Adrenalina - Jeff Abbott

Adrenalina

0,0

Sam Capra jest agentem operacyjnym CIA, stacjonuje w Londynie i zajmuje sie rozpracowywaniem międzynarodowych organizacji przestepczych. Wraz z zona Lucy pracuja w londynskim biurze CIA, a mieszkaja w luksusowym apartamencie. Lucy jest w siódmym miesiacu ciazy, bardzo sie kochaja. Pewnego słonecznego poranka Lucy dzwoni do Sama do pracy i wywołuje go z budynku. W chwile po jego wyjsciu nastepuje eksplozja, w której gina wszyscy pracownicy biura. Lucy znika, a Sam budzi sie w celi tajnego wiezienia Agencji, ?najprawdopodobniej w Polsce?. Jako jedyny ocalały z zamachu bombowego uznany zostaje przez CIA za morderce i zdrajce.

Dodaj komentarz


Kolejna powieść sensacyjna z tych takich sobie. Początek był nawet niezły. Ciekawa intryga, a bohater z „ikrą”. Potem jednak mamy tylko i wyłącznie równię pochyłą w dół. Coraz więcej wręcz nieprawdopodobnych potyczek, z których bohater wychodzi cało nie jest przekonujące. Owszem wciąga, ale to akurat jedna z cech dobrej warsztatowo sensacji. Nie zmienia to schematyzmu opowieści. Miłośnikom tego typu literatury jednak się spodoba.


Dobra powieść z szybką i wciągającą fabułą, trzyma w napięciu, wywołuje dreszczyk emocji. Książka na temat wyborów, do których podejmowania, by móc przetrwać, zmusza głównego bohatera, agenta CIA, sytuacja, w której się znajduje. Styl trochę przyciężkawy, w niektórych momentach brak efektu zaskoczenia. Mimo wszystko, nie było najgorzej. Polecam wszystkim wielbicielom sensacyjnych powieści z dreszczykiem, jest szansa, nawet duża, iż Wam się spodoba.


PIerwsza z cylku opowieść o przygodach Sam'a Capry. "Adrenalina" wciąga natychmiastowo. Sam Capra i jego ciężarna żona Lucy pracują dla CIA w Londynie. W dniu, w którym Sam ma ważne zebranie dzwoni do niego jego żona i nakazuje mu opuścić budynek, który zaraz po jego wyjściu eksploduje. Lucy znika a Sam zostaje uznany za zdrajcę. Co było dalej należy sobie doczytać. Moim zdaniem jest to świetna książka, nie wymaga wysiłku umysłowego i daje dużo radości z czytania


Dobra powieść z szybką i wciągającą fabułą, trzyma w napięciu, wywołuje dreszczyk emocji. Książka na temat wyborów, do których podejmowania, by móc przetrwać, zmusza głównego bohatera, agenta CIA, sytuacja, w której się znajduje. Styl trochę przyciężkawy, w niektórych momentach brak efektu zaskoczenia. Mimo wszystko, nie było najgorzej.


Szybka akcja i ciekawa intryga. Niestety mniej więcej do połowy. Potem "zjazd". Bohater mało wiarygodny, wręcz o bondowskich możliwościach. Czyta się jednak dobrze, a zakończenie może zaskoczyć niejednego czytelnika.


Zapowiada się dość ciekawie. Może nawet bym przeczytała.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

SPIS TREŚCI

  1. Dedykacja
  2. CZĘŚĆ PIERWSZA 14 LISTOPADA – 10 KWIETNIA
  3. 1
  4. 2
  5. 3
  6. 4
  7. 5
  8. 6
  9. 7
  10. 8
  11. 9
  12. 10
  13. 11
  14. 12
  15. 13
  16. 14
  17. 15
  18. 16
  19. 17
  20. 18
  21. 19
  22. 20
  23. 21
  24. 22
  25. 23
  26. 24
  27. 25
  28. CZĘŚĆ DRUGA 10–14 KWIETNIA
  29. 26
  30. 27
  31. 28
  32. 29
  33. 30
  34. 31
  35. 32
  36. 33
  37. 34
  38. 35
  39. 36
  40. 37
  41. 38
  42. 39
  43. 40
  44. 41
  45. 42
  46. 43
  47. 44
  48. 45
  49. 46
  50. 47
  51. 48
  52. 49
  53. 50
  54. 51
  55. 52
  56. 53
  57. 54
  58. 55
  59. 56
  60. 57
  61. 58
  62. 59
  63. 60
  64. 61
  65. 62
  66. 63
  67. 64
  68. 65
  69. 66
  70. 67
  71. 68
  72. 69
  73. 70
  74. 71
  75. CZĘŚĆ TRZECIA 14–21 KWIETNIA
  76. 72
  77. 73
  78. 74
  79. 75
  80. 76
  81. 77
  82. 78
  83. 79
  84. 80
  85. 81
  86. 82
  87. 83
  88. 84
  89. 85
  90. 86
  91. 87
  92. 88
  93. 89
  94. 90
  95. 91
  96. 92
  97. 93
  98. 94
  99. 95
  100. 96
  101. 97
  102. 98
  103. 99
  104. 100
  105. 101
  106. 102
  107. 103
  108. Podziękowania
  109. Strona redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA

14 LISTOPADA – 10 KWIETNIA

 

„W kłębowisku, jakim jest świat bezprawia,

początki okazują się często końcami i vice versa...

Po świecie, poza legalnym obiegiem, krążą tryliony dolarów...

jednym rujnują życie, innym przynoszą krociowe fortuny”.

– Carolyn Nordstrom, Global Outlaws

1

Żona spytała mnie pewnego razu: Gdybyś wiedział, że to nasz ostatni wspólnie spędzony dzień, że jutro nasze drogi się rozejdą, to co byś mi powiedział?

Byliśmy niespełna rok po ślubie. Leżeliśmy w łóżku wpatrzeni w zaciągnięte zasłony, przez które zaczynało prześwitywać wschodzące słońce. Na pewno nie „żegnaj”, odparłem z całym przekonaniem. Słowa „żegnaj” nigdy ode mnie nie usłyszysz.

Dwa lata później ten ostatni dzień zaczął się tak, jak większość moich dni. Wstałem o piątej, pojechałem do Vauxhall i zaparkowałem przy stacji metra. Miałem stamtąd parę kroków do upatrzonego pustostanu, w którym lubiłem poćwiczyć rankami.

Zacząłem od długiej rozgrzewki na wybetonowanym placyku przed tą opuszczoną ruderą. Na początek wolny trucht w miejscu, stopniowe podkręcanie tempa, żeby temperatura ciała wzrosła o tych kilka stopni, uelastyczniły się mięśnie i ścięgna, i start. Pierwsza przeszkoda – ceglany mur przewyższający mnie o dobry metr. Wybicie, dosięgam szczytu, chwyt oburącz, płynne, wypraktykowane podciągnięcie, i jestem po drugiej stronie. Bez jednego stęknięcia, jednego trzasku w stawie. Staram się poruszać cicho. To świadczy o klasie. Teraz krótki sprint przez podwórko i kolejny, o wiele niższy murek. Podpórka jedną ręką i przesadzam go, nie gubiąc tempa.

Wpadam do budynku. Przede mną klatka schodowa cuchnąca uryną. Odbicie lewą stopą od upstrzonej czarno-białymi bohomazami ściany i błyskawiczna zmiana kierunku o pełne dziewięćdziesiąt stopni w prawo. To trudna ewolucja, już nieraz kończyłem ją upadkiem, ale dzisiaj wychodzi mi bezbłędnie, ląduję pewnie na poręczy balustrady schodów i utrzymuję równowagę. Serce wali, umysł mam jasny. Potężny adrenalinowy kop. Podskakuję do odsłoniętego stalowego pręta zbrojeniowego, który przebiega przez dziurę wybitą w suficie, swing z wykorzystaniem momentu pędu i już jestem na zdewastowanym piętrze. Budynek został rozszabrowany, ogołocony ze wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. Ja niczego nie niszczę, nie zostawiam po sobie żadnego śladu. Może i jestem tu intruzem, ale nie wandalem. Przebiegam na drugi koniec piętra, wyskok do kolejnego pręta zbrojeniowego, swing, puszczam się i lecę w dół. Ląduję na podwórku miękko, płynnie przechodząc w kontrolowaną roladę. Cała energia zderzenia z betonem rozpływa się po plecach i pośladkach, do kolan nic z niej nie dociera. Zrywam się i wbiegam z powrotem do budynku, szukać dalszych wyzwań. Parkour, sztuka przemieszczania się, podbija mi na jakiś czas poziom adrenaliny, a jednocześnie spływa na mnie z wolna spokój. Jeden fałszywy krok i nieszczęście gotowe. To podniecająca, a zarazem ucząca pokory perspektywa.

Zrobiłem jeszcze trzy takie przełaje przez intrygujący labirynt przestrzeni budynku – zarwane podłogi, zrujnowane klatki schodowe, elementy wyposażenia, których nie udało się wypruć z murów szabrownikom – sprinty pełne podskoków, skoków i zeskoków w poszukiwaniu trasy – najkrótszej, najprostszej drogi przez na wpół zburzone ściany, kupki cegieł i zawalone gruzem, puste klatki schodowe. Mięśnie buzowały mi energią, serce waliło, ale przez cały czas starałem się zachowywać dystans i niezmącony spokój. Skupiać się na wyborze trasy i tylko na tym. Z oddali docierały do mnie narastające odgłosy ruchu ulicznego, niebo wokół jaśniało, wstawał nowy dzień.

Brytyjskie budownictwo komunalne uznawane jest powszechnie za skansen architektonicznej brzydoty. Wszystko zależy od tego, jak się na nie patrzy. Dla traceura uprawiającego parkour te stare budynki są po prostu piękne. Obfitują w płaszczyzny i ściany do wbiegania na nie i odbijania się, poręcze i gzymsy do balansowania na nich i zeskakiwania, a lokatorzy nie należą do panikarzy, którzy z byle powodu wzywają policję.

Ostatnia trasa. Z piętra na parter przemieściłem się swingiem na jakimś pręcie i zeskokiem zakończonym kontrolowaną roladą.

– Hej! – wrzasnął ktoś, kiedy wychodziłem z przewrotki do postawy stojącej. Zrobiłem jeszcze trzy kroki i zatrzymałem się.

To nie był stróż. Przyglądał mi się jakiś wyrostek z przyklejonym do wargi niedopałkiem porannego papieroska.

– Jak ty to robisz, stary?

– Kwestia treningu – odparłem. – Długiego żmudnego treningu.

– Jak pająk – rzekł z uśmiechem. – Obserwujemy od jakiegoś czasu z mamuśką twoje wyczyny. Ona chciała już wzywać gliniarzy, ale jej nie pozwoliłem.

– Dziękuję. – Byłem mu naprawdę wdzięczny, bo z policją nie chciałem mieć do czynienia. Pora poszukać sobie nowego miejsca do ćwiczeń. Pomachałem swojemu dobroczyńcy i już zwyczajnym, nieśpiesznym tempem joggingowca na porannej przebieżce ruszyłem w drogę powrotną do samochodu. Dwadzieścia minut później wyjeżdżałem z parkingu. Większość Amerykanów mieszkających w Londynie nie ma samochodu. Nie jest im do niczego potrzebny.

Mnie zmuszały do jego posiadania względy bezpieczeństwa.

Mieszkaliśmy przy Charlotte Street, niedaleko British Museum. Otworzyłem cicho drzwi i wśliznąłem się do środka, żeby nie obudzić Lucy, gdyby jeszcze spała.

Nie spała. Siedziała ze szklanką soku przy kuchennym stole, wpatrując się w skupieniu w ekran laptopa. Zerknęła na mnie.

– Dzień dobry, małpoludzie – powiedziała, przenosząc wzrok z powrotem na ekran. – Baraszkowało się?

Zapomniałem ściągnąć ochronne rękawiczki, które zakładałem na parkourowe eskapady, żeby nie pokaleczyć dłoni. Wychwyciłem w jej tonie nutkę dezaprobaty.

– Cześć.

– Nie poturbowałeś się zanadto? – spytała z przekąsem.

– Nie, Lucy. – Nalałem sobie soku do szklanki.

– Miło to słyszeć. Jak kiedyś źle obliczysz odległość między budynkami, nie doskoczysz, spadniesz i zostanie z ciebie mokra plama, to powiem dziecku, że tatuś miewał rankami napady małpiego rozumu i zginął śmiercią tragiczną podczas jednego z nich.

– Nie ćwiczę na takich wysokościach. Nie ryzykuję bezmyślnie.

– Spodziewam się dziecka, Sam, i bezmyślnością z twojej strony jest podejmowanie w tej sytuacji jakiegokolwiek ryzyka.

– Przepraszam. To w większości był zwyczajny jogging. – Ściągnąłem ochraniacze i schowałem je do kieszeni. Podszedłem do lodówki i wyjąłem butelkę schłodzonej wody, żeby poszukać w niej ratunku przed kontynuowaniem tej rozmowy. Piłem powoli, odmierzonymi łykami. Teraz prysznic, kawa i długi dzień w biurze. Tak, na dzisiaj koniec przygody z adrenaliną.

– Sam?

– Tak?

– Kocham cię. Chcę, żebyś o tym wiedział.

– Wiem. Ja ciebie też. – Odwróciłem się od lodówki i spojrzałem na nią. Wpatrywała się wciąż w ekran laptopa, trzymając dłoń na rysującej się już wyraźnie wypukłości brzucha. Była w siódmym miesiącu i to chyba świadomość, że niebawem zostaniemy rodzicami, sprawiła, że ostatnio oboje spoważnieliśmy. No, w każdym razie ona spoważniała. Ja nie dojrzałem jeszcze do rezygnacji z parkourowych przełajów.

– Nie mógłbyś sobie znaleźć bezpieczniejszego hobby?

– Jest bezpieczniejsze od mojej pracy.

– Nie żartuj – fuknęła. Teraz na mnie spojrzała. W tym stanie porannego rozmamłania była dla mnie piękna – burza kasztanowych włosów przetykanych jaśniejszymi pasemkami, poważne brązowe oczy, twarz w kształcie serca z pełnymi, czerwonymi wargami. Najbardziej kochałem jej oczy. – Wiem, że w pracy nie masz sobie równych. A boję się, że podczas tych swoich biegów nieszczęśliwie upadniesz i skręcisz sobie kark. Nie chcę zostać samotną wdową z dzieckiem na ręku.

– Dobrze. Nauczę się grać w golfa.

Skrzywiła się, najwyraźniej nie potraktowała mojej obietnicy poważnie.

– Dziękuję – powiedziała mimo to. – I nie zapomnij, że jemy dziś kolację z Carstairami i Johnsonami.

Uśmiechnąłem się. Carstairowie i Johnsonowie byli bardziej jej niż moimi przyjaciółmi, ale lubiłem ich, a poza tym miałem świadomość, że kiedy na świecie pojawi się dziecko, nasze regularne kolacje na mieście staną się o wiele rzadsze. No i może znali jakiegoś instruktora gry w golfa.

– Pamiętam, będę w domu o piątej.

– Jesteśmy umówieni na szóstą w barze przekąskowym w Shoreditch. Ciężki masz dziś dzień?

– Zatrzęsienie powerpointowych prezentacji – poskarżyłem się. – Od rana do wieczora odprawy z Brandonem i garniturkami z ojczyzny. – Patrzyłem, jak wstaje i przeciąga się z dłońmi złożonymi na wydatnym brzuchu. – Ale mógłbym się wymigać. I pójść z tobą do lekarza.

– Nie.

– Błagam, pomóż mi się wykręcić od tego PowerPointa. Powiem, że muszę zawieźć żonę i Pociechę na badania prenatalne. – Nie wybraliśmy jeszcze imienia, nadałem więc będącemu w drodze dzieciaczkowi pseudonim.

– Pociecha. – Poklepała się po brzuchu.

– Nie jestem pewien, czy po pracy dam radę wpaść jeszcze do domu. Może się zdarzyć, że przyjadę od razu do baru. Zachodzi obawa, że po tych spotkaniach będę musiał wyskoczyć z garniturkami na szybkie piwko.

Roześmiała się.

– Och, jak ty ciężko harujesz – zakpiła z uśmiechem. Dzięki Bogu, pomyślałem, że w małżeństwie układa mi się lepiej niż rodzicom. Nie kłóciliśmy się z Lucy, nie spoglądaliśmy na siebie spode łba, nie było między nami tych upiornych cichych dni.

– Włóczyć się tak po barach bez ciężarnej żony. – Uśmiechnęła się i zamknęła laptopa. – Jak ci nie wstyd.

Podeszła i objęła mnie. Kobiety w ciąży są pełne niespodzianek; przypominają wiatr, który nie może się zdecydować, czy wiać w tę stronę, czy w inną. Uwielbiałem to. Pocałowała mnie z zaskakującym łaknieniem, z pożądaniem prawie, napierając swoim wydatnym brzuchem.

– Jestem zgrzany, spocony i śmierdzę – mruknąłem. – Odrażający ze mnie mąż.

– Fakt – odmruknęła. – Jesteś odrażający, małpoludzie. A ja jestem wielka.

– Fakt – przyznałem. – Jesteś wielka. – I pocałowałem ją.

Kiedy najsłodszy początek tamtego ostatniego dnia był już za nami, przyrządziłem śniadanie składające się z tostów, kawy i soku, potem wziąłem prysznic, ubrałem się i wyszedłem do pracy. W progu obejrzałem się jeszcze na siedzącą przy kuchennym stole Lucy.

– Jesteś moją miłością – powiedziałem.

– Kocham cię.

Pamiętne ostatnie słowa.