stać samodzielnie. – Muszę to sprawdzić.

Towarzysz spojrzał na nią pytająco.

– Chciałabym pobrać kilka próbek.

7272.jpg

Cztery godziny później naukowcy zdążyli już przenieść się w zupełnie inną część tego małego świata. Przebywająca w śluzie wejściowej kobieta zapięła ostatnie klamry kombinezonu i umocowała hełm, po czym wstała. Czekała, aż drzwi się otworzą.

Następnie aktywowała system łączności w hełmie.

– Próba dźwięku.

– Słyszę cię – odpowiedział jej partner. – Mam też podgląd. Możesz ruszać.

Drzwi rozsunęły się, ukazując białą, piaszczystą plażę. Od miejsca, gdzie nie sięgały fale, plażę zalegała gruba warstwa popiołu ciągnąca się aż do skalnego urwiska.

Spojrzała w górę w pociemniałe, zapylone niebo. Popiół znajdujący się w atmosferze w końcu kiedyś opadnie i powróci słoneczne światło, jednak dla większości mieszkańców planety – wliczając w to podgatunek 8472 – będzie już wtedy za późno.

Wspięła się na szczyt urwiska. Gdy się odwróciła, ujrzała za sobą w całej okazałości wielki czarny pojazd zalegający na plaży niczym cielsko przerośniętego mechanicznego walenia. Świat był ciemny i nieruchomy; przypominało to krajobraz wielu badanych już planet w stadium przed pojawieniem się życia.

– Ostatnio odnotowano znaki aktywności tych istot tuż przy brzegu urwiska, zakres dwa do pięciu stopni.

– Zrozumiano – odparła uczona. Ruszyła naprzód raźnym krokiem.

Ujrzała przed sobą wielką jaskinię, a wokół niej usianą skalnymi odłamkami płaską przestrzeń, na której zgromadziło się jeszcze więcej popiołu niż na plaży. Nadal zmierzała ku jaskini, ale teraz już szła wolniej. Buty ślizgały się po skałach i popiele, tak jakby szła po szklanej powierzchni posypanej zmielonymi piórami.

Chwilę później, zanim dotarła do ujścia jaskini, poczuła pod butem coś innego, co nie było ani popiołem, ani skałą – ciało i kość, a dokładnie noga. Uczona cofnęła się i pozwoliła wyświetlaczowi w hełmie, by się dostroił.

– Widzisz to? – spytała.

– Tak. Dostosowuję twój wyświetlacz.

Ostrość poprawiła się, teraz widziała ich wyraźnie: ciała leżące jedne na drugich aż po wejście do jaskini. Wynędzniałe, czarne zwłoki ledwo odróżniały się od skały, na której zaległy, a popiół, który na nie spadł, złagodził ich rysy, tworząc krawędzie i wypukłości, przez co bardziej przypominały odkryte korzenie jakiegoś wielkiego drzewa.

Ku zaskoczeniu uczonej ciała okazały się nietknięte.

– To niezwykłe. Żadnych oznak kanibalizmu. Oni znali się nawzajem. Być może byli członkami plemienia posiadającego wspólny kod moralny. Myślę, że przyszli tutaj nad morze w poszukiwaniu schronienia i żywności.

Jej kolega przełączył wyświetlacz na podczerwień, aby potwierdzić, że wszyscy są martwi. Mimo to, choć niewypowiedziany komunikat był jasny: załatwić sprawę i skończyć z tym.

Pochyliła się i wyciągnęła niewielki cylindryczny pojemnik.

– Pobieram próbkę. – Przytknęła próbnik do najbliższych zwłok i odczekała, aż urządzenie wyizoluje, a następnie zabezpieczy odpowiednią porcję DNA.

Kiedy przyrząd uporał się z zadaniem, wstała. Suchym, urzędowym tonem wyrecytowała:

– Lądownik Alpha, dziennik pokładowy ekspedycji naukowej, wpis oficjalny. Wstępne obserwacje potwierdzają, że podgatunek osiem-cztery-siedem-dwa doznał wydarzenia prowadzącego do wyginięcia. Gatunek ewoluował przez około sto trzydzieści tysięcy lokalnych lat, licząc wstecz od daty niniejszego zapisu. Próbka pobrana od osobnika, który prawdopodobnie przeżył najdłużej.

Odwróciła się i weszła do jaskini. Światła po obu stronach hełmu włączyły się automatycznie, rozświetlając wnętrze. Tutaj również spoczywały ciała skupione pod ścianami, jednak podczerwień nie wykazała żadnych oznak życia. Kate weszła głębiej. Kilka metrów dalej ciał już nie było. Przyjrzała się podłożu – ślady. Czyżby powstałe niedawno? Szła dalej, w głąb jaskini.

Kiedy spojrzała w stronę skalnej ściany, zobaczyła na wyświetlaczu hełmu słabą karmazynową poświatę – oznaka życia. Za zakrętem ciemna czerwień rozjarzyła się barwami bursztynu, oranżu, błękitów i zieleni. Żywy okaz.

Uczona szybko dotknęła przełącznika na dłoni, przerzucając się na normalny widok. To był osobnik płci żeńskiej. Żebra odstawały mu w nienaturalny sposób, naciągając czarną skórę, jakby miały ją rozedrzeć przy kolejnym wdechu. Pod żebrami brzuch nie był tak zapadnięty, jak należałoby się spodziewać. Kate na powrót uruchomiła podczerwień i potwierdziła swoje przypuszczenie – samica była ciężarna.

Kobieta sięgnęła po kolejny próbnik DNA, ale sekundę później znieruchomiała. Usłyszała za sobą jakiś odgłos – czyjeś kroki, ciężkie stąpanie, jakby ktoś powłóczył nogami po kamieniach.

Zdążyła odwrócić głowę w samą porę, żeby ujrzeć potężnie zbudowanego osobnika płci męskiej, który właśnie wszedł chwiejnym krokiem do ciasnej komory jaskini. Był niemal o dwadzieścia procent wyższy niż przeciętne osobniki płci męskiej, których ciała widziała po drodze, a także szerszy w ramionach. Czyżby przywódca plemienia? Jego żebra również wystawały, jeszcze bardziej niż u samicy. Podniósł przedramię, osłaniając oczy przed światłem lamp na hełmie. Ruszył w jej stronę, trzymając coś w ręce.

Kate sięgnęła po pałkę obezwładniającą i cofnęła się. Odeszła dwa kroki na bok od samicy, jednak rosły mężczyzna dalej szedł w jej stronę. Uruchomiła pałkę. Tamten już miał wyciągnąć do niej rękę, ale nagle odwrócił się w stronę samicy, opadł na podłoże i oparł się obok niej o ścianę. Podał jej to coś, co trzymał w ręce – plamisty, butwiejący kawałek mięsa. Samica łapczywie wbiła zęby w ochłap, mężczyzna zaś pozwolił głowie opaść w tył, jego oczy się zamknęły.

Uczona starała się zapanować nad przyspieszonym oddechem.

Głos partnera w hełmie był naglący, ostry.

– Alpha Lądownik Jeden, mam anormalne odczyty funkcji życiowych. Czy jesteś w niebezpieczeństwie?

Uczona pospiesznie dotknęła kontrolki na dłoni, wyłączając w ten sposób czujniki kombinezonu oraz przekaz wideo.

– Zaprzeczam, Lądownik Dwa – zawiesiła głos. – Przypuszczalnie usterka czujników. Nadal pobieram próbki od osobników gatunku osiem-cztery-siedem-dwa najdłużej pozostałych przy życiu – o ile wiadomo.

Wyciągnęła próbnik. Przyklękła obok rosłego samca i przytknęła cylinder w zgięciu jego prawego ramienia, od wewnątrz. Kiedy go dotknęła, samiec wyciągnął w jej stronę drugie ramię. Położył dłoń na przedramieniu uczonej i zacisnął lekko – więcej sił umierający osobnik nie był w stanie z siebie wykrzesać. Tymczasem leżąca obok samica kończyła właśnie posiłek, przypuszczalnie ostatni w jej życiu. Przełknęła jeszcze kęs zepsutego mięsa i spoglądała teraz na Kate oczami pozbawionymi blasku.

Próbnik zabrzęczał, dając znać, że wykonał zadanie. Potem znowu, ale uczona go nie zabrała. Siedziała, jakby ją zamurowało. Coś się z nią działo. Chwilę później dłoń mężczyzny zsunęła się z jej przedramienia, a głowa znów oparła się o ścianę. Nie zastanawiając się nawet nad tym, co robi, uczona podniosła samca i zarzuciła go sobie na ramię. Na drugim ramieniu umieściła samicę. Ekoszkielet kombinezonu bez trudu wytrzymał ten ciężar, jednak kiedy wyszła z jaskini jeszcze trudniej było jej utrzymać równowagę na przykrytych popiołem skałach.

Po dziesięciu minutach przeszła przez plażę i dotarła do statku, którego wrota się rozsunęły. Gdy znalazła się wewnątrz, umieściła jedno i drugie ciało na zaopatrzonych w kółka noszach. Zrzuciła kombinezon i szybko przetransportowała oba okazy do sali operacyjnej. Odwróciła się, spojrzała przez ramię, po czym skupiła się na stacji roboczej. Przeprowadziła kilka symulacji, a następnie zaczęła precyzować algorytmy.

Usłyszała za sobą głos:

– Co robisz?

Drgnęła nerwowo. Nie słyszała dźwięku otwierających się drzwi. Odwróciła się. Jej towarzysz stał w wejściu i sondował wzrokiem pomieszczenie. Na jego twarzy z początku malowało się zdziwienie, potem wyraźny niepokój.

– Co ty…

– Ja… – jej myśli galopowały. Udzieliła jedynej możliwej odpowiedzi: – Przeprowadzam eksperyment.

Część I
SEKRETY

Rozdział 1

Dystrykt Orchidei

Marbella, Hiszpania

Doktor Kate Warner spoglądała na pacjentkę, która w konwulsjach szarpała pasy mocujące ją do prowizorycznego stołu operacyjnego. Drgawki stawały się coraz gwałtowniejsze, z jej ust i uszu ciekła krew.

Kate nie mogła dla tej kobiety nic zrobić i ta świadomość była trudna do zniesienia. Nawet podczas studiów medycznych i późniejszych praktyk szpitalnych Kate nie widziała do tej pory umierającego pacjenta. Miała wówczas nadzieję, że nigdy nie zobaczy takiego widoku.

Podeszła do kobiety i chwyciła ją za lewą rękę, po czym stała przy pacjentce, aż wreszcie drgawki ustały. Kobieta wydała ostatnie tchnienie, a jej głowa opadła bezwładnie.

W pomieszczeniu zapanowała cisza, jeśli nie brać pod uwagę odgłosu kapania krwi spływającej ze stołu na pokrytą plastikową folią podłogę. Wszystko w tym pomieszczeniu było owinięte ciężkimi półprzezroczystymi płachtami. Właśnie ten pokój ze wszystkich dostępnych we wczasowej miejscowości pomieszczeń najbardziej przypominał salę operacyjną – przedtem pracowali tu masażyści. Kate używała stołu, na którym jeszcze trzy miesiące wcześniej dopieszczano majętnych turystów, do wykonywania doświadczeń, których istoty nadal nie rozumiała.

W górze nad nią rozległ się cichy brzęk elektrycznego silnika. To maleńka kamera ożywiła się, przestała obserwować kobietę i skierowała swój obiektyw na Kate, ponaglając ją: zarejestruj raport.

Kate zerwała maskę i delikatnie położyła rękę kobiety na jej brzuchu.

– Temat: zaraza atlantydzka, próba alfa-czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Rezultat: negatywny. Obiekt Marbella-dwa-dziewięć--osiemnaście.

Kate spojrzała na kobietę, próbując wymyślić dla niej jakieś imię. Tamci nie chcieli używać imion, ale Kate jakoś nazywała każdego z pacjentów. I co jej za to zrobią? Może uważali, że zatajenie imion i nazwisk ułatwi pracę. Nic podobnego, wręcz przeciwnie. Poza tym nikt nie zasługuje na to, by być tylko numerem i umrzeć bez imienia.

Kate odkaszlnęła.

– Pacjentka nazywa się Maria Romero. Czas zgonu: godzina piętnasta czternaście czasu miejscowego. Domniemana przyczyna zgonu… Cóż, przyczyna zgonu taka sama jak w przypadku ostatnich trzydziestu osób, które znalazły się na tym stole.

Kate ściągnęła gumowe rękawiczki, czemu towarzyszył głośny odgłos, i rzuciła je na pokrytą folią podłogę obok wciąż rosnącej kałuży krwi. Odwróciła się i sięgnęła do klamki.

Głośniki pod sufitem zatrzeszczały i odezwały się:

– Musisz wykonać autopsję.

Kate zerknęła w stronę kamery.

– Sam sobie zrób autopsję.

– Proszę cię, Kate.

Tamci prawie niczego jej nie wyjaśnili, wiedziała jednak, że jest im potrzebna. Okazała się odporna na zarazę atlantydzką, była więc idealną osobą do przeprowadzania tych prób. Trwało to już od tygodni, odkąd przywiózł ją tutaj przybrany ojciec, Martin Grey. Po pewnym czasie zaczęła coraz natarczywiej domagać się odpowiedzi. Obiecywano jej informacje, ale wciąż nie otrzymała żadnego wyjaśnienia.

Odkaszlnęła znowu i odezwała się głośniej.

– Na dziś mam już dosyć.

Pchnęła drzwi.

– Zaczekaj. Wiem, że chcesz otrzymać odpowiedź. Pobierz tylko próbkę, potem porozmawiamy.

Kate przejrzała zawartość metalowego wózka czekającego na zewnątrz, tak jak zrobiła to już trzydzieści razy wcześniej. Miała pustkę w głowie. Sięgnęła po zestaw do pobierania krwi, podeszła z powrotem do Marii. Wbiła igłę w zgięcie jej ramienia. Kiedy ustaje akcja serca, to zawsze trwa dłużej – przemknęło jej przez myśl.

Gdy próbówka była już pełna, wyciągnęła igłę, a następnie podeszła do wózka i umieściła szklane naczynie w centryfudze. Minęło kilka minut. Usłyszała za sobą głos, polecenie przekazane przez głośniki. Wiedziała, że je usłyszy. Spojrzała na wirówkę, która właśnie się zatrzymała. Sięgnęła po próbówkę, wetknęła ją do kieszeni i udała się do hallu.

Po zakończeniu pracy zwykle zaglądała do chłopców, jednak tego dnia musiała jeszcze wcześniej coś zrobić. Weszła do swojego pokoiku i siadła ciężko na „łóżku”. Pokój ów nader przypominał więzienną celę: pusty, bez okien, nagie ściany i tylko żelazna rama łóżka z materacem pamiętającym czasy średniowiecza. Jak przypuszczała, przedtem pomieszczenie to było przeznaczone dla kogoś z personelu sprzątającego. Zdaniem Kate trzymanie ludzi w takich warunkach było czymś zgoła nieludzkim.

Schyliła się i sięgnęła w mrok pod łóżkiem. Po dłuższej chwili namacała butelkę wódki, wyciągnęła ją. Zgarnęła z nocnego stolika papierowy kubek, zdmuchnęła z niego kurz i nalała sobie szczodrą porcję, którą wypiła jednym haustem.

Odstawiła butelkę i wyciągnęła się na łóżku. Sięgnęła ręką za głowę i nacisnęła przycisk, aby uruchomić stare radio. Było to jej jedyne źródło informacji o świecie zewnętrznym – i z trudem przychodziło jej uwierzyć w to, co słyszała.

Radiowe doniesienia opisywały świat, który przed atlantydzką plagą ocalił cudowny lek: Orchidea. W obliczu globalnego zagrożenia wszystkie uprzemysłowione kraje zamknęły swoje granice i ogłosiły stan wyjątkowy. Nie zdołała się zorientować, ilu ludzi umarło na skutek pandemii. Ci, którzy przeżyli, niezależnie od tego, ilu ich pozostało, zostali zapędzeni do Dystryktów Orchidei. Były to ogromne obozy, w których ludzie kurczowo trzymali się życia i codziennie zażywali dawkę Orchidei – leku, który pozwalał zapanować nad zarazą, jednak nie był w stanie całkowicie z niej wyleczyć.

Minione dziesięć lat Kate spędziła na przeprowadzaniu badań klinicznych, ostatnio zajmowała się opracowywaniem leku na autyzm. Wiedziała doskonale, że leków nie wymyśla się z dnia na dzień, niezależnie od tego, jak wiele pieniędzy się na to wyda i jak pilna jest potrzeba. Orchidea to z całą pewnością lipa. Ale jeżeli tak jest, to jak naprawdę wygląda zewnętrzny świat?

Widziała tylko migawki. Trzy tygodnie wcześniej Martin ocalił ją oraz dwóch z chłopców poddawanych próbom związanym z autyzmem od pewnej śmierci w przedziwnej, ogromnej strukturze wybudowanej pod Zatoką Gibraltarską. Kate i chłopcy uciekli do konstrukcji pod Gibraltarem – Kate uważała teraz, że była to właśnie zaginiona Atlantyda – z podobnego kompleksu znajdującego się dwie mile pod powierzchnią Antarktyki. Jej biologiczny ojciec, Patrick Pierce, odpalił dwie bomby atomowe w Gibraltarze, aby osłonić ich ucieczkę. Zniszczył przy tym dawne ruiny i w ten sposób za pomocą gruzów niemal całkowicie zamknął przejście. Martin wywiózł ich na pokładzie łodzi podwodnej o krótkim zasięgu dosłownie minuty przed eksplozją. Podwodnemu podjazdowi ledwie starczyło mocy, żeby wypłynąć z obszaru, w którym znajdowały się szczątki, i dotrzeć do Marbelli w Hiszpanii – miejscowości wypoczynkowej położonej na wybrzeżu w odległości około osiemdziesięciu kilometrów od Gibraltaru. Łódź pozostawili w przystani jachtowej i podeszli do Marbelli pod osłoną nocy. Martin zapewniał, że to tylko tymczasowe miejsce schronienia, a Kate nie zwróciła wtedy uwagi na otoczenie. Wiedziała tylko, że weszli na teren jakiegoś pilnie strzeżonego obszaru, a następnie ona oraz obaj chłopcy zostali zamknięci w dawnym budynku kąpielowym.

Martin poinformował Kate, że powinna dopomóc w prowadzonych tam badaniach – w próbie znalezienia leku na zarazę atlantydzką. Jednak od czasu swojego przybycia widywała go rzadko, zresztą nieczęsto widywała kogokolwiek poza pośrednikami, którzy dostarczali jej żywność i instrukcje dotyczące pracy.

Obracała próbówkę w dłoni, zastanawiając się, dlaczego jest ona dla nich tak ważna i kiedy po nią przyjdą. No i najważniejsze – kto po nią przyjdzie?

Spojrzała na zegar – wkrótce popołudniowe wiadomości. Zawsze ich słuchała. Powtarzała sobie samej, że chce po prostu wiedzieć, co dzieje się na świecie, jednak prawda była znacznie prostsza. Tak naprawdę, chciała dowiedzieć się czegoś o losach jednej osoby: Davida Vale’a. Jednak w radiu nie podawano takich informacji, pewnie już nigdy niczego się o nim nie dowie. Z grobowców na Antarktyce istniały tylko dwie drogi ucieczki – jedna przez lodowe wejście, a druga przez portal do Gibraltaru. Drogę gibraltarską jej ojciec zamknął bezpowrotnie, a w Antarktydzie czekała armia Immari. Ci z pewnością nie pozostawiliby Davida przy życiu. Kate odepchnęła od siebie tę myśl, kiedy odezwał się głos spikera.

Słuchają państwo radia BBC, głosu tryumfu ludzkości w siedemdziesiątym ósmym dniu zarazy atlantydzkiej. Przygotowaliśmy dla państwa trzy raporty specjalne. W pierwszym z nich poznamy historię czterech pracowników naftowej platformy wydobywczej, którzy przetrwali trzy dni na morzu bez jedzenia, lecz w końcu udało im się dotrzeć bezpiecznie do Dystryktu Orchidei w Corpus Christi w Teksasie. Następnie raport specjalny Hugo Gordona, który odwiedził wielkie zakłady produkujące Orchideę, mieszczące się pod Dreznem w Niemczech, przy czym od razu możemy zapowiedzieć, że materiał ten dementuje pogłoski, jakoby zmniejszała się produkcja leku zwalczającego zarazę. Na koniec okrągły stół, czyli dyskusja z udziałem czworga ekspertów; jak się okazuje, opracowania skutecznego leku na zarazę możemy się spodziewać w ciągu najbliższych tygodni, już nawet nie miesięcy.

Najpierw jednak opowieść z południowej Brazylii – opowieść o odwadze i wytrwałości – gdzie bojownicy o wolność odnieśli wczoraj znaczące zwycięstwo nad zgrupowaniami partyzanckimi kierowanymi z opanowanej przez Immari Argentyny…

Rozdział 2

Ośrodek Zapobiegania i Przeciwdziałania Epidemii

Atlanta w stanie Georgia

Doktor Paul Brenner przetarł oczy i zasiadł przed komputerem. Nie spał od dwudziestu godzin. Siłą rzeczy jego umysł działał już na zwolnionych obrotach, co niestety wpływało na jakość jego pracy. Teoretycznie zdawał sobie sprawę, że musi odpocząć, jednak nie mógł się zmusić, żeby przerwać. Ekran komputera ożył; postanowił sprawdzić wiadomości, a potem pozwolić sobie wreszcie na drzemkę, ale co najwyżej godzinną.

1 NOWA WIADOMOŚĆ

Chwycił za mysz i kliknął, czując przypływ nowej energii…

OD: Marbella (OD-108)

TEMAT: Alfa-493, wyniki (Obiekt MP-2918)

Wiadomość nie zawierała tekstu, tylko nagranie wideo, które samo się uruchomiło. Na ekranie pojawiła się doktor Kate Warner. Paul poruszył się niespokojnie – świetna dziewczyna, jednak z jakiegoś powodu sam jej widok wprawiał go w zdenerwowanie.

Zaraza atlantydzka, próba alfa-czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Rezultat: negatywny…

Gdy wideo się skończyło, Paul sięgnął po telefon.

– Proszę zorganizować konferencję. Tak, ze wszystkimi. Tak, teraz.

Po piętnastu minutach siedział u szczytu stołu konferencyjnego, przed sobą miał dwanaście ekranów, a na każdym z nich znajdował się badacz z innego ośrodka na całym świecie.

Paul wstał.

– Właśnie otrzymałem wyniki próby alfa-czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Wynik jest negatywny. Ja…

Naukowcy zarzucili go pytaniami i oskarżeniami. Pomyśleć, że jedenaście tygodni wcześniej, kiedy wybuchła epidemia, to była kliniczna, ucywilizowana grupa skupiona na celu i działaniu.

Teraz dominującym uczuciem był strach. Jak najbardziej zresztą uzasadniony.

Rozdział 3

Dystrykt Orchidei

Marbella, Hiszpania

Ten sam sen, który Kate tak bardzo lubiła. Miała wrażenie, że jest już niemal w stanie świadomie go kontrolować, jak nagranie wideo, które można cofnąć i odtworzyć dowolną ilość razy. Ten sen pozostał jedyną rzeczą, która ją cieszyła.

Leżała w Gibraltarze, na piętrze willi położonej dosłownie kilka kroków od brzegu. Przez otwarte okna na werandę wpadał chłodny wietrzyk, poruszał cienkimi zasłonami z białego lnu, te zaś nadymały się, po czym znowu opadały. To była chwila doskonała – wszystko zespalała harmonia, tak jakby cały świat był jednym sercem, jakby wszystkie serca biły tym samym rytmem.

Leży na plecach i gapi się w sufit, nie mając odwagi zamknąć oczu. David leży obok niej na brzuchu i śpi. Jego muskularne ramię spoczywa na jej brzuchu, zasłaniając prawie całą bliznę. Chce dotknąć tego ramienia, ale nie zaryzykuje i nie zrobi niczego, co mogłoby zakończyć sen…

Czuje, że ramię lekko się porusza. Ten drobny ruch sprawił, że cała sceneria burzy się jak podczas trzęsienia ziemi; ściany i sufit zaczynają się rozsypywać. Pokój zadrżał raz jeszcze i poczerniał, po czym przeistoczył się w mroczną, ciasną „celę” w Marbelli. Już nie wygodne, szerokie łoże, tylko twardy materac i wąska prycza. Jednak… ramię nadal jest… ale nie ramię Davida, tylko kogoś innego. Poruszało się, przesuwając się po jej brzuchu. Kate zamarła. Ręka powędrowała do jej boku – namacała kieszeń, a potem sięgnęła do zaciśniętej dłoni, próbując zabrać jej próbówkę. Kobieta chwyciła rękę złodzieja i wykręciła ją tak mocno, jak potrafiła.

Jakiś mężczyzna krzyknął z bólu, Kate tymczasem zerwała się i pociągnęła za łańcuszek lampy. W jej świetle ujrzała… Martina.

– A, to ciebie przysłali.

Jej przybrany ojciec z pewnym trudem dźwignął się na nogi. Miał już ponad sześćdziesiąt lat, a wydarzenia ostatnich miesięcy stanowiły dla niego znaczne obciążenie, także pod względem fizycznym. Wyglądał na przemęczonego, ale jego głos pozostał miękki jak głos dobrego dziadziunia.

– Wiesz co, Kate, czasami naprawdę przesadzasz.

– Przecież to nie ja zakradam się do cudzych pokojów i obmacuję ludzi po ciemku. – Podniosła próbówkę. – Po co ci to? Co tu się w ogóle dzieje?

Martin potarł obolały nadgarstek i patrząc na nią, zmrużył oczy; oślepiało go światło wiszącej na drucie żarówki. Odwrócił się, wziął ze stojącego w kącie stolika woreczek i podał go jej.

– Włóż to.

Kate przyjrzała się przedmiotowi. To nie był woreczek, tylko miękki kapelusz przeciwsłoneczny. Martin musiał znaleźć go pośród rzeczy pozostawionych przez turystów odwiedzających Marbellę w czasach przed epidemią.

– Po co? – spytała.

– Nie możesz mi po prostu zaufać?

– Najwyraźniej nie mogę. – Ruchem głowy wskazała łóżko.

Głos Martina był beznamiętny i rzeczowy.

– Chodzi o to, żeby zakryć twoją twarz. Na zewnątrz budynku są strażnicy, jeżeli cię zobaczą, natychmiast cię aresztują albo gorzej – zastrzelą na miejscu.

Wyszedł z pokoju.

Kate wahała się chwilę, po czym poszła za nim z nakryciem głowy w zaciśniętej dłoni.

– Czekaj. Dlaczego mieliby zastrzelić akurat mnie? I dokąd chcesz mnie zabrać?

– Chcesz usłyszeć odpowiedzi?

– Tak. – Zatrzymała się. – Ale zanim wyruszymy, chcę zajrzeć do chłopców.

Martin zmierzył ją wzrokiem, potem skinął głową.

Kate otworzyła skrzypiące drzwi do pokoiku chłopców; robili to, czemu poświęcali dziewięćdziesiąt dziewięć procent swojego czasu, a mianowicie pisali po ścianach. Większość siedmio- i ośmioletnich chłopców bazgrałaby dinozaury albo żołnierzy, ale Adi i Surya stworzyli niemal kompletną tapetę złożoną z równań oraz symboli matematycznych.

Obaj młodzi Indonezyjczycy nadal przejawiali wiele cech charakterystycznych dla autyzmu. Byli całkowicie pochłonięci swoją pracą, żaden z nich nie zauważył, że Kate weszła do pokoju. Adi balansował na krześle, które postawił na jednym ze stołów; sięgał wysoko, zapisywał już jeden z ostatnich wolnych fragmentów ściany.

Kate podbiegła i zdjęła go z krzesła. Wymachiwał długopisem w powietrzu i protestował słowami, których Kate nie potrafiła zrozumieć. Odstawiła krzesło na jego właściwe miejsce, czyli przy stole, a nie na nim.

Przykucnęła i wzięła Adiego za ramiona.

– Adi, już ci mówiłam, żebyś nie stawiał mebli jednych na drugich i nie wchodził na nie.

– Ale zabrakło nam miejsca.

Odwróciła się do Martina.

– Załatw im coś, żeby mieli na czym pisać.

Popatrzył na nią z niedowierzaniem.

– Mówię poważnie.

Wyszedł, Kate zajęła się chłopcami.

– Jesteście głodni?

– Niedawno przynieśli kanapki.

– Nad czym pracujecie?

– Nie mogę ci powiedzieć, Kate.

Kate poważnie skinęła głową.

– Jasne. Top secret.

Chwilę później powrócił Martin i podał jej dwa sporego formatu bruliony z żółtego papieru.

Kate wyciągnęła dłoń i wzięła Suryę za ramię, żeby mieć pewność, że chłopiec jej słucha. Pokazała im bruliony.

– Odtąd piszecie w tym, zrozumiano?

Obaj chłopcy skinęli głowami i wzięli zeszyty. Zaczęli je przerzucać, sprawdzając, czy strony są czyste. Gdy inspekcja wypadła pomyślnie, każdy z nich podszedł do swojego stołu, zasiadł na krześle i spokojnie podjął pracę.

Kate i Martin wyszli z ich pokoju bez słowa.

– Sądzisz, że to dobry pomysł, żeby im dawać taką swobodę? – spytał Martin.

– Oni tego nie okazują, ale bardzo się boją. W dodatku są zdezorientowani. Natomiast bardzo lubią matematykę i to odwraca ich myśli od zagrożenia.

– Rozumiem, ale czy to właściwe, żeby pozwalać im na poddawanie się takiej obsesji? Czy od tego ich stan się nie pogarsza?

Kate zatrzymała się.

– Pogarsza w stosunku do czego?

– Słuchaj, Kate…

– Ludzie, którzy odnoszą największe sukcesy we wszystkich dziedzinach, to po prostu ludzie opętani jakąś obsesją. Obsesją czegoś, co jest potrzebne światu. Ci chłopcy znaleźli sobie konstruktywne zajęcie, które obaj uwielbiają. To im zdecydowanie dobrze robi.

– Chciałem tylko powiedzieć… No, dobrze, w każdym razie, jeżeli trzeba będzie ich przenieść, będzie to oznaczało przerwanie im tej pracy.

– A trzeba ich dokądś przenieść?

Martin westchnął i odwrócił się.

– Włóż ten kapelusz.

Poprowadził ją innym korytarzem, przeciągnął kartę przez czujnik przy jakichś drzwiach. Te otworzyły się, a promienie słońca niemal oślepiły Kate. Osłoniła oczy dłonią, starając się nadążać za Martinem.

Stopniowo zaczęła się orientować w nowym otoczeniu. Wyszli z piętrowego budynku wznoszącego się nad samym brzegiem u skraju terenu zajmowanego przez ośrodek wczasowy. Po prawej wznosiły się trzy śnieżnobiałe wieżowce sięgające wysoko ponad bujne tropikalne drzewa i do niedawna doskonale utrzymane trawniki. Z lśniącymi hotelowymi budynkami brutalnie kontrastowało otaczające cały ośrodek wysokie na dwadzieścia stóp siatkowe ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym. W świetle dziennym miejsce to wyglądało jak luksusowa miejscowość wczasowa zamieniona w więzienie. Czy te ogrodzenia miały bronić przed intruzami, czy przeciwdziałać ucieczce? A może jedno i drugie?

Z każdym krokiem narastał ostry zapach. Co to takiego? Choroba? Śmierć? Może, ale było tam coś jeszcze. Kate rozglądała się, aż u stóp wieżowców wypatrzyła rzędy białych namiotów, pod nimi zaś rozstawione stoły, przy których siedzieli ludzie i obrabiali coś nożami. Ryby. Stąd ten smród, ale tylko częściowo.

– Gdzie my jesteśmy?

– W getcie Orchidei.

– Czyli w Dystrykcie Orchidei?

– Ludzie mieszkający wewnątrz nazywają to gettem, ale owszem, to jest jeden z Dystryktów.

Kate musiała podbiec, żeby za nim nadążyć. Przytrzymywała kapelusz. Widok tego miejsca i ogrodzeń sprawił, że słowa Martina od razu stały się bardziej wiarygodne.

Spojrzała za siebie na budynek spa, z którego wyszli. Jego ściany i dach pokrywało szare, matowe tworzywo. Z początku Kate przyszedł na myśl ołów, ale tak dziwnie to wyglądało – mały, szary, pokryty ołowiem budynek nad brzegiem morza, w cieniu lśniących od szkła białych wieżowców.

Po drodze Kate dostrzegła więcej szczegółów. W każdym budynku, na każdym piętrze było po kilka osób, które stały i wyglądały przez rozsuwane szklane okna. Natomiast nie dostrzegła ani jednej osoby, która by przebywała na balkonie. Potem zrozumiała dlaczego: wzdłuż metalowej ramy każdych drzwi biegła srebrzysta, poszarpana szrama – zostały zaspawane.

– Dokąd mnie zabierasz?

Martin wskazał jej piętrowy budynek na wprost nich.

– Do szpitala.

Szpital w swoim poprzednim wcieleniu najwyraźniej był dużą plażową restauracją.

W drugim końcu obozu, za białymi wieżowcami, do bramy podjechał konwój hałaśliwych dieslowskich ciężarówek. Zatrzymał się. Kate stanęła również, żeby im się przyjrzeć. Wozy były stare, ich skrzynie zakrywały łopoczące na wietrze zielone plandeki. Kierowca pierwszej ciężarówki krzyknął coś do strażników i siatkowa brama rozsunęła się. Samochody znów ruszyły.

Kate zwróciła uwagę na błękitne sztandary wiszące na wieżach strażniczych po obu stronach bramy. Z początku myślała, że to flaga ONZ – była jasnoniebieska, a pośrodku miała białe znaki – jednak to nie był wizerunek kuli ziemskiej otoczony oliwnymi gałązkami, tylko orchidea. Na fladze był kwiat orchidei o symetrycznych płatkach; natomiast czerwony wzór pośrodku był nierówny, tak jakby promienie słońca wyglądające zza mrocznego księżyca podczas zaćmienia.

Ciężarówki zatrzymały się tuż za bramą i żołnierze zaczęli wyciągać z nich ludzi – mężczyzn, kobiety, a nawet kilkoro dzieci. Wszyscy mieli związane ręce, niektórzy szarpali się ze strażnikami, wykrzykując coś po hiszpańsku.

– Gromadzą tych, którzy przeżyli – wyszeptał Martin, jakby mogli usłyszeć go z tej odległości. – Przebywanie na zewnątrz jest niezgodne z prawem.

– Dlaczego? – spytała, po czym uświadomiła sobie coś jeszcze. – To znaczy, że przeżyli również ludzie, którzy nie zażywają Orchidei?

– Tak. Jednak… nie są tacy, jak byśmy się spodziewali. Zobaczysz.

Wprowadził ją dalej do restauracji. Kiedy doszli na miejsce, zamienił kilka słów ze strażnikiem i weszli do środka – czyli do wyłożonej płachtami plastikowej folii komory dezynfekcyjnej. Uruchomiły się spryskiwacze nad nimi i po bokach, zraszając ich mgiełką o gryzącym zapachu. Kate znów była zadowolona, że ma na głowie ten kapelusz. W rogu pomieszczenia miniaturowe światło uliczne zmieniło się z koloru czerwonego na zielony. Martin pchnął wahadłowe drzwi i zatrzymał się tuż za progiem.

– Już nie potrzebujesz kapelusza. Tu wszyscy wiedzą, kim jesteś.

Kate posłusznie zdjęła nakrycie głowy i wtedy po raz pierwszy ujrzała obszerną salę – dawną salę jadalną restauracji. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Nie spodziewała się takiego widoku.

– Co to takiego?

Martin odezwał się miękkim głosem.

– Rzeczywistość przedstawia się inaczej niż opowiadają przez radio. Tak właśnie wygląda plaga atlantydzka.