3 razy R - Hanna Cygler

3 razy R

0,0

Sensacja, miłość, zdrada – na tle polskich realiów lat transformacji.

Lata dziewięćdziesiąte. Trzy młode kobiety prowadzące wspólny biznes, szukając w życiu szczęścia, dokonują ważnych wyborów. Olga musi zwalczyć bolesne wspomnienia fatalnego małżeństwa i uważniej przyjrzeć się teraźniejszości, Klaudia próbuje zapanować nad swoim temperamentem, który zbyt często rzuca ją w ramiona nieodpowiednich mężczyzn, Lidkę zaś dręczy zazdrość o męża. Czy ich przyjaźń przetrwa niespodziewany obrót wydarzeń?

Losy bohaterek wciągają, bawią i wzruszają. Pojawiają się tu już postaci, które będą głównymi bohaterami późniejszych książek, jak choćby Zosia Reinert.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Strona tytułowa

Spis treści

***
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziewiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział siedemnasty
Rozdział osiemnasty
Rozdział dziewiętnasty
Rozdział dwudziesty

Copyright © 2003, 2016 by Hanna Cygler
All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor tego wydania: Małgorzata Chwałek
Projekt i opracowanie graficzne okładki: Piotr Majewski
Fotografia na okładce © Uwe Umstätter / Westend61 / Goto Foto

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: 3 razy R, wyd. III poprawione, Poznań 2016)

ISBN 978-83-8062-746-8

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań
tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08
fax: 61 867 37 74
e-mail: rebis@rebis.com.pl
www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

 

 

 

„Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Szary ptak skakał z gałęzi na gałąź, jakby chciał znaleźć dla siebie najlepszy punkt widokowy. Poruszone liście chętnie zrzuciły ciężar nagromadzonych kropel porannego deszczu i drobna strużka spłynęła prosto na nos stojącego przy drzewie księdza. Mężczyzna wzdrygnął się lekko i przesunął w stronę wzniesionego kopczyka. Zanim zaintonował kolejną pieśń, spojrzał w kierunku Olgi. Z wyrzutem? Chyba nie mógł podejrzewać jej o udział w zmowie?

Olga uniosła wzrok, szukając niepozornego dowcipnisia. Najchętniej patrzyłaby tam cały czas, żeby choć przez chwilę nie czuć na sobie świdrujących ją spojrzeń. Teraz jednak oczekiwano, aby to ona rzuciła na trumnę tę pierwszą garść ziemi. Uderzając o wieko, piasek zadudnił głucho, a z ust Olgi wyrwał się niemal bezgłośny jęk.

 

Miał takie miłe przyjazne spojrzenie. Tak właśnie popatrzył na nią, kiedy spytała go o godzinę, i przytrzymał jej wzrok na dłużej. Przeczuwała, że spodobało mu się to, co zobaczył. Jej zresztą też. Zawsze miała ogromną słabość do chłopaków o niebieskich oczach, ale żadnej okazji, aby rozmawiać z nimi. W jej szkole było ich tylu co kot napłakał. A tu nagle, już pierwszego dnia…

 

– Przepraszam!

Nagle Olga uświadomiła sobie, że z wyciągniętą ręką stoi nadal nad trumną, blokując grabarzom dostęp do grobu. Obróciła się zdezorientowana i znów natrafiła na mur wrogich oczu. Zachwiała się lekko, ale nikt się nie zbliżył.

Po prawie pięciu latach spędzonych w tym mieście wśród tych wszystkich osób zgromadzonych na cmentarzu nie było nikogo, na kim mogłaby się oprzeć. Mimo iż nigdy na to nie liczyła, w tym momencie odczuwała przykrość, aż zapiekło ją w oczach. Odsunęła się szybko, niechcący popychając księdza. Spostrzegła, że tym razem na dobre się na nią zezłościł. Nie chodziła od kilku lat do kościoła, nie była u spowiedzi, nawet tego dnia na mszy za duszę zmarłego męża nie przyjęła komunii świętej.

 

– Mam na imię Arek, a ty? – spytał niebieskooki blondyn, a ona zapragnęła, aby podróż autobusem trwała jak najdłużej.

Gawędzili ze sobą już od godziny. Jeszcze nigdy nie rozmawiała tak długo z żadnym chłopakiem. Nie czuła się tym jednak skrępowana. Wydawało jej się, że zna Arka od lat. Budził zaufanie.

 

Ksiądz oddalił się ze swoją asystą, a grabarze szybko i profesjonalnie formowali grób. Ustawili krzyż, który stanął za innym, granitowym, wzniesionym zaledwie dwa miesiące wcześniej. Pośrodku mogiły grabarze położyli wieniec od Olgi. Nie wyglądał najlepiej – białe goździki nie pierwszej świeżości – ale stanowił szczyt umiejętności miejscowej kwiaciarki. Po chwili inni żałobnicy zbliżyli się i złożyli na grobie swoje wiązanki. Nikt jednak nie zatrzymał się przy Oldze. Wszyscy przez moment pochylali się nad mogiłą, po czym pospiesznie odchodzili. Olga pomyślała, że nawet gdyby miała zamiar im podziękować, nie daliby jej żadnej szansy. Obróciła się, chcąc zapłacić grabarzom, ale zauważyła, że podszedł do nich dość krępy mężczyzna. Zamienił z nimi kilka słów, po czym wręczył najstarszemu z nich zwitek banknotów.

– Nie musiałeś tego robić, Tomku – powiedziała, zbliżając się do mężczyzny, który pieczołowicie wycierał grube szkła okularów.

– Nie ma o czym mówić, Olga. Arek był przecież moim kolegą – odparł Tomek i ostrożnie umieścił okulary na czubku nosa. – Podwieźć cię do domu?

Cmentarz mieścił się wprawdzie niemal w centrum miasta, ale Olga nie miała ochoty na samotny przemarsz przez Rynek. Z wdzięcznością przyjęła propozycję Tomka. W towarzystwie tego obiecującego handlowca mogła czuć się naprawdę bezpieczna. Kiedy jednak wsiadała do jego nowego poloneza, miała wrażenie, że śledzą ją tysiące schowanych za nagrobkami i drzewami oczu.

– Powiedz, jak mógłbym ci pomóc – odezwał się Tomek.

Olga westchnęła i uśmiechnęła się lekko do niego.

– Mam nadzieję, że sobie poradzę – odpowiedziała zachrypniętym głosem.

– Wiesz, jeśli będzie ci potrzebna pomoc prawna czy rada, to możesz na mnie zawsze liczyć.

– Dziękuję ci. Może za jakiś czas. To tak nagle się stało…

– Biedulka. – Tomek poklepał ją po ręce. – Nie przejmuj się niczym. Ludzie… – zaczął, ale rozmyślił się i nie dokończył zdania. – W każdym razie niczym się nie martw. Kiedy Grażynka wyzdrowieje, przyślę ją do ciebie. Myślę, że po tych wszystkich przejściach potrzeba ci kobiecego towarzystwa.

Olga pokiwała głową i uścisnęła jego rękę. Nie przepadała za żoną Tomka. A poza tym poprzedniego wieczoru odwiedziła już prawnika i dowiedziała się od niego wystarczająco dużo na temat interesów prowadzonych przez Kuźmińskich. Wysiadła z samochodu i weszła na podwórko.

 

– Daleko jedziesz? – spytał Arek i ucieszył się, słysząc jej odpowiedź. – Ja tam mieszkam, więc już kogoś będziesz znała w tej mieścinie. Nie masz się czego bać.

Autobus szarpał nimi we wszystkie strony, a kiedy za którymś razem rzucił ją w kierunku nowego znajomego, chłopak przytrzymał ją mocniej w ramionach. Poczuła wówczas przenikającą ją nagłą radość. To nie był przecież koniec świata. Wszystko dopiero się zaczynało!

– Mieszkamy z ojcem obok Rynku. Mieszkania pielęgniarek są o rzut kamieniem od nas – powiedział. – Z pewnością będziemy się często widywać.

 

Przekręciła klucz w drzwiach i wślizgnęła się do środka. Pustka i wibrująca w uszach cisza, od której można dostać gęsiej skórki. Zajrzała do wszystkich czterech pokojów (łazienkę postanowiła pominąć), a potem przeszła do kuchni i nastawiła wodę na herbatę.

Powolne sączenie gorącego płynu nie pomagało jej jednak zwalczyć zimna, które zbyt głęboko w niej tkwiło. Nie powinna tak marznąć. Był przecież początek maja. Zielony i ciepły, pełen zapachów i niespełnionych obietnic.

Dopiwszy herbatę, Olga przeszła do najbliższego pokoju. Spokojnie i metodycznie zaczęła układać rozrzucone na podłodze rzeczy.

 

– Olga! Masz gościa. – Głos koleżanki zbudził ją z najgłębszego snu. Pospiesznie zerwała się z łóżka i ochlapała twarz zimną wodą.

– Spałaś? – Arek wydawał się zdziwiony.

– Miałam strasznie ciężki dyżur. – Spojrzała na zegarek. Było już prawie południe i okropny upał.

– Ojciec wyjechał do Władysławowa, więc mogłem prysnąć na wagary. Co powiesz na kąpiel w jeziorze?

Uśmiechnęła się do niego, zupełnie zapominając, że nie ma porządnego kostiumu kąpielowego.

 

Dopiero czując dotkliwy głód, oderwała się od porządkowania. Odłożyła książki i przeszła do kuchni. Automatycznymi ruchami przygotowała sobie kanapkę z serem, a potem jadła ją, nie czując żadnego smaku. Kiedy połknęła już ostatni kęs, stwierdziła, że jest o wiele bardziej głodna niż przed jedzeniem. Podeszła do okna wychodzącego na Rynek i wyjrzała. Burzowe chmury całkiem zasłoniły zachodzące słońce i zrobiło się ciemno. Przechodnie pospiesznie przemykali do domów. Cofając się od okna, Olga zahaczyła o leżący na stoliku album i zdjęcia wysypały się na podłogę. Pochyliła się, aby je pozbierać.

 

Miał nie tylko miłe spojrzenie. W ogóle był bardzo miły! I tak bardzo się nią interesował. W ciągu tych wakacji zdążyli być w kinie, kawiarni, kilka razy na plaży. Dzięki Arkowi nauczyła się porządnie całować – przynajmniej tak jej się wydawało – i pływać. Jej nowe koleżanki były zdziwione zachowaniem Arka. Już niejedna próbowała zagiąć parol na niego. Ale zawsze bezskutecznie.

– Chyba ojciec nie pozwala mu umawiać się z dziewczynami – orzekła Krysia, która najbardziej orientowała się w specyfice tego miasta. – Arek się go we wszystkim słucha.

– Przecież jest dorosły. Ma dwadzieścia dwa lata.

– To o niczym nie świadczy. Zobaczysz sama – powiedziała Krysia. – Chyba że akurat tobie uda się to zmienić.

 

Ze zgrozą stwierdziła, że były to zdjęcia ślubne. Nie pamiętała, kto je włożył do tego albumu. Pewnie on, bo ona sama nigdy w życiu nie chciałaby wziąć ich ponownie do ręki. Starając się nie patrzeć na nie, zebrała je na kupkę, którą wcisnęła między okładki albumu.

Po złowrogich pomrukach dobiegających zza okna mogła poznać, że burza zbliżyła się do miasta. Temperatura w mieszkaniu jakby jeszcze bardziej się podniosła. Olga poczuła woń własnego potu. Zamiast pójść do łazienki, nalała gorącej wody do miski i zdjęła swoje żałobne ubranie.

 

– Co to takiego? – Zobaczyła, że Arek łyka jakieś pastylki.

– Koszmarnie boli mnie głowa – wyjaśnił. Rzeczywiście był blady.

– Szkoda, że nie powiedziałeś wcześniej. Przyniosłabym coś z apteki – powiedziała, a Arek wziął ją za rękę. – Jutro wyjeżdżam – wyjąkała ze łzami w głosie.

Na samą myśl o wyjeździe robiło jej się słabo. Nie było jednak wyjścia. Zastępstwo się skończyło, a ciotka donosiła już, że załatwiła jej pracę w szpitalu miejskim w Gdańsku.

– Tak to szybko minęło, aż się wierzyć nie chce – zauważył i przyciągnął dziewczynę do siebie. – Proszę cię, nie wyjeżdżaj!

Nie powinni całować się na środku ulicy. Od razu można było przypuszczać, że zdarzy się coś okropnego. Tak jak teraz…

– Dobry wieczór! – Niski męski głos sprawił, że Arek niemal odskoczył od niej. Naprzeciwko nich stał starszy mężczyzna o szpakowatych włosach i przenikliwym spojrzeniu. – Przedstawisz mnie swojej koleżance?

W napięciu patrzyła na twarz Arka.

– To jest mój ojciec.

 

Umyła się bardzo dokładnie, zmieniła bieliznę i z powrotem nałożyła czarną sukienkę. Już ubrana podeszła do wielkiego lustra w sypialni i zajrzała w jego głębię, pragnąc zobaczyć w nim coś więcej niż odbicie własnej osoby. Po chwili sięgnęła do szuflady stojącej przy lustrze szafki i wyjęła flakonik perfum. Po pokoju rozszedł się delikatny zapach konwalii. Gotowa, kolejny raz wyjrzała przez okno wychodzące na Rynek. Na dworze było już niemal czarno, ale zanim rozległ się odgłos pierwszego pioruna, wymknęła się z domu.

Zamierzony dystans pokonała w tempie prawie olimpijskim, w zaledwie parę minut, z deszczem jednak przegrała. Stała na ganku parterowego białego domku przemoczona niemal do nitki i ciężko dyszała. Nim zdążyła nacisnąć dzwonek, drzwi się otworzyły i stanął w nich młody mężczyzna ubrany w granatową bawełnianą koszulkę i dżinsy. Na widok Olgi uśmiechnął się lekko. Nie wydawał się zdziwiony.

– Wiedziałem, że to ty – powiedział i odsunął się, wpuszczając ją do środka.

Za zamkniętymi drzwiami natychmiast zbliżyła się do niego i położyła mu ręce na ramionach. Był szczupły, ale miał bardzo wysportowaną sylwetkę. Jaką dyscyplinę uprawiał? Coś o tym kiedyś wspominał. Biegi czy pływanie? Żałowała, że na początku niezbyt zwracała uwagę na to, co mówił. Teraz w zasadzie nie wypadało ponownie pytać. Sprawiłoby to wrażenie, że tak niewiele ją interesował.

– Skąd wiedziałeś, że przyjdę? – spytała. Sama nie była tego pewna aż do ostatniej chwili. Przytuliła twarz do jego piersi. Pachniał wodą kolońską, ale całe mieszkanie przepełnione było zapachami przyniesionymi z warsztatu.

Pokręcił głową.

– Miałem tylko nadzieję – odpowiedział, nim zdążyła mu ściągnąć podkoszulek.

Zbliżył do niej twarz. Olga bała się, że poczuje jego pocałunek, ale usta mężczyzny w ostatnim momencie zmieniły cel i zagłębiły się w jej szyi. Poczuła, jak rozpina jej sukienkę.

– Chodź! – Pociągnęła go za rękę.

Znów dojrzała na jego twarzy ten specyficzny uśmieszek. Doskonale wiedział, o co jej może chodzić. Otworzyła drzwi prowadzące do pokoju, a potem prawie pchnęła go na nieposłane łóżko i zaczęła rozpinać mu spodnie.

– Jesteś niesamowita! – jęknął po chwili, kiedy jeszcze czubkiem języka zagwarantowała stan jego gotowości. Przez materiał sukienki próbował złapać jej piersi, ale mu na to nie pozwoliła. Podniosła się z łóżka i zdjęła majtki.

– Poczekaj…

Jego mocny uchwyt uświadomił Oldze, że wszystko, co z nim robiła, działo się jednak przy jego całkowitym przyzwoleniu.

Zręczny ruch rozpinający spinkę do włosów spowodował, że ciemne, mokre loki kaskadą spłynęły po nagim torsie mężczyzny. Teraz z kolei przez twarz Olgi przeleciał nieznaczny uśmieszek. Wiedziała dobrze, jakim afrodyzjakiem są dla niego jej włosy. Patrząc mu prosto w oczy, wspięła się na niego i powolnymi ruchami zaczęła wypełniać nim siebie. Po chwili zauważyła zdziwiona, że leży pod nią nieruchomo, z przymkniętymi oczami, jakby całkowicie oddawał jej stery. Jego nagła pasywność zdenerwowała ją i zaczęła poruszać się na nim coraz szybciej. Co ukrywają jego szare oczy, które nieoczekiwanie potrafią zmienić się w zupełnie ciemne? Jeśli tak chce, to niech ma. I całkiem słusznie. Bo to ona rozdaje tu znaczone karty, to ona racjonuje ten towar, jak sama zechce. To ona decyduje co i kiedy. I jak. O tak, tak, TAK!!!

Spazm, który wstrząsnął jej ciałem, był równoczesny z odgłosem pobliskiego gromu. Nagły dreszcz nie zdążył jeszcze osłabnąć, kiedy jej kochanek gwałtownym ruchem zerwał z niej sukienkę i nie rozłączając się z jej ciałem ani przez moment, przewrócił Olgę na plecy. Jak z oddali słyszała, że z każdym ruchem powtarza jej imię.

– Kocham cię!

To niemożliwe. On nie mógł tego powiedzieć. W tym półprzytomnym ze szczęścia stanie musiała się przesłyszeć. Kiedy się z niej zsunął, obrócił się na bok i objął ją ramionami.

– Dzisiaj możesz ze mną zostać przez całą noc. Już nic nie stoi na przeszkodzie – powiedział po chwili. – Zostaniesz, prawda?

To, co przed chwilą zaszło, było tak intensywne, że Olga miała ochotę obiecać mu wszystko. Zauważyła, że się jej przygląda. Zawsze tak robił. Pragnąc uniknąć jego wzroku, przycisnęła usta do jego piersi. Poczuła, jak prawą rękę przesuwa po jej plecach, delikatnie masując poszczególne kręgi.

– Zupełnie nie rozumiem tego, co udaje ci się ze mną zrobić. Chyba jesteś czarownicą – powiedział.

Olga zwilżyła śliną język i zatoczyła nim na jego brzuchu kółko.

– Widzę, że jednak nie masz ochoty na rozmowę – zauważył, przyciskając do siebie jej głowę. – Pewnie masz rację. Z tobą nie da się rozmawiać w łóżku. – Westchnął i ścisnął lekko jej pierś.

Kiedy Olga obudziła się kilka godzin później, na dworze nadal padało. Jej partner spał zwinięty w kłębek. Po raz pierwszy widziała go śpiącego i stwierdziła, że podoba jej się ten widok. Mężczyzna oddychał lekko chrapliwie przez nos. Pewnie gdzieś się zaziębił. Trochę za długie włosy niesfornie opadały mu na czoło. Wyglądał tak, wyglądał tak… Nagle Olgę zaniepokoiła niemal rozsadzająca ją czułość. Pospiesznie cofnęła rękę. Gdyby go dotknęła… Nie chciała się nawet nad tym zastanawiać. Wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić. Bezszelestnie zebrała z podłogi bieliznę i sukienkę i wymknęła się do sieni.

Deszcz teraz zaledwie siąpił, a Olga wolno wędrowała w stronę domu. Kiedy weszła do środka, natychmiast zorientowała się, że coś jest nie w porządku. Zapalenie w pokoju od Rynku światła dało jej odpowiedź. Szyba okienna była stłuczona, a na podłodze leżał kamień z przyczepioną kartką. „Ty kurwo, morderczyni! Nie ujdzie ci to bezkarnie!” – krzyczały nieudolnie nagryzmolone drukowane litery. Olga zachwiała się jak od ciosu i osunęła na podłogę. Z oczu trysnęły łzy. Po chwili pomyślała, że natychmiast po znalezieniu kartki powinna zgasić światło w pokoju, gdy nagle zza okna dobiegły ją podniesione męskie głosy.

– Dziwka!

– Jego też zabiłaś!

– Nie ujdzie ci to, zdziro, na sucho!

Bała się wstać z podłogi i na czworakach wycofała się z pokoju. Łzy zalewały jej twarz, próbowała zatykać sobie uszy, ale zewsząd słyszała:

– Kurwa jedna!

– Wywłoka!

– Suka!

Dlaczego nie została z nim, jak o to prosił? Sama była sobie winna. A jeśli oni wejdą do mieszkania? Podbiegła do telefonu w korytarzu i podniosła słuchawkę. Był głuchy. Ze strachu stanęła zupełnie sparaliżowana, nie wiedząc, co począć. Nagle usłyszała głos dobiegający z sąsiedniej kamienicy:

– Jak się zaraz nie wyniesiecie, to wezwę policję. Dzieci mi pobudzą!

Po chwili Olga usłyszała odgłos wycofujących się kroków. Jej napastnicy zrezygnowali z oblężenia. Odetchnęła z ulgą. Na ciężkich nogach powlokła się do swojego pokoju.

 

Dzwonek u drzwi rozlegał się tak donośnie, jakby się coś paliło. W pierwszym momencie nie poznała przybysza, oślepiona blaskiem słońca. Stała tylko nieruchomo i milczała.

– Olga! – powiedział i dopiero wówczas zauważyła bukiet gerber w jego ręku. – Nie wpuścisz mnie?

Natychmiast zrobiła w myślach przegląd sytuacji. Mieszkanie było wysprzątane, ciotka w kościele, ona sama, na szczęście, po powrocie z piwnicy zdążyła się umyć i zmienić ubranie na czyste. Uśmiechnęła się do Arka.

– Trochę mnie zaskoczyłeś.

Arek wszedł do jedynego pokoju, ale się nie rozglądał. Patrzył tylko na nią.

– Przepraszam, ale to tak nagle wyszło. Ojciec kupił nowy wóz i przyjechaliśmy do Gdańska. – Usiadł teraz przy stole i nie spuszczał z niej oka. – Wyobraź sobie, że sam zaproponował, aby do ciebie zajechać. „Ta twoja miła koleżanka pielęgniarka”. – Arek mrugnął do niej konspiracyjnie. – Chcielibyśmy zaprosić cię na kolację do „Grand Hotelu”.

– Mnie?

Olga zdumiała się. Nie liczyła wprawdzie na to, że po jej powrocie do Gdańska Arek będzie ją jeszcze pamiętał, ale było jej strasznie przykro, że przez kilka miesięcy nie przysłał jej nawet jednej kartki.

– Proszę cię, Olga, nie odmawiaj. Wiem, że zachowałem się jak świnia, nie kontaktując się wcześniej z tobą, ale mieliśmy tyle pracy, a ja nie potrafię pisać tak pięknych listów jak ty. Nie chciałem, żebyś myślała, że jestem jakimś niedouczonym idiotą.

Nie jest bardziej niedouczony niż ja sama, przeszło jej przez myśl. Wzruszyła ją jego szczerość.

– Jeśli przekupisz mnie lodami z bitą śmietaną, to pójdę – powiedziała i nagle przypomniała sobie o diecie. Olga czuła, że jest stanowczo za gruba, ale dla zachwyconych jej zgodą oczu Arka to nie miało większego znaczenia.

 

Olga bała się tego, co zamierzała zrobić, miała jednak duże doświadczenie w liczeniu wyłącznie na samą siebie. Pod tym względem jej sytuacja życiowa nie zmieniła się aż tak dramatycznie. Kiedy tylko odzyskała władzę w nogach, powróciła do układania rzeczy w skrzyniach. Przede wszystkim powinna dokończyć porządkowanie papierów. Niektóre dokumenty z pewnością będą jej wkrótce potrzebne. Ale aby się do nich dostać, musiała przejść do pokoju od strony Rynku i ponownie zapalić w nim światło. Poza tym, co ma zrobić z szybą? Powinna jakoś zabezpieczyć okno. W tym momencie pomyślała o chłopaku, którego zostawiła śpiącego. Na pewno on szybko rozwiązałby sprawę okna, ale… Włączyła światło w przedpokoju i z szafki na dokumenty zaczęła wyjmować potrzebne papiery. Pierwszy wpadł jej w ręce akt ślubu.

 

Spacerowali z Arkiem nad Jeziorem Kamiennym. Śnieg chrzęścił im pod stopami. Zachodzące na bezchmurnym niebie słońce ścieliło się po białym krajobrazie niebieskimi cieniami. Wszystko dokoła wydawało się krystalicznie czyste i takie ciche w oczekiwaniu na zmierzch. Olga również czuła spokój, mimo iż wiedziała, że już za godzinę odjedzie autobusem do Gdańska. Pewnie jeszcze długo będzie wspominać tę niedzielę.

Arek przyjechał po nią samochodem z samego rana i zabrał do swojego domu przy Rynku. Pierwszy raz! Olga nie posiadała się ze zdumienia, kiedy na miejscu okazało się, że czekał na nich słodki poczęstunek przygotowany przez starszego Kuźmińskiego. Z tego, co o nim wiedziała, wynikało, że prowadził firmę budowlaną, a poza tym był współwłaścicielem nadmorskiego pensjonatu. Nie przypuszczała, że tego typu człowiek mógłby się zaangażować w przygotowanie wizyty dziewczyny swego syna. Tak, ostatnie wydarzenia pokazały, że można ją było nazwać dziewczyną Arka. I, co najważniejsze – miała wrażenie, że jego ojciec jest tym zachwycony. W tę niedzielę znowu zabrał ich do knajpy na obiad i zadawał Oldze wiele pytań dotyczących jej rodziny, a w zasadzie jej braku.

– Oleńka! – Arek obrócił twarz w jej stronę. Od zimna posiniały mu policzki.

– Tak? – Uśmiechnęła się do niego. Mimo że Kuźmiński umilał im czas, jak tylko potrafił, nie mogła się doczekać pozostania z Arkiem sam na sam i ich delikatnych pieszczot.

– Co byś powiedziała na to, żebyśmy się pobrali?

Zanim słowa przeszły jej przez gardło, serce zaczęło walić jak oszalałe.

 

Nad ranem Olga uznała, że jest spakowana, i wyniosła na korytarz dwie duże walizki. Zamknęła drzwi na dwa zamki i mocując się z ciężarem, zeszła po schodach z pierwszego piętra. Miała nadzieję, że uda jej się zdążyć na pierwszy poranny autobus do Gdyni. Deszcz przestał padać, wszędzie pachniało świeżością i zapowiadał się piękny, słoneczny dzień.

Rozdział pierwszy

Olga w osłupieniu przyglądała się dwudziestu zdekompletowanym skarpetkom, zastanawiając się nad fenomenem znikania pojedynczych egzemplarzy. Już od dłuższego czasu zajmowała się tropieniem ich tajemniczego losu. Myślała, że uda jej się w końcu je przechytrzyć, i odkładała pojedyncze sztuki, licząc na to, że ich „siostry” od pary wkrótce znudzą się wycieczkami w nieznane i powrócą do prawowitych właścicieli. Nadaremnie.

– Olga! Nie widziałaś mojej czarnej muszki? – przerwał jej naukowe rozmyślania głos Konrada. Po chwili mężczyzna wszedł do sypialni. – Kochanie! Nie jesteś jeszcze gotowa?

Zapinał właśnie pas od smokingu, ale nadal po kąpieli miał lekko wilgotne włosy.

– Czekam do ostatniej chwili z włożeniem sukienki, żeby się nie wygniotła.

Konrad przyjrzał się Oldze uważnie, a raczej jej wyjściowej bieliźnie w kolorze bordo.

– Jesteś pewna, że chcesz iść na ten bal? – Zajrzał ciekawie w rowek między piersiami, pogłębiony dzięki stanikowi z push upem.

Tym razem to nie była kwestia chcieć czy nie chcieć, więc jego pytanie miało charakter czysto retoryczny. To był bal charytatywny, organizowany corocznie przez fundację, której Konrad prezesował. Musiała pójść na tę imprezę, choćby konała ze zmęczenia i podpierała się rzęsami. Ale Olga wcale nie konała. Czekała na ten bal z ogromną radością. Mimo wielu przyjęć, na które chodzili, ten wieczór był zawsze zwieńczeniem sezonu karnawałowego, a ona sama miała pewien wpływ na to, do kogo kierowane były zaproszenia.

Już bez ociągania skropiła się potężną dawką „Amarige” i wsunęła w bardzo wąską, długą sukienkę koloru czerwonego wina. Jednak śmiałe rozcięcie z boku umożliwiało nawet najbardziej dynamiczne tańce. Kilka wieczorów wcześniej dokładnie to z Konradem sprawdzili. Teraz czekał w pobliżu, aby pomóc zapiąć sukienkę na plecach.

– Liczę na to, iż zostaniesz królową balu – powiedział i Olga wiedziała, że mówi to serio. Nie chciała, aby się rozczarował, choć uważała, że byłoby znacznie lepiej, gdyby, jako jego żona, trzymała się bardziej w cieniu. To sponsorzy powinni tego wieczoru znajdować się w centrum uwagi.

– Martwię się o Mariannę. Po południu trochę kaszlała.

Konrad odwrócił się od lustra, przed którym żelem Olgi układał swoje kruczoczarne włosy.

Jaki on przystojny! I w dodatku jest moim własnym, osobistym mężem, pomyślała.

– Jesteś przewrażliwiona, skarbie. Nic jej nie będzie. Mama wie, co robić, jakby coś się zaczęło dziać.

– Wiem, ale tak się zawsze o nią boję.

To mało powiedziane. Olga dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że ma bzika na punkcie ich trzyletniej córeczki, tak bardzo przez nią wyczekanej.

– Nie tylko ty ją kochasz. – Konrad uśmiechnął się do niej, mrużąc czarne jak smoła oczy, które czasem potrafiły być lekko skośne i nadawały mu egzotyczny wygląd.

Olga pakowała do balowej torebki niezbędne kosmetyki i zastanawiała się głośno, ile w tym roku uda im się zebrać pieniędzy. Niezależnie jednak, ile by ich było, zawsze będzie za mało. Potrzeby konieczne do utrzymania domów dziecka niezmiennie przewyższały wpływy. Już ona sama coś o tym wiedziała.

Konrad spojrzał na zegarek i zaklął. Nie byli wprawdzie spóźnieni, ale powinni być znacznie wcześniej, aby móc witać przybyłych. Sięgnął po telefon komórkowy żony i zadzwonił po taksówkę.

– Olga! Pamiętaj o zapasowych butach.

Pospiesznie zbiegli z góry i narzucili na siebie płaszcze. Olga wyjrzała przez okno i zauważyła, że taksówka już zajechała. Konrad włączył jeszcze alarm przy drzwiach i wybiegli, trzymając się za ręce.

 

– Rosińscy wyszli już z domu – donosiła Lidka, stojąc na taborecie i wspinając się na same czubki szpilek.

Marek przestał się miotać nerwowo po pokoju.

– A skąd ty o tym wiesz? – spytał żonę.

– Ha! Pod pewnym kątem widzę ich wszystkie okna od frontu. Kiedy wychodzą, Konrad zawsze zostawia światło w gabinecie. Pewnie myśli, że odstraszy w ten sposób złodziei – odparła, zastanawiając się, w jaki sposób zeskoczyć z taboretu i nie wbić się szpilkami w parkiet.

Marek rozwiązał jej problem. Przerzucił ją sobie przez ramię i ściągnął na ziemię. Po bezpiecznym wylądowaniu wygładziła zieloną suknię z tafty.

– Odkrywczość Konrada jest porażająca – mruknął pod nosem, próbując naciągnąć skarpetkę.

Lidka zerknęła na męża. Uważała, że Marek jest ślepo zapatrzony w swego o rok młodszego przyjaciela. Wiedział poza tym, ile mu zawdzięcza. Gdyby nie przedsiębiorczość Konrada, do tej pory tkwiłby wyłącznie na etacie uniwersyteckim i był uzależniony od dochodów żony. A tak, dzięki współpracy z Rosińskim, żyło im się zupełnie nieźle.

– Nie wiedziałem, że ich podpatrujesz. – Marek spojrzał na żonę zdumiony, że ożenił się z voyeurystką.

– Skoro mieszkamy obok, jest to mój obowiązek. Nie wiesz? „Sąsiedzi chronią twoje mieszkanie” – odpowiedziała, rozsiadając się wygodnie w fotelu.

Już od kilkunastu minut była ubrana i gotowa do wyjścia. Czekała tylko na Marka. On nigdy nie był w stanie nadążyć z czymkolwiek. Podobnie było z kupnem domu. Gdyby zdecydował się wcześniej, mogliby teraz mieć ten śliczny bliźniak po drugiej stronie osiedla. Tyle że według Marka była to jego „gorsza część” i zbyt daleko od Rosińskich, do których najchętniej wprowadziłby się na stałe. I tak wylądowali w domu typu pudełko z lat sześćdziesiątych. Dopóki jednak był przy nim dość spory ogród, reszta nie była taka ważna.

– Wziąłeś pieniądze na datki? – spytała, przypuszczając, że tego nie zrobił. W tej kwestii Marek zdawał się całkowicie na nią.

– A ile powinniśmy dać? Same zaproszenia kosztowały przecież fortunę.

Tyle że ty dostałeś je od Konrada za darmo, pomyślała i sięgnęła do szuflady po więcej banknotów. Marek skończył już zapinać garnitur.

– No to ruszamy. Mam nadzieję, że zasłużymy na uścisk ręki wystrojonego galowo prezesa – rzucił i ruszył w stronę przedpokoju.

Zamykając drzwi, Lidka zastanawiała się, czy przypadkiem Marek nie pokłócił się z Konradem. Miała nadzieję, że nie. W każdym razie jej stosunki z Olgą były idealne. Obie doskonale potrafiły oddzielić pracę od przyjaźni. Czasem tylko zastanawiała się, jak dalece Olga jest w tym wszystkim szczera. Przeklinając się w myślach za niepotrzebne analizowanie, postanowiła, że spędzi tę noc w prawdziwie szampańskim humorze.

 

Klaudia nie była zadowolona z tego, co widziała na swojej głowie. Żałowała teraz, że spędziła w salonie fryzjerskim niepotrzebnie tyle czasu. Może powinna przefarbować włosy na ciemniejsze? Jeśliby to jednak zrobiła, wszyscy w firmie pomyśleliby, że naśladuje Olgę, gdyby została blondynką, podejrzewaliby, że robi się na Lidkę.

Takie porównania były przekleństwem, kiedy wspólnie we trójkę prowadziło się firmę. Uważała poza tym, że jest z nich najbrzydsza. Na próżno przyjaciółki przekonywały ją, że ma klasyczne rysy twarzy, gęste ciemnoblond włosy, śliczne usta, a poza tym jest od nich znacznie młodsza. Nie wierzyła w to, co mówiły, zwłaszcza po tym, kiedy na trzy dni przed balem jej dotychczasowy chłopak zrobił nagły zwrot przez rufę i wyjechał do Austrii na narty. I to z kim! Z recepcjonistką z jej własnego hotelu. To był cios poniżej pasa i straszne upokorzenie. Kiedy on zdążył poznać tę dziewczynę? Pewnie podczas swych licznych wizyt w hotelu. A ona była przekonana, że przychodzi tam z głębokiego uczucia do niej. Nie przejmuj się mną. Rób swoje. Usiądę w foyer i poczytam gazetę. Ciekawe, co to za gazety studiował. Pewnie jakieś pornole. Tak czy siak, wystawił ją przed tym balem do wiatru. Wypłakała wówczas morze łez, a następnego dnia oświadczyła Oldze, że na bal nie przyjdzie.

– Oczywiście, że to zrobisz! – powiedziała stanowczo Olga. – Lepiej przyjść samotnie niż z jakimś przygodnym idiotą. Poza tym siedzisz przy naszym stoliku, więc będziesz miała asystę.

– Ale jak będą tańce? – Zaczęła pochlipywać w chusteczkę.

– To zatańczysz z Konradem. Ja mogę siedzieć sama.

Już to widzi, jak osamotniona przy stoliku Olga powoli sączy drinka! Jednakże wizja pozostania tego dnia w domu wyłącznie w towarzystwie własnych myśli była jeszcze bardziej okropna i zgodziła się przyjść. Postanowiła jednak nikogo z nich nie zawieść i zrobić się na bóstwo. I stąd ta wizyta u fryzjera. I kupno butów… Na samą myśl o nich robiło jej się gorąco. Wyszła przecież na taką idiotkę.

Tego popołudnia, opuszczając salon fryzjerski, Klaudia przypomniała sobie, że nie ma butów na bal. To znaczy miałaby, gdyby zaniosła je do szewca. A ponieważ na śmierć zapomniała… Nie, w żadnym wypadku nie mogła teraz do granatowej sukienki włożyć brązowych czółenek. Zła, mrucząc pod nosem obsceniczne przekleństwa, zawróciła astrę i pojechała do „Klifu” w Orłowie. Jeżeli tu nie znajdzie dla siebie odpowiednich butów, będzie to dla niej jasny znak, że tego wieczoru los proponuje jej solowe oglądanie telewizji.

Los jednak miał w stosunku do niej zupełnie inne plany. Tak przynajmniej myślała, przymierzając parę ślicznych szpilek z tak delikatnej skóry, że leżały na nodze jak skarpetki. Natrafiła na nie prawie natychmiast po wejściu do sklepu. Pasowały idealnie! Nie było sensu dłużej się nad tym zastanawiać. Jak najszybciej powinna wrócić do domu.

– Pięćset złotych – oznajmiła ekspedientka.

Klaudia sięgnęła po portfel, zastanawiając się przez chwilę, czy nie przesadziła. Nie była zwolenniczką kupowania rzeczy o zbyt wygórowanych cenach. No tak, ale to awaria, wytłumaczyła sobie, wygrzebując z portfela zwitek banknotów. Jest ich sporo, jednak ich nominały zbyt niskie, pomyślała w nagłej panice. Zaczęła uważnie rozkładać je na ladzie.

– Dwieście, trzysta…

Doszła do czterystu i koniec. Uśmiechnęła się niepewnie w stronę sprzedawczyni, która w kasie nabiła już cenę, i zaczęła wyjmować na ladę zawartość torebki, licząc, że może jakaś stówa zaplątała się w kosmetykach. Rzeczywiście znalazła w nich kilka banknotów i trochę bilonu. Wyciągnęła je z triumfem.

– Czterysta czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt.

Mina jej zrzedła. Stała nieruchomo, gdy nagle usłyszała zza pleców męski głos.

– Może mogę pani pomóc?

Zaczerwieniła się po same uszy, widząc, że stojący z parą męskich butów osobnik jest bardzo przystojny.

– Zabrakło mi pieniędzy – wyjąkała. – I karty.

– Ile? – spytał, uśmiechając się do niej zza okularów.

– Czterdzieści złotych.

Nadal z tym samym uśmiechem sięgnął do swojego portfela.

– Proszę kupić te buty. Są prześliczne.

– Ja… ja nie mogę.

Mężczyzna nie przejmował się jej oporami i podał pieniądze kasjerce. Z torbą z butami w ramionach Klaudia czekała, aż on sam dokona swego zakupu.

– Jak mogę panu oddać te pieniądze? Bardzo panu dziękuję za pomoc. Dzisiaj idę na bal i zależało mi…

Z uśmiechem machnął tylko ręką i powiedział:

– To taki Mikołajowy prezent.

– W styczniu? Chyba za późno.

– Dlaczego? Ja jestem Mikołaj – przedstawił się i podał jej rękę.

Skończyło się na kawie w ogródku „Klifu” i zdobyciu jego wizytówki – bo przecież ona musi spłacić dług! Co za cudowny zbieg okoliczności. Teraz kolejny ruch należał do niej. Nie musiała omdlewać z napięcia przy każdym dzwonku telefonu. Tych kilka minut rozmowy przekonało ją, że wreszcie spotkała mężczyznę swego życia. Pozostało tylko jego samego do tego przekonać. W każdym razie nie nosił obrączki ślubnej, co wyglądało obiecująco…

Klaudia włożyła płaszcz i zamknęła drzwi. Postanowiła się nie przejmować. Fryzura ujdzie w tłoku, a następnym razem będzie lepiej. Miała słodką nadzieję, że na kolejnej imprezie towarzyszyć jej będzie Mikołaj Wraniec.

 

Lidka patrzyła z podziwem na nieskazitelnie wyglądającą po pięciu godzinach zabawy przyjaciółkę: nie była zarumieniona od tańca i alkoholu i nawet żaden kosmyk na jej głowie nie zmienił pozycji. O sobie Lidka wiedziała, że bez zużycia tony pudru świeciłaby się jak księżyc w pełni, w dodatku na zapasowej parze rajstop poszło oczko, a jej fryzura osunęła się na uszy jak zakalcowate ciasto.

Jak ona to robi? – myślała, jednakże zupełnie bez zazdrości. Bo jakże zazdrościć osobie, która tyle w życiu przeszła? Ostatnio Olga opowiedziała jej trochę na temat byłego męża. Co za makabryczna historia!

– Konrad miał świetne przemówienie – zauważyła.

Olga odwróciła wzrok od parkietu, gdzie jej mąż, tańcząc La Bambę, obracał wokół osi lekko tym przerażoną Klaudię, i uśmiechnęła się. Lidka bardzo lubiła jej uśmiech. Górne przednie zęby Olgi były trochę większe niż reszta i gdy ich właścicielka układała w ten sposób swoje pełne usta, nadawało jej to lekko dziecinny wygląd. To chyba przez ten uśmiech zbliżyła się do Olgi, kiedy spotkały się na studiach.

– Podziwiam, że ma taką łatwość publicznych występów. Pewnie trzeba się z tym urodzić. – W głosie Olgi brzmiała duma.

Zawsze była taka oddana mężowi. Kiedy Lidka słyszała takie uwagi, gdzieś z podświadomości dochodził ją cichutki głosik poczucia winy. Zastanawiała się czasem, co by było, gdyby Marek ożenił się z Olgą. Przecież to na nią pierwszą zwrócił uwagę, kiedy jako wykładowca przyszedł do nich na zajęcia z marketingu. Lidka zdawała sobie sprawę, że zaprosił je na wino tylko ze względu na Olgę. Ale gdy podczas ich trzeciego spotkania dołączył do nich przyjaciel Marka, doktor psychologii, nie było już wątpliwości, w którą stronę to wszystko się potoczy.

Lidka wzdrygnęła się trochę zdziwiona, że nagle przychodzą jej do głowy takie wspomnienia. Może dlatego, że Marek, który pojawił się po dłuższym pobycie w barze, pocałował właśnie Olgę w policzek.

– Zatańczymy?

Podnieśli się oboje i ruszyli na parkiet, mijając się po drodze z powracającymi do stolika Konradem i Klaudią. Klaudia z miejsca rzuciła się na karafkę z wodą.

– Jak ten facet to robi, co? W jego wieku! Wykończył mnie.

– Nie przesadzaj. On jest tylko o osiem lat od ciebie starszy – powiedziała szybko Lidka, wiedząc, że Konrad ma ostatnio fobię na punkcie swojego wieku. Pewnie ten stan pogorszy się jeszcze bardziej w miarę zbliżania się do czterdziestki. Na niej wiek nie robił żadnego wrażenia. Będzie się starzeć z godnością. No chyba że zmieni zdanie i zrobi sobie lifting. – Kolejny sukces, prawda, Konradzie? – zwróciła się do trzydziestosiedmioletniego „starca”, który usiadł po jej prawej stronie.

Konrad otarł czoło chusteczką i triumfalnie wzniósł zaciśniętą pięść.

– Pełna sala, komplet miejsc i chyba niezła zbiórka z loterii. Kilkanaście osób przysłało pieniądze w równowartości biletu, dziękując za zaproszenia i przepraszając, że z różnych względów nie mogą przyjść. – Poklepał lekko Lidkę po ręce. – Bardzo się cieszę, że się udało. Bardzo mi na tym zależało. W roku milenium Gdańska należało pomyśleć o czymś specjalnym.

Takim jak występy Budki Suflera, Edyty Górniak czy satyryka Drozdy. Do tego staranny dobór gości. Obecność prezydentów Trójmiasta i najpoważniejszych biznesmenów Wybrzeża. A poza tym niepowtarzalna atmosfera „Grand Hotelu” urokliwie położonego nad samym morzem.

Cały zespół fundacji na rzecz sierot zdrowo napocił się przy organizacji tej imprezy. Konrad również, choć wciąż brakowało mu czasu. Zajęcia na uniwersytecie, w prywatnej szkole, szkolenia prowadzone we własnej firmie. Każdy inny pewnie dostałby bzika, ale nie on. On kochał tę pracę i coraz bardziej podnosząc sobie poprzeczkę, zamierzał być najlepszy. Początkowo może w regionie. Nie zdradził jeszcze tego Oldze, ale zwracano się już do niego, aby przemyślał swój udział w następnych wyborach samorządowych. Najciekawsze było to, że zgłaszali się do niego przedstawiciele różnych, rywalizujących ze sobą partii. Oznaczało to, że jest w równej mierze atrakcyjny dla wszystkich. Powinien koniecznie się zastanowić, czy będzie to właściwy ruch we właściwym czasie. Jednakże wybory parlamentarne odbywały się już w tym roku, a on nie był jeszcze do nich przygotowany. Trzeba z tym poczekać. I oczywiście porozmawiać z Olgą. Jego żona miała znakomitą intuicję w takich sprawach.

 

– Teraz będziesz miał okazję do odpoczynku – zauważyła Lidka.

Za dwa dni wybierali się na narty do Szwajcarii. Olga miała pozostać, aby pilnować interesów. Przynajmniej taka była wersja oficjalna. Olga nie przepadała za nartami, bo na dużych wysokościach stale kręciło jej się w głowie, ale nie przyznawała się do tego, nie chcąc psuć rozrywki Konradowi, który uwielbiał szybkie szusy. Sama Klaudia nie da sobie rady. Może w przyszłym roku. Trzeba przyznać, że Konrad nie był tym zachwycony. Nie lubił rozstawać się z żoną na dłużej.

– W przyszłym roku zabieram moje obie dziewczyny. Marianna będzie już w wieku, kiedy najlepiej zaczynać jazdę na nartach. Złapie wówczas odpowiedni styl.

– Mam nadzieję, że nasz Maciuś również – mruknęła Lidka. Nauczyć się jeździć na nartach to jedna sprawa, ale odpowiedni styl… Konrad musiał być zawsze perfekcjonistą w każdym calu.

Nagle zabrzmiały fanfary, bo miano ogłosić wyniki wyborów „Sponsora Roku” oraz „Królowej Balu”. Fotoreporterzy rozstali się prędko z niedopitymi drinkami i ruszyli do ataku. Specjalnie wybrane spośród VIP-ów jury zakończyło już obliczanie głosów.

Konrad nieznacznie poczerwieniał ze złości. To z pewnością była pomyłka. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybrałby tej koszmarnej blondynki na królową balu. Olga wprawdzie go ostrzegała, że jej odwieczne królowanie musi się kiedyś skończyć, ale nie dopuszczał tego nawet w myślach. To było dlań osobiste upokorzenie. Zaciskając zęby, szedł już w stronę podium, aby wręczyć nagrodzonym przygotowane dla nich upominki, gdy nagle usłyszał głos przewodniczącego:

– Mamy jeszcze specjalne wyróżnienie w tym roku. Ponieważ jest to rok milenijny, postanowiliśmy wybrać „Królową Milenium”. Zostanie nią… – i niech nam miłościwie panuje przez kolejnych tysiąc lat… – Olga Rosińska.

Dopiero wówczas oszołomiony tym werdyktem Konrad rozejrzał się za żoną. Siedziała przy sąsiednim stoliku obok właścicieli restauracji z Brzeźna. Podszedł do Olgi przepełniony dumą i podał jej ramię. Nic nie wiedział o tej dodatkowej nagrodzie. Widocznie sponsorzy ustalili to między sobą, aby w ten sposób wyróżnić jego pracę, no i oczywiście żonę.

Konrad zaprowadził Olgę do pozostałych laureatek i wraz asystentką rozdał nagrody. Następnie zmuszony brawami publiczności stanął wśród nich na podium i pocałował żonę w policzek.

– Czego ryczysz, Klaudia? – zdumiała się Lidka.

– Oni tak pięknie wyglądają. – Klaudia smarkała teraz w podaną jej chusteczkę. – Upiłam się, wiem, ale to takie wzruszające. Dlaczego ja nie mogę spotkać kogoś takiego jak Konrad, co? On powinien mieć brata bliźniaka.

Lidkę ukłuło coś w serce, kiedy usłyszała te słowa. Dlaczego Konrad, a nie Marek?

– Umarł ktoś? – spytał Konrad, jedynak, wracając do stolika.

– Kocham was – wyrzuciła z siebie Klaudia i rzuciła się z pocałunkami na Rosińskich.

 

Olga odetchnęła z ulgą, widząc swój dom, kiedy o godzinie czwartej nad ranem dowiozła ich tam taksówka. Ze zmęczenia kręciło jej się w głowie, ale Konrad nadal tryskał nadwyżką adrenaliny.

– Napijesz się czegoś? – spytał, nalewając przy barku whisky. Cały wieczór prawie nie pił alkoholu, chcąc zachować pełną jasność umysłu.

– Nie, dziękuję, może później herbaty. Najpierw wezmę prysznic – odpowiedziała i poszła po schodach na górę.

Po kwadransie wróciła do salonu owinięta w szlafrok z białego frotté. Konrad siedział rozparty w skórzanym fotelu, sączył whisky i uśmiechał się do swoich myśli. Mocna herbata z łyżeczką cukru czekała już na Olgę.

Usiadła na pufie obok. Jak on o mnie dba, pomyślała i omiotła wzrokiem idealnie urządzone modernistyczne wnętrze. Czuła, że czegoś w nim brakuje, ale Konrad zapewniał ją, że tak jej się tylko wydaje. Wyposażenie mieszkania zaprojektowane było przez architekta wnętrz, który dostał za ten projekt wiele różnych nagród. Zdjęcia domu były również opublikowane w „Czterech Kątach”, co jednak niezbyt się Oldze podobało. Prezes fundacji charytatywnej nie powinien tak bardzo manifestować swojego bogactwa.

– Myślisz starymi kategoriami, skarbie – tłumaczył jej Konrad. – Tak było kiedyś. Teraz, żeby zachęcić ludzi zamożnych do współpracy z fundacją, należy mieć podobny status materialny co oni. Poza tym zawsze można powiedzieć, że to są przecież twoje pieniądze…

Rzeczywiście tak było na początku. Kiedy spotkała Konrada, był niezamożnym naukowcem stawiającym pierwsze kroki w interesach, podczas gdy jej własna firma ostro się rozkręcała. Jednak już od dawna myślała o nagromadzonych dobrach jak o ich wspólnych.

– Byłaś, skarbie, wspaniała – powiedział Konrad, dotykając jej kolana.

– Ty też. Ciągle nie mogę uwierzyć, jak wiele udało nam się osiągnąć w ciągu ostatnich paru lat – szepnęła.

– Zapracowaliśmy na to, nie sądzisz? – Ręka Konrada przesunęła się w górę jej uda.

– Pewnie tak, to znaczy na pewno, ale czasem trochę się tego boję. Tego tempa.

– Przestań się bać. Wiem przecież, jaka jesteś odważna. Razem zajdziemy do gwiazd. Olga… – Zniżył głos, a jego palce jasno wskazywały na to, co miało za chwilę nastąpić.

Szkoda, że nie może dopić herbaty.

Unieśli się oboje i Konrad ją pocałował.

– Najważniejsze, żebyśmy się zawsze kochali – powiedział, odrywając się od niej.

– Kocham cię, Konrad.

Weszli na schody prowadzące do sypialni.

Konrad kochał się z żoną długo i czule i zakończył stosunek udanym orgazmem. Ucałował ją i jeszcze raz przypomniał jej, jak bardzo ją kocha i jak bardzo do siebie pasują. Wspomniał jeszcze o synu, którego, miał nadzieję, Olga wkrótce mu urodzi, i zasnął.

Zasnął, a od niej sen zupełnie odszedł. Leżała z otwartymi oczami i miała ochotę wstać z łóżka i popatrzeć przez okno. Bała się jednak, że zbudzi męża. Nie mogła spać, bo cały czas myślała o tym, że jest nienormalna. A tak dobrze się na początku układało. Było im razem wprost cudownie. Po narodzinach Marianny coś się jednak zmieniło. Zupełnie straciła ochotę na współżycie, ale bała się powiedzieć o tym Konradowi, któremu bardzo zależało na spłodzeniu „dziedzica”. Poza tym on tak poważnie podchodził do tych spraw. Olga przypomniała sobie tragikomiczne zwierzenia Klaudii na temat zachowania w łóżku jej chłopaków. Nie, Konrad był czuły i delikatny i bardzo dbał o jej odczucia. Tylko dlaczego miała wrażenie, że odbywa się to w duchu poradnika zatytułowanego „Jak po trzydziestce zachować szczęśliwe pożycie seksualne”? Nawet się nie spostrzegła, kiedy zaczęła przed mężem udawać. Tak, z pewnością jest nienormalna. Wiedziała o tym od dawna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki