Adam i Ewy - Monika Orłowska

Adam i Ewy

0,0

Co z tym szczęściem?

Ślub z Adamem wywrócił  świat Ewy do góry nogami. Z jednej strony, młoda tłumaczka dostała wszystko, o czym kobiety mogą tylko śnić –  męża o ugruntowanej pozycji społecznej, stabilizację finansową, cudowną córeczkę, mieszkanie w ciekawym miejscu... Niestety, razem z Adamem w jej życiu pojawiła się Ewka – jego dziecko z pierwszego małżeństwa – oraz teściowa, która wymaga stałej opieki.

To dla nich Ewa musi zrezygnować z realizacji zawodowej, z dnia na dzień zamieniając się z niezależnej kobiety sukcesu w gospodynię domową. Nie jest to łatwe, zwłaszcza, że pasierbica nie kryje niechęci wobec niej, zaś Adam obwinia żonę o każdy przejaw pogorszenia się zdrowia matki, sam uczestnicząc w życiu rodziny tylko z doskoku. Kiedy  ze wspólnego konta zaczynają znikać spore sumy, na światło dzienne wychodzą tajemnice Adama, które jeszcze bardziej komplikują życie Ewy.

Chyba nadszedł czas na zmiany.

Dodaj komentarz


Opowieść o stabilizacji, którą chciałoby się zyskać, ale rzeczywistość okazuje się inna. Opowieść o nadziei na lepsze jutro i o zmianie. Sporo tu smutku, życiowej codzienności. Bohaterami targają prawdziwe emocje. Na pewno nie dla tych, którzy oczekują rozrywki.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Rozdział 1

– Mamo! Maa-moo!

Krzyk więźnie w gardle. Chciałabym zerwać się i biec na ratunek, lecz jakaś niewidzialna siła dociska mi głowę do poduszki. Sękata łapa z żółtymi, trupimi pazurami chwyta mnie za nos, obejmując też usta. Nie mogę oddychać. Nie mogę...

Cisza, dzielona na sekundy tykaniem budzika. Niedbale zaciągnięte zasłony wpuszczają do pokoju szaroniebieską smugę światła. Dzięki temu odczytuję ułożenie wskazówek: za dziesięć szósta.

Siadam na skraju kanapy. Równolegle do niej, w łóżku ze szczebelkami, drobna postać tkwi nieruchomo, jak kłoda. Górna część tułowia spoczywa na boku, ale już cała miednica przylega ściśle do materaca. Bliższa noga wyprostowana, dalsza zgiętym kolanem celuje w ścianę.

Znowu rozkopana – wzdycham, podnosząc się niepewnie. Oczy przywykły do półmroku, lecz gdy tylko staję na podłodze, mam wrażenie, że ciemność gęstnieje i czuję dziwny ucisk w skroniach. Muszę w końcu coś z tym zrobić – myślę, i sama nie wiem, czy chodzi mi o skłębioną pościel, czy o moje ciśnienie.

Przechylam się przez barierkę. Uderza mnie odór napęczniałego pampersa. Albo za mało wczoraj wypiła i stąd ten zapach skoncentrowanego moczu, albo zaczynam owulację. Chwytam brzeg poszwy, w której koc zwinął się w harmonijkę, i powoli nasuwam cienkie, podwójne płótno na śpiącą.

I nagle ogarnia mnie przemożna ochota, by ciągnąć je dalej – po pierś, po szyję i jeszcze wyżej, aż zakryje głowę w rytualnym geście, znanym z filmowych szpitali i kostnic. Tak jest! Skończyć z tym raz na zawsze, bo ileż można tak cierpieć? Codziennie od nowa, w zaklętym kręgu bezsensownej rutyny, która po to tylko została wypracowana, żeby utrzymać przy życiu schorowane ciało. Umysł już dawno zestrzelono z właściwej orbity.

A zatem ciągnę, centymetr po centymetrze, pustą kopertę. Na linii obojczyków wyczuwam opór. Coś trzyma ją u dołu. Lewa stopa, wplątana w kłębowisko koca.

Przytomnieję. Żal i wyrzuty sumienia momentalnie skraplają mi się pod powiekami.

– Mamo – szepczę bezgłośnie. – Mamo, przepraszam.

Wyciągam rękę w kierunku krótko przyciętych włosów i natychmiast ją cofam. A jeśli umarła właśnie tej nocy?

Opuszczam barierkę, sprytnie zmajstrowaną przez sąsiada z boków dziecinnego łóżeczka, i pochylam się nad śpiącą, tak że niemal dotykam jej twarzy. Z ulgą wyczuwam na policzku rytmiczne dmuchanie i słyszę lekki świst.

– Mamo? – dobiega spod drzwi.

Serce podchodzi mi do gardła.

– Już, kochanie, chwileczkę.

Z trudem unoszę barierkę. Szczególnie prawa strona przesuwa się opornie, może prowadnica wymaga nasmarowania. Starsza pani znowu jest bezpieczna w swoim kojcu, czas utulić zbudzoną przedwcześnie czterolatkę.

– Mamusiu, czy babcia umarła? – pyta Karolinka, gdy prowadzę ją za zziębniętą rączkę do sąsiedniej klitki.

– Nie, kochanie – mówię, czując, jak drobne włoski na przedramionach stają mi dęba. – Przed chwilą sprawdzałam, żyje na mur beton, tylko bardzo mocno śpi. Ty też powinnaś jeszcze spać. Dopiero szósta, a dziś...

– Tak, wiem – przerywa moja stara-malutka córka tonem egzaltowanej rezygnacji. – Dziś czeka nas ciężki dzień.

Już bez słowa protestu gramoli się pod ciepłą jeszcze kołdrę, całuje mnie w policzek i mówi z powagą:

– W takim razie dobranoc.

Po chwili wahania prostuje, chichocząc:

– Właściwie to dzień dobry.

Wreszcie znajduje rozwiązanie.

– Talogo – rzuca niechlujnym kanaryjskim zwrotem i łypie na mnie czarnym okiem spod jaśka, który na wszelki wypadek przycisnęła do piersi.

Nie podejmuję wyzwania.

– Śpij, myszko – mówię łagodnie.

Gładzę jeszcze wybrzuszenie pod kołdrą w miejscu, gdzie powinno leżeć ramię Karo i wychodzę, starając się nie skrzypnąć drzwiami.

Nie warto już wracać pod kołdrę, lepiej wykorzystać ten nadprogramowy kwadrans na spokojne obcięcie paznokci. Jedyny luksus przed wejściem w kolejny nerwowy tydzień.

– E... Wanna – mówi do mnie Ewa, nieznośnie przeciągając pauzę po „E”. – Polej jeszcze kawy.

Siedzimy wszystkie, cztery panie Bajer, przy stole, na którym piętrzy się śniadanie. Półmiski z ułożonymi artystycznie plasterkami sera i wędliny znam z reklam i... przedmałżeńskiego życia. Kiedy to było? Teraz po prostu to, co jest aktualnie w lodówce, wędruje w swoim opakowaniu wprost na stół. Jeszcze deska z umytymi warzywami i nożem, paczka pokrojonego fabrycznie chleba, pudełka musli oraz karton mleka – i można jeść.

To i tak postęp w stosunku do rodzinnej tradycji peruwiańskich Bajerów, czyli szybkiego posiłku na papierowym ręczniku, by nie brudzić talerzy, spożywanego w samotności, ewentualnie w towarzystwie telewizora.

My przynajmniej siedzimy gromadnie, no i jednak używamy porcelanowego serwisu.

Odrobinę wyszczerbiona filiżanka zawisa w powietrzu tuż przed moim nosem.

– Co? Ach, tak. – Bez słowa sprzeciwu napełniam ją lurą z kawiarki i szybko uzupełniam paroma kroplami mleka. Na nic zda się ględzenie, że szesnaście lat to trochę za mało na picie kawy i że ja w jej wieku... Stąd te manewry z cienkim naparem. Prawdziwe, reanimacyjne espresso zaparzę sobie po wyjściu sióstr.

Obsłużywszy pasierbicę, dla równowagi troszczę się, by Karo dojadła do końca swoją dziwaczną kanapkę. Na kromce ciemnego tostu rozsmarowała dżem, na to nałożyła grubą warstwę sera śmietankowego, a całość zwieńczyła plasterkiem salami. Robi tak od paru dni, widocznie lubi, a ja nie protestuję, bo przecież musi coś mieć w żołądku.

Ewa jest w ostatniej klasie gimnazjum w zespole szkół katolickich i jeździ na lekcje tramwajem, zabierając ze sobą Karolinkę, której przedszkole mieści się na terenie „kampusu”.

Tak jest dla mnie wygodniej, ale Karo, dostosowując się do rozkładu zajęć Ewki, najczęściej traci przedszkolne śniadanie.

W porządku, przedpołudniowe obowiązki matki zaliczone. Sięgam do zlewu, w którym studzi się „ciamciu”, jak Karolina ochrzciła babciną papkę na bazie mleka i kaszy manny. Dla dziewczyn jest to sygnał, że przestaję słuchać, więc mogą bezkarnie paplać po hiszpańsku.

Tam, na wyspie, nie protestowałam, gdy Ewa uparła się, by mówić do przyrodniej siostry w tym języku. Przeciwnie, byłam zadowolona, że mała w naturalny sposób stanie się dwujęzyczna. Ewka, urodzona i wychowana do szóstego roku życia w Limie, o wiele lepiej władała hiszpańskim niż ja po dwóch latach lektoratu na anglistyce. A zatem dziewczyny między sobą porozumiewały się po hiszpańsku, a ze mną i z ojcem po polsku, płynnie przechodząc z jednego języka w drugi i z powrotem.

Jednak od przyjazdu do kraju próbowałam przeforsować zasadę, że w obecności innych osób hiszpański jest zakazany, i aby szybciej wbiły to sobie do głów, do innych osób zaliczyłam również siebie.

– Mamo, zjemy teraz śniadanie – mówię, wiążąc teściowej pod szyją ściereczkę. – Dziś dodałam ci do kaszy dżem truskawkowy, twój ulubiony.

Starsza pani siedzi na wózku przysuniętym do stołu. Na hasło „śniadanie” zwraca na mnie szaroniebieskie, wyblakłe oczy i z trudem rozwiera wargi. Powoli, cierpliwie, ładuję w nie ciepłą papkę. Łyżka, usta, pauza, łykanie połączone z przymknięciem powiek, otwarcie oczu i wystawienie języka. I od nowa. I w kółko to samo. Czasem monotonię karmienia przerywa tylko konieczność otarcia brody. Dwadzieścia siedem łyżek – tyle zawiera emaliowany kubek. Wiem, bo na początku liczyłam. Teraz już nie liczę, opróżniam go machinalnie, zajmując myśli innymi sprawami. Niekiedy mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Może powinnam bawić teściową lekką i przyjemną konwersacją? Dawniej, gdy gromadziliśmy się przy jej stole, bardzo dbała, żeby nie rozmawiać w trakcie posiłku o sprawach trudnych lub niemiłych.

– No to na razie! – głos pasierbicy wyrywa mnie z otępienia.

– Spódniczka! – mówię groźnym tonem, wcale nie patrząc.

Od kilku dni Ewka uparcie wywija górę spódnicy od mundurka, tak że rąbek ląduje dobre dziesięć centymetrów nad kolanem.

– Wyluzuj, Evita – odpowiada. – Jak będziesz tak nudzić, to zacznę po prostu podciągać ją na schodach, ale bez lustra wyjdzie mi krzywo, no i na co to komu?

Trudno nie przyznać jej racji, a jednak nie powinnam tego tak zostawiać.

– W porządku, ja mogę wyluzować, ale powiesz to samo siostrze Serafinie?

Wzrusza tylko ramionami.

Kątem oka widzę, jak dwudziesta czwarta łyżka ciamciu wyjeżdża z powrotem na podbródek teściowej.

– Idźcie już – syczę zniecierpliwiona – bo znowu ucieknie wam tramwaj.

– Pa, mamusiu!

Karolinka zawisa mi na szyi na ułamek sekundy i całuje w ucho, łaskocząc ciepłym oddechem.

– Pa... dziewczynki. – Przemogłam się jakoś, by użyć liczby mnogiej. – Tylko nie zbaczajcie w drodze powrotnej na żadne lody, pamiętacie chyba, że dziś...

– Tak, tak, jasne. – Słyszę wręcz, jak Ewa wywraca oczami. – Chodź, Karo, lecimy.

Poszły. A ja zabieram się do wycierania obrzydliwej papki z brody i szyi teściowej. Na szczęście ściereczka ochroniła ubranie, wystarczy przemyć skórę zwilżoną gazą, nałożyć krem ochronny i przymocować do lewego ramienia nowy „ślinołap”, czyli grubą warstwę ligniny.

Karolinka celuje w wymyślaniu tych nazw. Oprócz „ciamciu” i „ślinołapu” jest także matką chrzestną na przykład „donatek” – kółek przeciwodleżynowych pod piętę i łokieć, czy „lapkoca” – kawałka pledu do przykrywania kolan w chłodniejsze dni.

Z nas wszystkich ona jedna traktuje obecny stan teściowej jak coś naturalnego, bo po prostu nie zna innej babci. Miała dwa latka, kiedy nastąpił pierwszy udar mózgu i trzeba było przenieść się z Gran Canarii do Krakowa. Mąż od razu wykluczył oddanie matki do domu opieki. Owszem, wyjeżdżała niekiedy na turnusy rehabilitacyjne, ale zawsze wracała do własnego mieszkania.

Po pierwszym udarze został jej jednostronny niedowład i lekkie zaburzenie mowy oraz – nie tak już lekkie, niestety – zaburzenie osobowości. Z pogodnej, dowcipnej damy, emerytowanej pani profesor od francuskiego w renomowanym liceum, stała się wiecznie niezadowoloną, podejrzliwą, rozgdakaną jędzą.

Najwięcej na tej przemianie ucierpiała Ewa. Po tragicznej śmierci matki trafiła na trzy lata pod skrzydła babci Marii. To przy niej uczyła się czytać i pisać, od niej usłyszała, skąd biorą się dzieci. Wreszcie to starsza pani, o wiele skuteczniej niż nieprzywiązująca wagi do takich drobiazgów matka, wpoiła wnuczce zasady savoir-vivre’u. Nic więc dziwnego, że dla Ewki następstwa pierwszego udaru były – kolejnym już – końcem świata.

Drugi udar, osiem miesięcy później, gdy wszyscy zdołaliśmy jakoś poukładać sobie życie w nowej sytuacji, odebrał teściowej nawet i tę zwichrowaną osobowość. Odtąd patrzy przed siebie tępo, w absolutnym milczeniu. Jedyne dźwięki wydaje podczas snu – przerażający ni to pomruk, ni charkot. O dziwo, niedowład prawej strony nie pogłębił się, a nawet jakby cofnął, zapewne dzięki żmudnej rehabilitacji. Za to niestety...

No właśnie. Ledwie zdołałam zapanować nad śladami papki z dżemem, gdy mój wyostrzony w tych dniach węch podpowiada, że teraz trzeba pilnie zmienić teściowej pampersa.

Wzdycham, próbując ukryć złość. Nie, wcale nie chodzi o wstręt, jestem raczej odporna na tego typu zapachy i widoki. Po prostu mój kręgosłup nie wytrzymuje już dźwigania bezwładnego ciała w pojedynkę. Zazwyczaj mam szczęście i pomoc Ewy z samego rana, ale dziś jest inaczej.

Jedziemy do łazienki. Zabytkowa, jak zresztą cała kamienica, wanna nie ułatwia mi zadania. Nieoceniony sąsiad, pan Staszek, skonstruował coś w rodzaju ławki. Środek wspiera się na wypukłym brzegu wanny, nogi na jednym końcu stoją w jej wnętrzu, a na drugim – poza wanną, na posadzce. To stelaż dla plastikowego krzesełka z oparciem, które można przesuwać wzdłuż ławeczki.

No dobrze, skoro już tu jesteśmy, postanawiam wykąpać teściową wcześniej, niż wynikałoby to z rozkładu tygodnia. Samodzielne rozbieranie mam opanowane, zresztą od jakiegoś czasu używam wyłącznie ubrań, które rozpinają się do końca. Żadnego przeciągania swetrów przez głowę czy spódnic przez nogi.

– Uwaga, mamo, na trzy – mówię, zrównawszy wózek z krawędzią ławeczki.

Chwytam staruszkę od tyłu pod pachy.

– Raz, dwa i trzy. Hop!

Czuję, jak napinają się jej mięśnie, zupełnie jakby próbowała mi pomóc. Siedzi teraz ukosem, częściowo nadal na wózku.

Wracam od przodu. Przemieszczenie bezwładnych ud wcale nie jest łatwiejsze. Jeszcze dwukrotnie podnoszę ją z obu stron, aż wreszcie siedzi bezpiecznie na krzesełku. Nakrywam jej nagie plecy ręcznikiem, by nie zmarzła i sięgam po kolejny wynalazek pana Stanisława – rodzaj poprzeczki, takiej jak w dziecięcych spacerówkach, którą mocuje się do oparcia, aby utrudnić ześliźnięcie się pasażera z siedziska.

Krzesełko lekko sunie po ławeczce, ale trudno mi jednocześnie je pchać i podtrzymywać nogi teściowej, więc gdy wreszcie trafia na miejsce, nie wiem, której z nas bardziej przydałby się ten prysznic. Jeszcze tylko powalczę z pampersem i...

W akcie desperacji spłukuję brązową maź wprost do wanny, licząc w pamięci, ile czasu zajmie mi potem dezynfekowanie emalii i rury odpływowej. A obiad w lesie i na dodatek ten nieszczęsny magazyn.

Większość naszego dobytku z Gran Canarii leży spakowana w garażu moich rodziców, bo tutaj po prostu się nie mieści. To miał być tymczasowy układ, ale gdy stało się jasne, że teściowa nie może już mieszkać sama, a ja zaproponowałam kupno dużego, wygodnego domu dla nas wszystkich, Adam zdecydowanie odmówił.

– Starych drzew się nie przesadza – powiedział. – Zresztą nie znajdziesz takiej nieruchomości tu w centrum, a kto będzie woził dziewczynki do szkoły i przedszkola z jakiegoś zadupia?

Miał rację. Mnie też jest wygodnie mieszkać przy Zamenhofa. Wszędzie mam blisko. Tylko te rzeczy, niszczejące powoli w pudłach...

Gdyby się dobrze zastanowić, właściwie i tak nie miałabym czasu z nich korzystać. Ostatnio prawie niczego nie czytam, nie słucham ulubionej niegdyś muzyki ani nie wracam do swojej kolekcji filmów.

Wzdychając, spłukuję resztę piany z głowy teściowej. Może to i lepiej, że nie mam tych książek i kompaktów przy sobie – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Część pudeł pozostała nieotwarta od przeprowadzki. Jedyne, które regularnie wietrzymy, to te z ciuchami, ponieważ dwa razy do roku zmieniamy garderobę. I właśnie dziś trzeba w końcu zawieźć do garażu zimowe okrycia, bo odkąd wróciły z pralni, tylko przeszkadzają w przedpokoju. A w piątek przyjeżdża Adam.

Odwrotna procedura z ławeczką, pampersem i ubraniem do reszty mnie wyczerpała. Posadziwszy teściową na wózku, sama opadam na krzesło w kuchni, ciężko dysząc. Mam zalane wodą dżinsy i złamany, a właściwie oddarty z kawałkiem naskórka paznokieć. Muszę teraz, to jest powinnam... Nie, zdecydowanie muszę zebrać się w sobie i ogarnąć ten rozgardiasz. A więc posprzątać po śniadaniu, potem łazienka. Stop! Łazienka przede wszystkim – oczami wyobraźni widzę festiwal bakterii kałowych w wannie. Nie szkodzi, że i tak nikt już się w niej nie moczy, bo ławeczka przeszkadza.

Człapię do drzwi, lecz w połowie drogi zawracam. Nastawiam pełen czajnik, a przy okazji ładuję trzy kopiate łyżeczki kawy do pojemnika w ekspresie. Czekając, aż woda się zagotuje, włączam teściowej jakiś francuski kanał z satelity.

Najpierw silny, gorący strumień z prysznica, za nim cały wrzątek z czajnika, a potem szorowanie silnym środkiem do emalii. Na koniec porcja „kreta” do odpływu. Palec ze zdartym paznokciem piecze, gdy pęka rękawiczka.

Kuchnia wita mnie zapachem kawy. Sięgam właśnie po filiżankę, kiedy komórka rozbrzmiewa nieznajomą melodią. Ach, ta Karo! Spodek ląduje na podłodze, w kilkunastu kawałkach.

– Co tak długo? Dzwonię już trzeci raz. Wszystko w porządku z mamą? – W głosie Adama słychać niepokój.

– Tak, właśnie się kąpałyśmy.

– W poniedziałek? – pyta z niedowierzaniem mój mąż.

– Cóż, oszczędzę ci szczegółów – mówię i natychmiast odbijam piłeczkę. – Z dziewczynkami i ze mną też wszystko w porządku, ale dziękuję, że pytasz.

– Nie zaczynaj, wiesz przecież, że...

– Tak, wiem – przerywam mu, zanim się obrazi. – A co u ciebie?

– Kiepsko. Jeden z naszych Polaków od świdra dwie godziny temu złamał nogę. Masz pojęcie? Pośliznął się na krowim placku, głupi kutafon. Łysy wściekły, bo trzeba będzie mu płacić połowę pensji co najmniej przez półtora miesiąca, a do tego zatrudnić kogoś na zastępstwo. Więc siedzę teraz w Internecie i zamieszczam oferty.

– Współczuję. A zdążysz z tym wszystkim przed piątkiem?

– Muszę. Nie ma mowy, nie zrezygnuję z wyjazdu, choćby nie wiem co. Stęskniłem się za wami.

Adam jest geologiem, specjalistą od złóż metali. W Peru, razem z pierwszą żoną, zajmował się cyną; w Maroku, dokąd latał z naszej wyspy – miedzią, a teraz, po przeprowadzce, cynkiem irlandzkim. Co sześć tygodni zjeżdża do Krakowa na kolejne dwa, uciułane z przepracowanych dla firmy weekendów. Ta wymiana jednak nie jest do końca sprawiedliwa, bo przecież główny geolog nie może tak po prostu zniknąć z horyzontu na pół miesiąca. A zatem, choć mój mąż jest ciałem w domu, głowę i tak ma zaprzątniętą rdzeniami, raportami oraz służbową korespondencją.

Od pewnego czasu taki układ coraz bardziej mi przeszkadza i często przyłapuję się na myśli, że wolę te sześć tygodni słomianego wdowieństwa.

– My też tęsknimy – mówię, tylko trochę nieszczerze, bo „my” obejmuje przecież także Ewkę i Karo. Poza tym jest jeszcze kwestia zakupów. Właśnie kończę ostatni słoiczek Marmite.

– Lecisz z Cork czy z Dublina? – upewniam się po chwili.

– Z Dublina – odpowiada i chyba słyszy mój uśmiech, bo westchnąwszy, pyta:

– Jedzenie czy Boot’s?

– Jedzenie.

Oddycha z ulgą. Nie nadźwiga się zbytnio.

– W porządku – mówi, trochę nieobecnym głosem, a w tle komputer brzęczy sygnałem o odebranej poczcie. – W czwartek zapiszę sobie listę, bo teraz i tak nie zapamiętam. A poza tym co tam u was?

– Nic specjalnego. Po południu mamy garaż, bo zrobiło się ciepło.

Adam przytomnieje.

– A kto zostanie z mamą? – rzuca dość agresywnie.

– Pani Agnieszka. Zgodziła się posiedzieć z nią jeszcze ze dwie godziny po ćwiczeniach, więc powinnyśmy zdążyć, chyba że będą korki.

– Zwariowałaś? Żeby tak bez sensu wyrzucać w błoto ciężko zarobione pieniądze! Ja się zaharowuję w tym irlandzkim prymitywie, a ty lekką rączką rozdajesz moją krwawicę. Przecież ona na pewno policzy sobie jak za dodatkową rehabilitację. To już nie mogłaś umówić zwykłej opiekunki? Przecież...

Ze złością wciskam czerwoną słuchawkę. Tak, Adam słusznie podejrzewa, że Agnieszka, nasza rehabilitantka, zgarnie pokaźną sumkę za tę trzygodzinną wizytę. Ale, po pierwsze, oprócz normalnych zajęć, wypróbuje też dziś na swojej pacjentce kilka ćwiczeń stymulujących aparat mowy. W końcu jest już prawie dyplomowanym logopedą. A jeśli to nie wyjdzie, zaaplikuje teściowej dodatkowy masaż. Po drugie, choćby miała tu siedzieć bezczynnie, ja i tak będę spokojniejsza, że ktoś na pewno jest przy mamie. Nie zaryzykowałabym zmiany opiekunek pod moją nieobecność. Różnie to jest, autobusy się spóźniają, ludzie skręcają nogę na prostej drodze, a los bywa złośliwy i czasem nawet kwadrans samotności może być dla chorej osoby zabójczy. Oczywiście, mogłabym zaczekać, aż rehabilitantka wyjdzie, ale wtedy pełne trzy godziny z Marzeną lub Edytą kosztowałyby niewiele mniej niż te dwie Agnieszki, do której, nawiasem mówiąc, mam największe zaufanie. Po trzecie wreszcie, to sam Adam ustalił kiedyś zasadę, że w miarę możliwości nie narażamy matki na kontakt z więcej niż jedną osobą spoza rodziny dziennie. Starsza pani, pozornie obojętna na otoczenie, w dni, kiedy ma rehabilitację lub wizytę lekarską i na dodatek jakichś gości, robi się niezdrowo podniecona, stawia opór przy rozbieraniu i myciu, a nocą śpi niespokojnie, jęcząc bardziej niż zwykle.

Oczywiście mój mąż zna te argumenty, a przynajmniej jest w stanie się ich domyślić. Wiem jednak, że teraz po prostu szuka zaczepki, by wyładować na mnie swoją frustrację. Fakt, nieciekawie zaczął mu się tydzień, ale to jeszcze nie powód, by mieszać mnie z błotem.

Komórka ponownie rozbrzmiewa nową melodyjką, a na wyświetlaczu miga numer z 353 21 na początku. Naiwny, dzwoni ze stacjonarnego, myśląc, że się zagapię i odbiorę. A nie, Mr Bajer, porozmawiam z panem, gdy oboje trochę ochłoniemy. Wyciszam telefon.

Był to fragment książki Moniki Orłowskiej Adam i Ewy

Strona redakcyjna

Copyright © Monika Orłowska, 2012

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Zdjęcie na okładce

Copyright © istockphoto.com/mammuth

Wydanie I elektroniczne

ISBN 978-83-7674-928-0

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Spis treści

Rozdział 1

Strona redakcyjna